myślami czy ciałem?

Dodano 24 lutego 2011, w ., przez pszygody

Kończy się luty. Kupiłam dziś sobie śliczne jo-jo w biedronkę i nawet kilka razy udało mi się ‚odbić’. 

Wczoraj złamałam swoje przysiągnięcie, że nie będę pić, dwa frycse poszły na szybciutko! i nawet dobrze, w końcu przestałam myśleć o tym durnym miesiącu jako o durnym i nawet trochę potańczyłam.. mimo, że strój miałam mocno niewyjściowy, trampki, getry, długa koszula w kolorze brzoskwini i jakaś marynarka, chociaż jak tak na to patrzę teraz z boku to nawet nowocześnie. na pewno w porównaniu z węgierkami, które miały na sobie nic w panterkę, albo prawie nic w panterkę, albo topiczki <na swoich dość masywnych ciaałach> które zakrywały ewentualnie piersi i czasami pępek. czasami też majtki. 
to trochę smutne, że wypiłam alkohol, bo teraz nie mogę przesadnie narzekać na pijących do bólu wegrów, i polaków. moglibyśmy wszyscy przestać. 
słodycze jem, trudno.
o ludziach mówię źle, i pozwalam na siebie działać różnym ludzkim wpływom, z tym że nie zawsze złym, a raczej dobrym. 
dużo się uczymy. szynka ma katar w jednej dziurce.
ciocia krysia napisała mi w mejlu, że mi chyba budapeszt nie służy. 
dowiedziałam się ostatnio, że chłopak, która śpiewa: ‚is it real’ to ten sam scott matthew
<tu na szybkości jego white horse: 

>
(jego magiczny głos), którego ‚between the bars’ niedawno wrzuciłam na bloga i którą to piosenkę scott śpiewa z holly mirandą, dziewczyną o nieprawdopodobnym głosie, dziś jej: 
slow burning treasor:
jak głęboko możemy się zapuścić w podglądanie innych? teoria literatury od jakiegoś czasu baczniej przygląda się przyglądaniu, tzw. ‚gaze’ miało przez chwilę stanowić tło tematyczne mojego licencjatu.
dokąd mogę kogoś podglądać? czy to, że wiem jak się nazywa i to, że ten ktoś posiada konto na fejsbuku daje mi pozwolenie? mam znajomych, którzy hobbistycznie oglądają znajomych swoich znajomych, i ich znajomych. albo oglądają profil świeżo poznanej osoby i jej partnera i ich szkoły, zainteresowania.
fejsbuk daje niezdrowe możliwości. i pozwala istnieć relacjom, które kiedyś szybko by sczezły. to chyba niedobrze. sama zmieniłam nazwisko na fb. żeby byłe moich byłych nie mogły mnie łatwo znaleźć. ale to chyba nic nie daje. 
wiemy jakim kto się papierem podciera, a nie rozmawiamy o złamanych duszach, pękniętych żyłach, sinych płucach i przemarzniętych stopach. ani o umieraniu. nie wiemy nic o sobie. chociaż wszyscy paplemy. fisz ma rację. 
na szczęście z szynką nam się udaje przełamać tę kichę. uwielbiam, gdy zasypiamy i ze zmęczenia rozpoczyna się szeptany wylew wrażeń, wspomnień, a potem są chichoty w poduszkę i posklejane powieki od mroku i pajęczyn.
mamy z szynką taką bliskość, że nie dość, że dostałam zaproszenie od jej mamy na święta wielkanocne, to nawet włączają nam się różne stany emocjonalne w podobnych momentach. choćby ten cały luty i ładunek emocji, który mu się ciągnie u dupy, jak żebrakowi sznurek do związywania drelichowych porów w pasie. 
jestem ostatnio całkiem wulgarna.
zapraszała mnie także cioteczka krysia, niestety nie spędzę świąt u niej ani w gilowicach, chociaż bardzo mi oba te pomysł pochlebiają i podobają się. mam już bilet do marysi, stęskniłam się za damasceńskimi karaluchami, przecież są to karaluchy z tradycją. poza tym pierwszy raz zjem wielkanocne śniadanie przy śpiewie muezina :) 
tylko tego nie lubię w podróżowaniu; że gdzieś zawsze kogoś zostawiam na czas wyjazdu. albo, że muszę wybierać między kilkoma równie atrakcyjnymi kierunkami.
szynka z ostatniej chwili:
dobrze, że mamy przewód pokarmowy, nie? inaczej trzeba by było jeść siedząc na wiaderkach. ble! i tak by od razu wszystko z nas wypadało!
wczoraj na imprezie poszłyśmy do łazienki i jedna węgierka usłyszała, jak opowiadamy sobie <szynka w kibelku, ja przed drzwiami do> wrażenia i opis jakiegoś chłopaka: „fuuuj, bleee, ueeeehhh”. na co węgierka : czy ona wymiotuje?? – nie, wszystko z nią w porządku. – jasne, wiem jak to jest. – nie dała za wygraną, więc zaczęłyśmy tlumaczyć, że to taki żart i że naprawdę nikt nie wymiotuje. uwierzyła dopiero, gdy sama weszła do kibelka i nie znalazła śladów na potwierdzenie swojej teorii.
prawie rok mija. 
ciocia mówi, że budapeszt źle na mnie działa. ale czy to budapeszt na pewno? może to dobór lektur i filmów? i muzyki, zawsze smutnej?
bilans:
-zlamanych postanowień noworocznych: 4
-zjedzonych wczoraj paczek poopkornu z szynką: 2 <tzn.solonych tylko w towarzystwie konsumującej syznki>
-uniknięć estońskiego: 2 <pierwszym razem <tj.tydzień temu> –myslałyśmy, że nie ma zajęć, a były, a dziś przyszłyśmy powiedzieć reet, że nie pasuje nam termin, zatem zaczynamy w przyszły wtorek;
-spotkanych silardów: 1, dziś na uniwerku;
-wypitych herbat: 4 <jest siedemnasta, do wieczora jeszcze kilka pewnie się zdarzy>
-dziwnych stanów ducha: 3,
-szynek w pobliżu, co uspokajają i głaszczą po głowie wtedy kiedy trzeba: 1, ale nie ilośc się liczy.
a to zdjęcie m.in. przysłała mi ciocia krysia i je lubię za minę siostry <która patrzy prosto w obiektyw> i za filozoficzną pozycję cioci:
lubię je. zdaje się, że dokładnie w momencie, w którym to zdjęcie naprawdę jest – mnie nie ma.
podglądacie mnie czytając tego bloga? czy to ja wam się narzucająco pokazuję, pisząc?
Otagowane:  

