życie to przeciez pestka z masłem.

Coraz więcej rzeczy trzymam w porządku. coś się ze mną dzieje dziwnego. rutynnieję. nasz miodzik w słoiku po śledziach po góralsku, stare notatki, wzruszające fragmenty z ostatnich dni na wichury, macadi nahhas i judith butler. co te wszystkie rzeczy łączy? a do tego przykleiły nam się dwa pieniążki do biurka, to chyba też na miodzik.

chodzą po mnie pytania, jak stare wieszaki, grożą wykrzywionymi trzonkami, i skwierczą:
czy chan chan rzeczywiście kiedykolwiek było nasze?
czy rzeczywiście trzeba się było śmiać w tragicznych momentach?
czy trzeba było zajmować się feminizmem?
i co z tą płcią performatywną?
dlaczego nowa herbata o smaku wiśni jest mętna i jakby jakaś z lekka post-kisielowa?
dlaczego kramar się do mnie nie odzywa?
co z tą polską?
i dlaczego włącza mi się ‚anyone else but you’ w najgorszej wersji?

szynka przyszła usiąść obok, do naszego biurka-życia (tu jemy, śmiejemy sie, uczymy i czytamy, i blogujemy, i fejsbukujemy i co tylko) – przyszła w tej swojej śmiesznej piżamce: w za dużych, w kropki czerwonych porach związanych nad pępkiem dość mocno sznurkiem, w czerwonej bluzce innego odcieniu z napisem: small but dengerous i rysunkiem walecznej muchy – rzekomy prezent od jej kuzynki, z ręcznikiem na karku i szczoteczką w buzi i mówi: aeee miiyyyy byyyuu iiisssiaj geej. – jaki gej? – pytam. -ggieeej – mówi przez pianę i wybałusza znacząco ślepia. – a dzień! z Tobą zawsze jest miły dzień droga szynko :)

dostałam właśnie reprymendę, że włażę na górną półkę. a specjalnie się z niej sprzątnęłam, tzn. pod lustrem nad zlewem, próbuję się utrzymać w ryzach połowy półki, ale ciężko jest.

a niedawno gosia pokazała mi ‚once’, taki film trochę andergrandowy i teraz z niego muzyka:

http://www.youtube.com/watch?v=VBLDP0Etp3Y
 markety irglovej i glena hasarda: if you want me;

i jeszcze się teraz szynka oturbaniła w ręcznik.

nastąpiła też w naszym życiu pewna regularna kinowość, nie tyle chodzi o filmy, bo dobór tychże jest tragiczny <antychryst – von triera, a potem lustra 2 – nawet nie wiem czyje> ale uczęszczamy dla komentarzy i specyficznego śmiechu jednego z gospodarzy. kosztuje niewiele, bo popkorn albo ciastka, które śmiało można zastępować jabłkami. a w końcu są jacyś węgrzyni z poczuciem wyrazistym czym też jest śmiech.

i jeszcze zespół, którego szukałam długo a wybawił mnie brat szyny: warpaint w piosence undertow:


a tego podobno nie polubiłam za pierwszym przesłuchaniem.. no lata lecą, ucho się psuje, marnieję; glen hansard solo:


 i say it to me now.

film (once) kończy się koszmarnie. bardzo prawdziwie. dodatkowo realistyczność nieoświetlonych sztucznie zdjęć, okropność miejsc, w których mieszkają bohaterowie, przygnębiająće okoliczności, życie i obowiązki. trochę spełniania marzeń.
jadąc dziś autobusem myślałam sobie, że tak właśnie trzeba, szybko (bo im szybciej tym lepiej) upewnić się w sobie, że nic mnie więcej nie czeka poza regularną pracą i może jeszcze jakąś małą stabilizacją, szału nie będzie. radości pewno też za dużo.

dobrze, że jest muzyka. dzisiaj było tyle słońca.

czasem chciałabym sobie odciąć ogon ze wspomnień, co mnie włóczy i przyciska do kontuaru dnia. albo konturu nocy.
podobnie jak gosia często boję się niedopalonych mostów, które szczypią w oczy od jeszcze ciepłego dymu.


 - marketa i glen jako the swell season i ‚falling slowly’.

i szynka na dobranoc:
 ej, skąd się wzięła nazwa bibuła?

troppista

Dodano 7 listopada 2010, w ., przez pszygody

potrzebuję poezji zamiast obiadu. szukam z widelcem w jednej ręce. nie ma w szklance z wodą co gnije po pietruszce, nie ma w fusach po herbacie, w rozsypanej na stole śmietance, w proszku..  nie ma, nie ma. nie dobrze, bo potrzebuję poezji. muszę jej skręcić kark i zamknąć w szufladzie, żeby mnie więcej nie straszyła po nocach słodkimi pyprami swoich rymów albo białych liń. a jak szuflada to za mało, wtedy przemielę jak mięso. potnę jej palce kartką papieru, żeby wiedziała. zatkam jej oddech, wyrwę papierowe skrzela, nazwymyślam, obrzucę obelgami. a potem się pomodlę, żeby tego nie przerobiła w kolejny wers, gdzieś popod mdłym tytułem, między średniówką a rymem nieparzystym, niedokładnym. tej fiszbiny akurat mi nie trzeba. ani korekty. raczej gipsu dla psychiki, bo się połamała na ostrych zakrętach losu. na razie troppię.




 od gosi: the swell season „fantasy man” na żywo, i


 to w sumie też pośrednio od niej: soap&skin, która już była, czyli Anja Francizka Plaschg, niesmowita Austriaczka, kawałków na żywo można się nieźle wystraszyć. tu „Mr. Gaunt Pt 1000″.
Otagowane:  

  • RSS