sugar bread

Dodano 26 lutego 2013, w ., przez pszygody

Kiedy zsiwieją mi usta
i wypadną wszystkie rzęsy,
zeschnę się.

zapisz wtedy mój adres fizyczny,
zapamiętaj rozmiary, o które się pomniejszyłam,
i doładuj w kiosku ruchu moją kartę pamięci
sim,
wyślij mnie poleconą
pocztą pantoflową,
w kawałkach,
pełną kopert z bąblami po sparzeniach miłosnych,

przekaż mnie.

Kiedy się zeschnę,
odwiedź mnie na pewno,
zaplombuj te wszystkie dziury we mnie masłem z orzechów,
poliż i zaklej,

nadaj mnie.

Kiedy zstęplują mi usta,
i wypadną wszystkie palce u stóp,
zeschnę się,
zapisz wtedy mój parametr,
zapamiętaj adres,
na który się zmieniłam,
i doładuj w kiosku ruchu moją baterię
li-ion,
wyślij mnie priorytetem
paczką ekonomiczną,
rozsypaną w proszek do posypywania atramentu,
przekaż mnie.

Kiedy się zeschnę,
odwieź mnie pod któryś z adresatów,
zaplombuj wyziewy okien znaczkami,
policz i zakręć,

nadaj mi imię.

Kiedy zstęplują mi usta,
i wypadną wszystkie zęby,
zeschnę się.

Westchnę się pod tamten adres.

A ty mnie nadaj do czegoś.

soap&skin – sugarbread

Otagowane:  

mydło i skóra

Dodano 21 października 2011, w ., przez pszygody
pierwsze w tym roku grzane wino i dla odmiany szynka zrobiła zdjęcie, a nie ja :)  <z adim endre i mihaelą>

ale to już dawno było..
dziś za to byłam na najgorszym możliwym koncercie Soap & Skin. 
Tak się skomentowała, gdzieś między półpłaczem, załamaniem nerwowym a dzikim omiataniem wzrokiem publiczności, bo gada. (ale to fakt, wegierska publiczność bywa wyjątkowo bezczelna i wieśniacka). 

Jeśli najgorszy koncert Soap&Skin wygląda właśnie tak, to życzę sobie więcej. 
dawno nie buchnęło we mnie tyle emocji.
i nawet jeśli były wyreżyserowane – cóż z tego, były tak gęste, że można było się nimi podduszać i autobiczować, podczas gdy Soap tłukła fortepian w orgiastycznym finale którejś z piosenek. przecież tego właśnie oczekujemy.

zanim poszliśmy zająć wspaniałe stojące miejsca przy scenie, na górnym pokładzie A38 hajó wypiliśmy sobie po lampce wina/kuflu piwa i przyszła literatura in flux <projekt literatury w ruchu czy coś, z jednym z wykładówców z balassiego, który zajmuje się przekładem i jest to nie nikt inny, jak sam pan racuszek (usiadł sobie obok szynki, ten co się akurat schyla)>
i nagle ku mojemu zdziwieniu na scenę weszła (zapowiedziana przez niego) sama boska palya bea i zaczęła śpiewać a cappella. brawo brawo, za żywy bitbox i perkusję tworzoną za pomocą rąk, nóg, palców i nawet szyi i dekoltu. myślę, że nawet szynce się podobało, która zazwyczaj gdy ją katuję palyą, prosi, by te kwiki wyłączyć. niestety wszystkie palye bee wyszły mi poruszone, więc zdjęć nie wklejam :/

no więc żywy, darmowy, przypadkowy folk jako przedsmak do soap&skin. do tego jak zeszliśmy pod pokład, w nasze uszy wsączyła się bjork. ten dzień był szyty na mnie. dlatego to nic, że już wyrastam nogami z nogawek, jeszcze się przez chwilę nie będę kłaść..
koncert składał się z małych dramatów, bo publiczność, jak już wspomniałam, gadała, czasem się anja myliła i przerywała piosenkę, i tu już drugi raz w włajaż włajaż się rypnęła i tak zrobiła i spojrzała prosto na mnie i moja migawkę, nie pozwalała sobie potem bić brawa, myślała, głupia, że jej nie wybaczymy. a nam można było nawet fragmenty i ścierki rzucać, byle z jej głosem, dramaturgią, wylewem wnętrzności, ogniem i zmysłami.
tak, dla niej obie mogłybyśmy zmienic orientację. 

