yesterday i woke up sucking a lemon..

Dodano 3 listopada 2010, w ., przez pszygody

jest unicum, nie panicum!

udało mi się kupić ostatni bilet na dzisiaj do budapesztu, wczoraj taksówka spóźniła się dwadzieścia minut, dojechaliśmy z tomkiem na stację grubo po czasie odjazdu pociągu, który był na szczęście też grubo spóźniony, więc pojechałam do krk.. chociaż w ogóle mi się nie chciało. nadal jestem w stanie zawiesinowym jakimś; jesień zalazła mi za skórę, nie puszcza. pociąg dojechał godzinę później niż powinien. słucham sobie under byen, hjertebarn; (

) w moim laickim tłumaczeniu wychodzi, że to piosenka o stodole hjer, może ‚te’ znaczy w? albo to dzierżawczość? fińskiego się jakoś nie uczyłam nigdy, wybaczcie. na śniadanie zjadłam ciasto od cioci krysi, pyszną szarlotkę, aż mi kramar zjadł kawałek na ten widok. kotor urósł, marysia od rana napisała smsa, ze tęskni. kraków ładny, cichy, mały i spokojny. tak go widzę. a w naszym akademickim pokoju zamieszkała wegierka, jadę ją poznać. na szczęście czeka na mnie tam też szyna i jelena. fajnie. gmail coś ściemnia, że tu pada.. wcale nie. sucho jak wiór. a święta się udały, jadlam pysznego omleta na słodko pani grażyny, pyszną pizzę cioci.. ale są też złe wieści, po tylu latach udanego odpierania ataku na naszą ostrowską prowincjonalność, barykady antyglobalistyczne pękły i w ostrowie już jest McDonalds.. widać go nawet z cmentarza przez ten wystający kikut, który się wstrzelił w widnokrąg nad ostrowem i teraz już nic nie będzie takie samo. tarot ma rację – trzeba iść do przodu i pogodzić się z tym, że nie ma już tego świata, który pamietam z przeszłości.
ach, jeszcze się dowiedziałam od mojej sąsiadki, że studiuję w belgii.. i że podobno mi świetnie idzie, fajnie :) 
droga sz.: nie, po kremie z buraków nigdy nie ma zgagi ani niczego tympodobnego. to jest przepis sprawdzony i udoskonalony przez pokolenia kobiet. non penkare. można jeść nawet na czczo! i po obiedzie. kiedy się chce.
a ta piosenka musi być, bo mi się przypomniała a budzi bardzo dawne wspomnienia: 

 - jin roh ‚pride’.
Otagowane:  

hjartebarn

Dodano 11 lutego 2010, w ., przez pszygody

Siedziała z książką pod wystającą ze słupka lampą, parzyło ją w oczy światło ale zbyt leniwo w powietrzu sprawiało, że nie mogła się ruszyć do jej poprawienia. Siedziała wsparta na wykręconej o krzesło ręce. Chrząknęła, puściła po raz trzeci Jonny’ego Greenwood’a ‘bodysong’ (

) i wolnym palcem od ręki przejechała po stronie zżółkłej od papieru i poszukała zgubionej linijki.. ‘Słowa są straszne, ale zdaje mi się, że można je zrozumieć; z czego wcale nie wynika, aby ten, kto je zrozumiał, miał dość odwagi, aby..’ oko zsunęło się na oparcie uwierającego już teraz krzesła. Spuściła więc pierwszą nogę w dół, w dywaniczność podłogi, następną drugą, wtedy już siedziała cała na dole. Lampa grzała jej włosy. Ręce uczciwie poszły za nią, zatrzymała je w okolicach brzucha. Coś zaswędziało granicę włosów pod majtkami i linię demarkacyjną fałdki brzusznej, wytworzonej z okazji pączka i makaronu.  Podrapała się, potem ręka drapała beznamiętnie sama, bezwiednie. ‘Tłumy ludzi żyją zagubione w doczesnych smutkach i radościach, jak ci, co siedzą pod ścianami, są..’ swędzenie zaogniło się. Palcem wyczuć mogła delikatną kulkę, gotową na nacisk, lekko się wginającą do środka, jak marszmaloł. To przypomniało jej o zapasie suszonych jabłek w  czekoladzie, wyciągnęła rękę i wychyliła się do torby, przyciągając całą torebkę słodyczy. Już niosła pierwszy kawałek do ust, zjadła, pogryzła wyraźnie, żeby czuć smak i przełknęła rozsuwając rozgryzione części po wewnętrzności, żeby dotykały jak najwięcej.  Wyprostowała plecy, dostać chciała jutjuba i wpisać  ‘entertainment for the braindead’ ale zapomniała jak się to pisze, pomyliły litery i tytuł wyleciał. Wyszukała linka na fejsbuku, ‘a trace’, bardzo ładny. (
http://www.youtube.com/watch?v=NvjWUoPNCAM
Puściła sobie do jabłek i kirkegora. Miała niesmak po wczorajszej leniwej nudnej niewykorzystanej zmarnowanej (tylkow formie męskiej) wieczorze. Dziś było podobne. Z tym, że nieprzyjemniejsze bo swędziało. Na odsłoniętej przez rękę powierzchni brzucha czerwienił się bąbel. Wyraźny nawet. Jednooki bandyta, porywacz przestrzeni i jeźdźca bezwarunkowych odruchów. Mistrz ceremonii i draperii. Drapieżnik.  Wyglądający jak bąbel od komaru. Ale komaru nie żyją w zimie, przy za gorących lampach i przy jęczących kaloryferach. Miała mózg  od zmartwień,pełen siwości, zmęczony przeżuwaniem tych samych zepchniętych pod korę myśli, wychudłych myśli, przebrzmiałych, zapadniętych jak gały oczne.  Pomyślała o męskim ciele, o ulubionych kawałkach skóry opiętej nad brzuchem, zgrabnej. Tak, że można polizać. Puściła ‘colours’w wersji Leona Somov’a. (

