si gur rós

Dodano 1 września 2013, w ., przez pszygody

siedzę gdzieś między falą a brzegiem, trudno o kąt horyzontu, o ścianę i o coś ostrego, jak granica.

s

między estońskim, między winem i kawą, posmakiem miętawych pastylek w czekoladzie, morzem sigur rósa, czymś dawnym a nigdy niebyłym, czymś węgierskim jeszcze może, może za jakimś wieczorem u antka w mieszkaniu, na przeciw muzeum z rzeźbą petufiego. a może to jokai był. nie wiem.

gdzieś za wspomnieniem filmu o dzieciakach w sobie zakochanych. gdzieś między syrią a japonią, której wciąż nie było, w tęsknocie za prawdziwym gniewem, który nie został wypowiedziany na głos, a tylko przepłakany w osobnych krajach, gdzieś ponad smogiem brudnego miasta.

gdzieś ponad tym wszystkim siedzę zamknięta w kłębek, plecami do świata, jak na tych falach, czy brzegu, zapuszczam myślami sieci w dół, wszystko mi jedno czy zdam, czy obronię, czy wrócę i czy będę.

islandia we mgle wspomnień do zdobycia.

między mokrym śniegiem, który wpada pod skafander i ziębi plecy a przemoczonymi skarpetami późną jesienią. między słońcem w lubkowie i uczeniem się matmy w drodze do liceum.

jestem dzisiaj gdzieś tu.

Otagowane:  

belgja,

Dodano 21 marca 2010, w ., przez pszygody

Nie dostałyśmy z jelenką zaproszenia pod kembridż na te wakacje, myślę sobie, że albo zostanę w polszy (może zameszkam tam, gdzie aktualnie będzie mieszkał kapitan timi) i będę szyć (bardzo chcę się w końcu nauczyć obsługiwać moją machinę) albo pojadę na węgry uczyć się węgierskiego, pracując i pewno mieszkając w jakimś hostelu; dziś jest dzień refleksyjniczny, wpuszczam w siebie ogromne ilości smutnej muzyki, np to: 

 
(uielbiam w tej piosence wszystko, co dzieje się po 4 minucie 43 sekundach) i przepisuję trochę bezwiednie węgierskie wyrażenia.. pytanie, czemu mnie to dopada wtedy, gdy na drugi dzień mam kolokwium? dawno nie robiłam żadnego bilansu:
porządki: w tagach na blogu, teraz widać wszystkie i wykasowałam te, które nie odsyłały do muzyki;
herbaty: mięta za 0,89 smakuje tak samo jak mięta za 3,59.
filmy: niedobejrzany wczoraj „unmade beds” ale z 1996, jakiś strasznie dziwny, timek zasnął mi na brzuchu w pół pierwszej połówki, a ja się poddałam po 43 minutach. dołujący. o grubych albo zubożałych albo sfrustrowanych amerykanach, którzy szukają miłości albo pieniędzy albo zrozumienia i szacunku pomimo niskiego wzrostu. najgorsze, że w tym filmie każdy grał siebie.
tryb rozkazujący: przygnębia mnie, jest za trudny, wszystko mi się miesza.
pomysły na książkę: 2, z czego jeden dobry (tytuły: „mitkologia”) a drugiego nie ma, choć to pod nim lepiej coś by się napisało
czas: teraźniejszy, niedokonany, zaprzepaszczony, lekko odratowany, stresujący i ciężki, ale wspomagany. 
dzień: pamiętny, smutny i od 15 lat popsuty; nie wolno mi się nim cieszyć jako pierwszym dniem wiosny, tego dnia co roku robię wycieczkę do przeszłości i nie wsiadam do samochodu, a jak mogę – idę na smętaż. 
słowo dnia: szagówki* 
kiść dnia: czerwonych winogron, lekko rozstrojna, zjadłam owszem za dużo
postanowienie dnia: zmienić się na lepsze, pójść jutro rano biegać, 
podejrzenie dnia:, że mam wszy, ciągle mnie swędzi łeb.
co pamiętam o mamie?: że jak byłyśmy małe z siostrą to nas brzydko obcięła, na wysokości ok.10 centymetrów od czubka głowy wycieniowała nam dookoła wiezrchnią warstwę włosów – resztę pozostawiając długą tak na 40 cm. wyglądało paskudnie, jak u poniemieckich dzieci jakichś, mam gdzieś zdjęcie; albo że jak kiedyś piekła placek i coś akurat miksowała to podeszłam za blisko i mi się wkręciły włosy aż do skóry i bolało. Moja Mariatka twierdzi, że to dlatego boję się gotować i nie umiem piec placków i jeszcze, że od tamtej pory kręcą mi się włosy; jeszcze pamiętam, że czasem miała przy sobie takie śliczne papierowe torebki z nadrukowanymi pastelowymi kułkami, za którymi to chowały sie jakieś słodkie pyszności, uwielbiałam wygląd tych torebek. pamiętam, że nie ładnie jej było bez grzywki i że mocno malowala oczy. 
wydarzenie tygodnia: pojechaliśmy z timim do bonarki, przypadkiem, znaleźliśmy w środku spokój od zatłoczonego (żufold) miasta; sklepy są ogromne, przestrzeń przytłacająca, bo można było zostawić tam drzewa a są martwe betony i sterylne ściany pachnące postponowoczesną bryłowatością.
grzechy główne (vs. ja): kupiłam markery made in china. 
gdyby życie zamienić na ilość: mało mówić, dużo robić, mało jeść, dużo pić, mało narzekać, dużo się śmiać, mało chorować, dużo się cieszyć, mało wiedzieć, dużo rozumieć, mało się interesować, dużo myśleć, mało mieć, dużo żyć.
bezsensów: multum
bzików: ostatnio marzy mi się koń na własność, i dom z trawą dookoła, i górami i dołkami i kaczeńcami wzdłuż jeziora. i mitologia grejwsa, 
wyzwanie roku: (tego jak i minionych): zdać PiMP i uporać się w końcu z licencjatem.
już wiosna. 

miesza mi się 

 dawałam to już?