tymczasem minął kolejny tydzień nauki. obejrzałyśmy z madam mnóstwo filmów, wypiłysmy dużo alkoholu, i jakoś tak.. a madam jutro jedzie do domu. chlip. 
mnie prosze czekać w krakowie już niedługo.
Otagowane:  

troppista

Dodano 7 listopada 2010, w ., przez pszygody

potrzebuję poezji zamiast obiadu. szukam z widelcem w jednej ręce. nie ma w szklance z wodą co gnije po pietruszce, nie ma w fusach po herbacie, w rozsypanej na stole śmietance, w proszku..  nie ma, nie ma. nie dobrze, bo potrzebuję poezji. muszę jej skręcić kark i zamknąć w szufladzie, żeby mnie więcej nie straszyła po nocach słodkimi pyprami swoich rymów albo białych liń. a jak szuflada to za mało, wtedy przemielę jak mięso. potnę jej palce kartką papieru, żeby wiedziała. zatkam jej oddech, wyrwę papierowe skrzela, nazwymyślam, obrzucę obelgami. a potem się pomodlę, żeby tego nie przerobiła w kolejny wers, gdzieś popod mdłym tytułem, między średniówką a rymem nieparzystym, niedokładnym. tej fiszbiny akurat mi nie trzeba. ani korekty. raczej gipsu dla psychiki, bo się połamała na ostrych zakrętach losu. na razie troppię.




 od gosi: the swell season „fantasy man” na żywo, i


 to w sumie też pośrednio od niej: soap&skin, która już była, czyli Anja Francizka Plaschg, niesmowita Austriaczka, kawałków na żywo można się nieźle wystraszyć. tu „Mr. Gaunt Pt 1000″.
Otagowane:  

Siófok

Dodano 11 października 2010, w ., przez pszygody





 - soap&skin, można by wkleić każdą piosenkę, chwilowo mam ochotę na taką.
dziś był dobry dzień, moja pierwsza podróż pociągiem po wegrzech, kraju nizin i płaszczyzn. kraju bez morza, za to z balatonem, nad który zaprosił nas ricsi. klimat trochę ośrodków wypoczynkowych dla niemieckich rencistów, ale ubaw po pachy, festiwal jajek, rozwalanie płotów i to już od rana (sięgając kasztanka wyrwałam cały kawałek ogrodzenia), i odwiedzanie mamy ricsiego (świetne piecze ciasta), próbowanie dymiących ciepłem i słodyczą kołaczy, podglądanie łabędzi, próbowanie gulaszu z jaj, głaskanie stopki karinthyego i różne takie inne. tułaczki pociągami, wstawanie o bladym świcie wśród narzekań szynki, że za wcześnie i ona nie jedzie. mycie zębów przed tesko, bo śniadanie się jadło przechodząc przez pasy w pędzie na autobus, który przyjechał za późno. 
trochę się działo..
a tak się pierze w akademiku z szynką i padlinką:
takie ładne remontowane muzeum
plac bohaterów od tyłu
i to jest tak specjalnie asymetrycznie!
rowerki
a tu trudno powiedzieć, ale chyba sobie szynka wiąże śliniak:
i jej boskie wcielenie:
zbeszczeszczone:

niepokojące rzeźby:
1
3
4
w numerze 4 chodzi o to, że pani miała duży biust i proszę się przyjrzeć patrzącym :)
se siedzimy z Ricsim
a mati zarzuca nóżką:
wszyscy siófoccy uczestnicy zdarzeń:
z gospodarzem, który ledwo dobiegł na samowyzwalacz:
a ja tu masuję stópkę właśnie frigyesa:
bo strassznie go lubię :)
taka to była podróż sentymentalna
ez az
Otagowane:  

  • RSS