Zdrapała coś z pleców, obejrzała pod światło. Mała jasna kulka pstryknięta pod szafę. W oknie widniał już ciemny zmierzch. Choć lekko pomarańczowy od śniegu. Wślizgnęła palce w dłonie w ręce we włosach, pełne powietrza bolały po spiętej cebuli, potrzebnej do zastosowania maseczki przeciwkopryszczowej. Włosy się odginały obrażone za zbyt na lewo spiętość i prawo. Rozdrapywała mieszki tuż nad skorupą głowy długimi paznokciami, pomalowanymi krwistą wiśnią czerwcową, i brązową czekoladową podwójną i jeszcze fioletową . Mózg odpoczywał, ‘colours’ puściła jeszcze raz, długie słowa wychuchiwane przez głośniki takie miękkie siadały na zmęczonych policzkach, oddychała nie myśląc o wszystkich byłych, poprzednich, zostawionych, zdruzgotanych, zamęczonych, odsuwanych, niewystarczających, odkochanych, bezczelnych, cudownych, potrzebnych i tak bardzo nieobecnych. Wtarła trochę końcówek we łzy. Tylko dwie, po jednej dla każdego bezsilnie, suwerennie porzuconego ideału. ‘Młody człowiek zakochuje się w księżniczce i cała treść jego życia zamyka się w miłości, a sprawy tak wyglądają, że miłość ta jest skazana na niepowodzenie, nie da się przenieść ze świata ideału do świata rzeczywistości.’ Zupełnym przypadkiem taki. Tym razem doczytała do końca, do kropki. Odchyliła otwarte usta, zaciągnęła się powietrzem, pomyślała o tym co jej zostało, ‘under byen’ (

), czerwoność wideoklipu, nieruchomy chórek i uspokojenie. Kilka wspomnień o Witkacym z brzydkimi zębami, nowe trampki zastane zimą na szafie, zakładka z Judytą Klimta, jeszcze dwa jabłka w czekoladzie i pół miasta do omijania, i pół polski do schowania się, i depresja do spławienia szafką miłości, w żółtym laboratorium; tak, czuła całą usznością duszy ‘Hjartebarn’. Puści je drugi raz jak tylko się skończy. 

 

a miała pisać o telekim.

