jabłonowskich, bratniak

Dodano 3 września 2010, w ., przez pszygody

I oto jestem. owinięta softwindstoperoszelem, zamglona, przejedzona ciastkami, przepita herbatą, przemarznięta., z wypiekami od stresu, zasłuchana w łkanie turnaua. cały rok się martwiłam, że nie dostanę stypendium, a kiedy już je mam i jadę, bo to już w niedzielę – kraków jawi mi się takim pięknem, mimo że pada, i takim słońcem, mimo że zza chmur, i taką cisza, mimo hałasów, i taką lekkością istnienia, mimo przyciężkawych hektopaskali, które mnie od trzech dni cisną w głowę. maluję sobie guziki lakierem do paznokci, obbiałkowywanie przyniosło marny rezultat, modelina mącznieje w oczach, wygląda to dobrze tylko przy założeniu, że guziki mają być pudrowe. guziki są po to, żeby z nich robić pierścienie, takie z gumką żeby się trzymały na palcu. 

i dużo zwierzaków, poznałam wczoraj nitkę szimiego a dziś kotora kramara. kramar oddał jakiemuś żulowi mój rower. przynajmniej komuś zrobiło się weselej. jak zobaczycie w krakowie żula na różowym rowerze to przypomnijcie sobie o mnie. będę pewnie wtedy w metrze, w drodze na zajęcia, albo w jakiejś czytelni, albo na jakimś skrzyżowaniu będę decydować, w którą stronę pomyśleć. albo będę zajadać wegetariańskie mięso na pół z szynką. mariszka mówi, że mam jej kupić koszulkę z napisem ‚sojowa’, żeby nie było. mariszkę pożegnałam dzisiaj na dworcu, miała na sobie uśmiech pogodny, zwyczajowy przy pożegnaniach, i odrobinę więcej razy mi pomachała, rozjeżdżamy się w przeciwne kierunki. zobaczymy się w przyszłą niedzielę na mumie.
będe jutro ciąć pierwszy raz (poza grzywką mariszki, mojej siostry i moimi włosami) kobietę. tosia wstępnie się zgodziła, a ja wstępnie zadekralowałam odwagę i poniesienie odpowiedzialności, fryzura wybrana, sekundanci zawiadomieni, narzędzia naostrzone, zobaczymy czy któraś spęka czy też dojdzie do pojedynku. i czy będą ofiary. oby nie. 
weszłam sobie w śpiworek, cieplej.
piosenka bardzo mroźna, prosto z islandii, rokkurro, svanur, należy wytrzymać do końcowej partii z pianinem.
i tak, tu widać mariszkę,
tu guzikowe pierścienie,
nitkę (o rudych oczach),
kotora (w nogach kramara, imię od miasta kotor)
kraków z burzowymi chmurami, z których nie było burzy.
i jeszcze bilans.
boję sie: budapesztu, wyjazdu, skompiorów, biegać nocą, roztyć, używać skajpa, obciąć tosię, zmarnować czas, wierzyć, i że znów nie napiszę licencjatu..
lubię: pić herbatę, malować guziki,  jeść lizaki i chować się do śpiworka, robić zakupy i planować. 
życie dzieli się na tyle etapów ile w nim lodówek. 
chwilowo nie mam żadnej lodówki, iwonka-owieczka zabrała swoją niebieską do nowego mieszkania.
coś huczy z kranu. 
a pianino jest czarne i ma zepsute młoteczki, należałoby wszystko w nim wymienić, wszystkie wnętrzności, jelita, żołądek i serce, przeszczepy mogą się nie przyjąć, kły słoniowe mogą powypadać i zaryczeć ostatecznie. 
Otagowane:  

blog 4 dummies

Dodano 5 listopada 2009, w ., przez pszygody

Z boku wiele rzeczy wygląda lepiej, niż z bliska. np. gdy ktoś opisuje, że mieszka w Liverpoolu <basenie z wątróbkami?> i pracuje.. a w rzeczywistości jest mu smutno, bo jest tam sam. . czytam październikową almę mater o mojej katedrze między innymi, o hungarystyce, robi wrażenie. poza tym czytam geografię intymną kobiet, zajmujące doprawdy, Natalie udowadnia różne przewrotne tezy, a najbardziej spodobała mi się historia o ciuszkach dla dzieci, że są albo różowe albo niebieskie, a jedyny unisex to żółte śpioszki z kaczuszką. jeszcze w 19 wieku różowy przeznaczony był wyłącznie dla chłopców, ale zmieniło się.. i co ciekawe, dziewczynkę można bezkarnie ubrać w niebieskie ciuchy, a chłopca w różowe już nie, bo to co kobiece jest nieakceptowane u chłopców, a kobieta z cechami męskimi – jak najbardziej. mnie zawsze żal chłopców bo to oznacza nieograniczony wybór dla dziweczynek; każda która chce może chodzić w meloniku i doklejonym wąsem, zrozumiemy (np.przecież krzaczastobrwiowa frida. ale mężczyzna w szpilkach? to już diva; zaakceptuje to tylko odpowiednia grupa społeczna. albo dwie lesbijki – zaakceptują je i meżczyźni i kobiety, nikt się nie skrzywi, a jak trzeba sobie wyobrazić dwóch gejów to niejeden/dna wymięka, ciekawe, że tak rozpaczliwie szukamy akceptacji, a większośc z nas szuka dla siebie jak najniższej niszy, najodrębniejszej drogi i unikalności. 