zana, pokój z pianinem, pod lapmą, bliżej ściany, raczej smutna

Dodano 13 stycznia 2011, w ., przez pszygody

trudno sie tak zatrzymać w jakims mieście na stałe, skoro wiem, że do wyboru mam wszystkie miasta na świecie. bo niby dlaczego nie? do każdego można sie jakoś doczłapać, czymś dojechać. zdobyć tyle pieniędzy ile trzeba i potem postarać sie o jakąś pracę, można przecież być wolontariuszem, everything goes. i teraz dlaczego bielsko biała? bo lubię góry. lubię widzieć zarys przestrzeni, gdy kręcę głową na nie. wtedy mi łatwiej zmienić zdanie. chcę mieć blisko do krakowa, ale chyba w samym krakowie nie chcę mieszkać. za dużo trzeba dźwigać na głowie, gdy się tam jest. a bb  to miasto z kulturą w tchawicy i nie takie duże, ale też nie małe. i bo mają tam szkołę modową. można się nauczyć szyć, a pewnei jest taniej niż w SAPU. i bo to miasto ma stok w pośrodku :) 

..rzecz w tym, że jeszcze tam nie byłam nigdy. i na razie nie mam czasu jechać. kiszę w ostrowie. zawinięta w koc. w kuchni, w której lata sto muszek zagadkowego pochodzenia. wyrzuciłam wszystko co potencjalnie mogło je powodować, te muszki.
tak samo jest z facetami. kiedy sobie powiedzieć stop? każdy ma jakieś cechy ujemne. jeden nie obcina paznokci u nóg, inny chrząka przy myciu zębów, jeszcze inny nie myje zębów. no i tak, początkowo myślisz, że znalazłaś ideał, a tu bestia nie zmywa naczyń i nie przepada za seksem, albo jest w łóżku mięczakiem. co wtedy? olać to i docenić, że jest zawsze pomocny i szarmancki przy znajomych i wykształcony muzycznie? czy poszukać nowego? każdy ma wady. czy w takim razie zatrzymać się przy pierwszym? kiedy uwierzyć, że lepszego się już nie znajdzie? kiedy zarzucić pomysł czekania na ideał?
chyba zjadłam muszkę. 
najdziwniejsze miejsce w jakim dziś znalazłam muszkę to były moje buty, które stały od 4 miesięcy w tym samym miejscu w korytarzu. podniosłam je żeby ubrać, bo szłam ze śmieciami <w których już też były muszki, a to były śmieci tylko z dzisiaj> i nagle zauważyłam całą muszkową dekorację, muszki wszędzie -> od języka po rzepy i aż na spodzie buta. całe zaplątane w sieć pajęczą. a przy moim palcu mały, gruby pająk obżarty muszkami. ledwo mu muszka z szczękoczułek nie wystawała..
ciocia obiecała przynieść muchozol.
a jak nas nie było, to zalało mieszkanie.
kupiłam więc tulipany, wstawiłam w wazon i udaję, że jest mi domowo i miło. zrobiłam pranie na wszelki wypadek. wywietrzyłam. wyniosłam śmieci, żeby się pokazać sąsiadom. myślicie, że to coś dało? nic.. 
próbujemy z szynką rozmawiać na skajpie, ale wszystko jest dziś przeciwko nam. muszka chodzi po zlewie. wszystko chowam do lodówki przez te muszki. chleb też, i cukierki. wszystko. 
dzisiaj jest właśnie tak, z lewej niebiesko, z prawej różowo. jak na paznokciach. mariszka w tej chwili leci do damaszku. ania jutro przyleci do ostrowa. mnie się chce wyć, czytać lesmana, malować kwadraciki na obrazie, z którym utknęłam pół roku temu, chce mi się też zostać i jechać, myśleć i spać na raz. jestem też sobą zdegustowana, że poddałam bloga głosowaniu, oględzinom, to było niepotrzebne. chociaż zobaczyć go na trzeciej stronie, gdy startowal z pięćdziesiątej? bezcenne. jest nawet przed blogiem gracjana rostkowskiego. szkoda, że nie można wysyłać smsów z zagranicznych numerów, a w wypadku szynki nawet z polskich numerow aktualnie za granicą. bezsensu.
szynka, jedziemy czy zostajemy? 
muzyka prosto od szynki, przynajmniej prawie:
 - the national: afraid of everyone
i
- należy zwrócić uwagę na głos tej dziewczyny -> scott matthew i holly <z raven mayhem> w piosence between the bars.
Otagowane:  

  • RSS