syrkuls

Dodano 6 lutego 2010, w ., przez pszygody

Środek nocy a ja wcinam grzanki z dżemem brzoskwiniowym, mm. i wydaje
mi się już niemal, że rozumiem po hiszpańsku; hiszpanie żywiołowo od
kilku godzin gadają.. Czy można kogoś obrazić pytaniami? Można na pewno
wkurzyć, bo pytania mogą sugerować, zawierać fragmenty wiedzy, którą
pytany star
a się ukryć, albo chociaż odwrócić od niej uwagę. Na
przykład pytanie: ile masz par skarpetek? poszli, cisza, to może sobie
coś poczytam.. po prawdzie wstałam o 7 żeby zawieźć siostrę do huty,
potem kilka godzin pracowałam w jagiellonce <żadnych ciach,
serio!> a potem jeszcze poszłam biegać więc dzień był wytężony, ale
nie ma strachu, dam radę i teraz..zresztą muszę, bo hiszpańczycy
wrócą
niebawem. no i nie ma wolnego pokoju gdzie bym mogła spocząć, a zbyt
boję się svena – ruperta, (który kupił tabletki gwałtu) żeby zasnąć w
komonie..tak, żeję hostelem. szimi radzi, żebym zamiast zastanawiać się
czy coś lubię (np.szycie, rysowanie) – próbowała wszystkiego i
stwierdzała od razu czy to jest to co chcę robić czy też nie. trudno mi
się określić. gdybym mogła dostać tabletkę, której połknięcie
sprawiłoby, że mogłabym robić to co pragnę -> to nie wiem co by to
było. siostra robi właśnie kurs silvy, mówi,
że jak się ma jakiś
dylemat to najlepiej poradzić się siebie, swojej intuicji,
zaprogramować się przed snem: zadać sobie pytanie i wmówić, że przyśni
się odpowiedź, a potem już tylko czekać na nią. tak zrobię.. chociaż
pewnie wyjdzie mi, że niestety zmarnowałam wszystko co się tylko dało i
że nie mam co sie głoświć nad przyszłością, bo mój demiurg nie zamierza
dać mi następnej szansy do zmarnowania, lepiej dać komuś, kto nie
marnuje talentów, nie zaprzepaszcza swojego szczęścia w
naj-ja-śniejszej pełni kosztem jakichś widzimisiów chwilowych, kto nie
wątpi w powodzenie swoich planów i realizuje to co zamyślił, a nie
tylko mówi, że mógłby to zrobić lepiej albo chociaz równie dobrze.
bojję się, że cokolwiek mi się przyśni – i tak uznam, że to nie to.
podziwiam ludzi, którzy potrafią wybrać dla siebie jedną najważniejszą
rzecz i gonić to przez całe życie, uprawiać to w nieskończoność. pójdę sprawdzić co mi się przyśni..
http://www.youtube.com/watch?v=EMu55JMXv6c      <-  za rzadko tego słucham.

Otagowane:  

bloody sunday without the sun

Dodano 6 grudnia 2009, w ., przez pszygody

taki dzień, po nocy kompletnie bez spania <kaloryfer do mnie gadał> powinien być przepisowo wypięty z organizera mojego życia, bo stąpałam po kruchym jak porcelana szkielecie pechowych splotów zdarzeń.. idąc do pracy nie zauważyłam banerka, po którym zawsze poznaję, że już jestem: aqq – mówi co dzień. nie zauważyłam.. poszłam kawałek dalej.. patrzę: dupa. co jest? myslę.. wpatruję się.. dupa jest goła, wypięta i ubezwłasnowolniona, ktoś <mężczyzna> nadzoruje jej właścicielkę <o 7.30 rano> i każe jej załatwiać swoje potrzeby na chodniku 10 metrów od mojego hostelu, ta posłusznie reaguje na polecenia. ta dupa nie mogła znaczyć niczego dobrego.. jakoś tak się składa, że pierwsze dni moich nowych prac w hostelach zawsze wiążą się z kradzieżami.. dziś nie było wyjątkowe. pół zmiany stresowałam się, że o czymś zapomnę, źle wydam depozyt, źle coś wpiszę, ktoś będzie krzyczał.. a drugie pół zmiany oglądałam z menegerem i innymi różnymi osobami w tym z panią jadzią siebie <na video> w recepcji, siebie spacerującą po hostelu, siebie mijającą się ze złodziejem.. takie tam.. na szczęście nie ukradł mi nic, nowy telefon nie powtórzył losu mojego niegdysiejszego..pięknego, odratowanego cudem <bo zostawiłam go raz na stansted, w damskiej toalecie> samsunga..<który mi skradziono w mama’s na pierwszej samodzielnej zmianie> za to pół hostelu przyszło ze skargą, że ktoś ich obrabował.. no hát.. 

jechałam dziś tramwajem.. bardzo lubię, to ogromna frajda; lampki za oknem migają, rozmazują się w świetliste linie, jak na zdjęciach; zmęczeni ludzie ciężko siadają na pustym krzesełku obok mnie. jeżdżę więc tramwajem i czekam aż coś się wydarzy.. potem wyskakuję na kleparzu i w powolnych kropkach deszczu nucę całkiem na głos „..a może byśmy tak najmilszy wpadli a dzień do tomaszowa..” ludzie przechodzą przede mną ze strachu na drugą stronę, idę szybko i głośno fałszuję. może myślą, że goni ich wariatka, a ja tylko wymijam kolejne wystraszone buzie. aż lepią mi się od tego rzęsy.
idzie kolejny trudny tydzień.. zaznam chwili spokoju 23 grudnia o 22.0o. poczekam na pociąg do 5.35 i pojadę do domu. będzie wtedy na pewno jeszcze ciemno. 
pjosenka na dziś raczej smutna, w zasadzie ta pani przypomniała mi się, gdym szukała dla kogoś smutnych rzeczy, na specjalne zamówienie..: 

 - za to bardzo ładne.
Otagowane:  

  • RSS