moja bibliotekarka nie umie wysyłać mejli, albo poprawnie napisać gmail.com, nie wiem, ale przez nią napiszę uboższy w źródła referat, o ile w ogóle go napiszę (nawet pisanie zaproszeń na piwo po węgiersku idzie mi opornie) a na dodatek w karkowie chyba nie ma w ogóle nikogo z rumunii, mam problem ze znalezieniem koleżanki/legi do konwersacji... w polsce strasznie pokutuje wyobrażenie rumuna, zresztą widać to w języku, często się wyzywamy od rumunów, czyli od nagorszych.. a to fatalnie. pewnego razu poznałam Cristinę (o 5 rano przed bieganiem na stacji pkp-nawet tam zdarzają się dobre rzeczy) i pomogłam kupić bilet do jakiejś wiochy, jechała z bukaresztu, studentka medycyny, b.miła dziewczyna, zorganizowana, działająca w wolontariacie, niebrzydka. moja lektorka gaba zresztą też brzydka nie jest, oprócz może zębów, ale za to ma długie brązowe loki i jest starsznie wesoła, i ją lubię, a to że dziś zwialam to z winy zdrowia, nie chciałam go pogorszyć, wiadoma to rzecz..

słucham sobie billie holiday, czekam na mejle różnorakie, na kramara, bo ma wpaść oddać tochmana (za którego już należy mi się kara), aj.. i uciekłam znów z zajęć, jak mi buciki przemokły (pomimo parasola) o 13, a zajęcia miałm skończyć o 18.15 to poczułam się znów chora i wróciłam pod kołdrę.. wcześniej zdążyłam przyjrzeć się pięknym fińczykom z rajskiej czytelni, jest nawet pięny finn, którego spotykałam w czerwcu w jagiellońzkiej. a na rajskiej była dziś ogromna kolejka do szatni, tożto niespotykane, i nie odezwałam się do żadnej w kolejce osoby, bo słuchłam sobie marii tanase, i tylko dlatego.. maria w medalikowie, mateusz w pracy, a i jutro z szonem-przednim i czołowym w polskim malarstwie akwaforcistą – pojadą na wieś, na melanże, a ja podążę na badania psychologiczne, za które zresztą nieźle płacą. poza tym czeka mnie weekend z hausem, węgrami, hungaropesymizmem i Kölcseyem.. obocymy. jeszcze mi się przypomniało, że mnie bulwersuje, że w polsce za oddanie komórki jajowej dawczyni musi zapłacić! szok! w ameryce dostaje się za to 800 dolców, i nic dziwnego, dawczyń mało, chętnych na komórki dużo, a proces oddawania trudny, puchnie się i trzeba co dzień (przez miesiąc) wstrzyknąc sobie dużo hormonów i innych dziwnych rzeczy na rozbudzenie porostu komórek, potem się je operacyjnie wyciąga.. ain’t that easy.. i jeszcze każa nam za to płacić.. no nie, ale rozumiem.. są ważniejsze wydatki, np.nowe dachy bazylik, co tam dachy! całe bazyliki.. n i e jest łatwo żyć w państwie wyznaniowym.. 

w każdym razie kierownik mojej katedry dostał medal od lecha, to dobrze.

muszę się do cholery nauczyć wklejać zdjęcia na bloga:) ain’t that easy. przydałoby się jakieś ‚blog fo dummies’, czy coś.

suma sumarum:
-w tym roku nauczyłam się sama sobie podcinać włosy, łącznie z grzywką;
-tata ma 50 urodziny i zważywszy na to, że rok temu dałam mu własnoręczny obraz, a  w tym roku nie mam pieniędzy, to trzeba coś wymyślić orygialnego:/ (zostało 14 dni);
-mateusz wgniótł skodę :/ ale nie widać;
-trzeba znaleźć miłą, stałą najlepiej pracę, bo na badania psychologiczne uj można chodzić tylko co pół roku;
-jutro spotykamy się z węgrami ‚u głowy’ jak to ujęła ślicznie nóri ;];
-wczoraj jedna węgierka wzięła mnie za lesbijkę! wystarczyło powiedzieć, że ładnie wygląda i zaprosić na ciastka do czystej kuchni z pozapalanymi świeczkami :/ co za ambaras..;
-opuszczonych zajęć: 8 ;/;
-poznanych nowych zespołów: 2 islandzkie, Rökkurró, Mammút, plus przypomniałam sobie o marii tanase, plus wę-gierka: Karády Katalin;
-zużytych chusteczek: 132
-płonnych nadziei: ze cztery..
-poziom niesubordynacji od 1 do 10 -> 9.

mamy sąsiadkę/ka, która/y pięknie ćwiczy grę na skrzypcach, muszę odkryć jej/jego płeć.. obstawiam, że to chłop, ale m&m’sy są przeciwnego zdania. 

na hát..

  • RSS