* po wielkopolsku, po babci, kluski śląskie, babcia miała babcię niemke (z domu henkel) i pewnie to stąd ten germanizm, a na spagetti mówiła: szpageti; a może była węgierką?)
Otagowane:  

oopsie daisies

Dodano 10 listopada 2009, w ., przez pszygody

śliczna królewna, inspiracja

ta oto tu śliczna królewna to inspiracja in spe.

Kupiłam sobie dzisiaj farbki, wodne, takie z dwunastoma kolorami, potrzebuję do teł. Jeszcze nie wiem co będzie na pierwszym planie, ale nic to. Wczoraj od 9 do 1 w nocy siedziałam nad pracą do doktorka ko., konsultowałam niektóre, co karkołomniejsze zdania z Ricsim, Węgrem – żeby nie było wątpliwości; nic to nie dało..doktorek.ko doczepił się do każdego zdania, użycia słów, powołując się to na nieprecyzyjną etymologię i towarzyszące jej niepotrzebne skojarzenia, to na „węgier tak nie powie”, ciekawe..a i tak go uwielbiam, nie poradzę. a w karfurze nie tylko farbki, mają też piękną nowalijkową brukselkę. 

przyzwyczaiłam się do pająków! dwa tygodnie w lubkowie w wakacje i jak ręką odjął – nie ma strachu. (a propos tych dwóch <po jednym w kuchni i moim pokoju>

bardzo dobrze jest mieć starszą siostrę, w odpowiednich momentach pojawia się, pstryka mi palcami przed nosemi i ułatwia zrozumienie wielu złych procesów i głupich ciągów, w które wpadam, pewnie z braku odpowiedniej do siebie perspektywy.

uderzyła mnie wczoraj myśl, że żyję w pustostanie.. tzn.zakładam z góry, że nic nie kontroluje mojego życia. i czytając (nadal) myśliwskiego przypomniałam sobie o istnieniu czegoś takiego jak przeznaczenie. bo jeśli nie bóg, jakikolwiek, to może chociaż w przeznaczenie uwierzę? coś jak u geralta i ciri. tylko w jakie przeznaczenie by tu sobie uwierzyć?

 jak wracałam ze sklepu wpadłam (skacząc z zakupami) na miłego chłopaka, który przede mną w kolejce kupował papierosy, a poza tym mnóstwo zdrowych rzeczy, zdrowy chleb, jogurty, owoce; miał ślicznego psiaka, pomyliłam jego szczupłość wywołaną chorobą z młodością. 

jednak mogłam przedłużyć czas prezesury.. kurka, boję się, że można było zrobić coś super dla koła, a skazałam je na ponowne rozpędzanie.. ale nie, będzie dobrze! będę dowodzić z tylnego siedzenia..

psiak ma na imię tadeusz, jest ślicznym goldenem, umiera. najgorsza śmierć to chyba właśnie taka, o której wiesz, że nastąpi, trudno się do takiej ustosunkować, przyzwyczaić.. przyjemniejszym stanem jest coś już wydarzone, niż coś na czego rezultat czekasz.. i nie wiesz jak się zakończy. albo wiesz jak, tylko nie wiesz kiedy.

pani stós mnie dziś ukarała ‚nieprzygotowaniem’, w ogóle nie wiedziałam, że u niej można takie coś dostać..  a co najgorsze -> wykluczyła mnie z zajęć; omijała podczas sprawdzania zadania domowego gdy nadchodziła moja kolej, uczucie paskudne.. zemściłam się, gdy już podczas regularnych zajęć kazała mi opowiadać podług obrazków historyjkę; był tam pan, któremu ktoś ukradł taszkę, a ten złodziej miał na sobie czarny płaszcz, kapelusz i brodę długą, więc powiedziałam: pan poszedł zjeść kolację i jakiś Żyd ukradł mu torebkę! no i się zaczęło! pani stós jest najkatolitsszą katolką ever, nie spodziewałam się takiej lwiej obrony żydów, których zresztą lubię, jeno mialam intencję wkurzyć panią stós.. (wkurzyć, zakurzyć, wykurzyć; nasze czasowniki też nie są łatwe.)

ma (dziś):
wypitych melis: 7
sprzeczek ze stósem o maluchy (kise polskie): 1 (wygrana, pani stós nie wiedziała nic o ostatnim wydaniu malucha, które ukazało się w dwóch kolorach: 500 czerwonych, tyleżsamo żółtych; albo jak to ujęła mariszka: piasek pustyni^^
godzin przegadanych właściwie sam na sam z doktorkiem.ko (bo grupa raczej milczała): 1,5
opętań przez węgierskie piosnki: 1 (ghymes – tánc a hóban)
nowych wyrażeń: kikészít vmi/vki vkit -> coś kogoś wkurza; előfordulhat -> coś się może zdarzy
zjedzonych jeżyków -> 3
wyżartych mi jogurtów przez mateusza: 0,5
zużytych chusteczek: mało -> 6

a maria wymyśliła nowe przekleństwo (zainspirowana kurzą stopą) gęsie jelito :)
pjosenka na wieczór: może ‚illgresi’.
Otagowane:  

  • RSS