bronte

Dodano 25 lipca 2012, w ., przez pszygody
Dostałam dziś mejla od Kasi Łabędź z pytaniem: co mnie inspiruje. I nie wiem. James Blake? Bjork? najczęściej mariszka.. ale przecież tak Łabędziowi nie napiszę. co was inspiruje „do mądrego i dobrego życia”? jak zapytuje łabędź. kapitan bomba? glee? serial bbc o angielkach z 19 wieku? memy? podróże? cosmo czytane na kibelku? sudoku? pęknięcie na ścianie może inspirować, przechodzień widziany z balkonu, albo koncert jazzowy. fitzgerald mówi (swojej córce w listach – książkę poleciła mi mariszka), że jedna książka czytana godzinami inspiruje dużo mniej niż jeden wiersz. jeden wiersz potrafi wzbudzić myśl, która stworzy całą nową filozofię, albo zapłodni do napisania książki.

inspirujące mogą być teksty, ale i miejsca. najbardziej inspirujące miejsce – na dzisiaj ławka w parku, na której piłam kawę, obserwując dwie przyjaciółki piknikujące nad rzeczką rozpychającą się przez środek trawnika. a potem wielka stadnina koni, którą znalazłyśmy z siostrą zaraz za parkiem, i boiskiem do krykieta. zaszłysmy ją jakoś od tyłu stąd też wyłoniła się nagle i czarująco; w angielskim stylu.
w tym roku najbardziej inspirującym miejscem była klasa z zajęciami durnieja, a w przeciągu ostatnich lat najbardziej inspirującym miejscem-krajem była oczywiście syria.

potem są inspirujący ludzi. nie będę wymieniać, bo się poobrażacie, jak o kimś zapomnę. ale to przecież Wy mnie inspirujecie. rozmawiając ze mną. albo grając dla mnie na pianinie, wysyłając liściki z sąsiedniego łóżka, opowiadając bajki, gotując zbyt suche albo zbyt ostre dania, złośliwie żartując ze mnie, robiąc mi zdjęcia, opowiadając żarty o dzieciach bez rączek. inspirujecie mnie pisaniem przez siebie książek, wierszy, artykułów i piosenek. gonię was, bo nie chcę zostać za wami w tyle. dlatego smaruję sie z wami glinką i chodzę na wasze śluby, a potem oglądam z wami filmy. i uczę się waszych języków na pamięć, żeby zrozumieć, jak mówi herbert, wasze inne języki i inne cierpienia.

i jednak muzyka. ona sprawia, że nie mogę spać. gdy mi się rozjątrzy w głowie fragment czegoś, co mnie budzi do rytmicznego smucenia się i boli jak przetrącony biegiem czasu nerw. nie śpię wtedy, a tylko namyślam się cicho i bez głupich żartów. aż idzie w pięty. jak nowy album bjork, w nocy przed testem z węgierskiego, że do brzasku nie mogłam zasnąć.



coś wielkiego wpadło mi do lampy, jakaś nocna osa, albo pszczoła?
madonna, you’ll see.

Otagowane:  

budapiszczy

Dodano 19 listopada 2010, w ., przez pszygody

Piątek. Węgrzy solą nawet chrupki kukurydziane, za to często zdarza im się nie posolić pyrów. skandal. niespodzianką najlepszą tego tygodnia jest kartka z islandii, którą dostałam od pjotrka, byłego współlokatora szynki. z miszu zresztą. kartka przedstawia ‚typowy islandzki krajobraz’ i ma być dla mnie rekompensatą za to, że muszę znosić oglądanie wyspy tylko na zdjęciach, zamiast patrzeć na nią z bliższa.. kartka jest urocza a piotrek jest kochany i nie da mu się tego odmówić :) i ma rację nazywając mnie najprawdopodobniej najbardziej zazdroszczącym mu położenia geograficznego człowiekiem ;)


dziś byłyśmy z dziewczynami po zajęciach na bazarku przy placu imienia jednego poety i znalazłam tam miód słonecznikowy, jest gęsty i scukrzony i pyszny :) żółty jak cytryna:) oprócz tego zapisałam się na zawody pingpongowe akademika i czekam z niecierpliwością czy zgłoszą się jakieś przeciwniczki dla mnie:) jestem cienka, ale tak lubię grać, że mam to w nosie:)
za to szynka nie może spokojnie wychodzić przez bramkę co jest przy wejściu do akademika bo na jednej imprezie ukradziono jej kartę i od tamtej pory wszystkie nowe, które dostaje – nie działają. trwa to juz z osiem dni i przez to ja się tez złoszczę, bo szynka nie chce ze mną iść pograć :/ a kupiłam taką dobrą rakietkę.. 
poza tym dzisiaj są urodziny taty. a to już siedem miesięcy. w zasadzie, dopiero. śni mi się często. ostatnio już w lepszej formie, wesoły i zadowolony. 
chciałabym tu zostać jeszcze na pół roku, poznać budapeszt wiosną i latem. szkoda mi wyjeżdżać. nic tu się jeszcze nie wydarzyło takiego, co by mogło żebym mogła mówić, że jest/było fantastycznie.
dzwoni do mnie ktoś dziś cały dzień z numeru nieznanego. wiecie może kto to? bo parę razy nie słyszałam.. albo nie dobiegłam.
tomek w dusseldorfie, szynka gdzieś na saharze pewnie (śpi na brzuchu), elejn w ameryce (ogląda jakiś serial), mariszka w damaszki, bania w krakowie, a ja tu. z ogryzkiem od gruszki, herbatą malinową i miodem ze słoneczników. piątek wieczór, grzane wino z pomarańczami w planach, urodziny taty, szaro i deszcz. zrobię sobie warkocze i nauczę się listu pożegnalnego virginii wolf na pamięć.. a co mi tam. 
b.lubię tę piosenkę: 
http://www.youtube.com/watch?v=_AcuB8Bplsw&feature=player_embedded
 - oto marek dyjak i ‚pisz do mnie’
hm, odebrałam ten telefon: ‚tu akcja złoty kłiz’..’ :)
i jeszcze to mi się przypomniało: 
http://www.youtube.com/watch?v=N-PB3-g_Jdk&NR=1
 
madonny, live to tell, b.lubię!
ach, no i rano zjadłam podobno spleśniały już chleb.. ale może, że jakw stawałam rano to był jeszcze w porządku tylko potem się zepsuł jak dziewczyny wstały? :)
a tu zestaw: blondynka z szatynką przeplatane paulą:
i tyle :)
Otagowane:  

szombton

Dodano 5 grudnia 2009, w ., przez pszygody

Nasza sąsiadka ćwiczy grę na skrzypcach, to wiadomo, ale coś jej nie idzie.. sąsiadka ćwiczy ten sam kawałek od kiedy się pojawiła w naszym życiu. już trzeci miesiąc. ciągle zacina się w tym samym miejscu i nie potrafi przebrnąć bez fałszu ć przez fragment obfitujący w energiczne zmiany wysokości. ale to miłe, gdy siedzimy przy herbacie z nową wyborczą i rozlegają się pierwsze dźwięki skrzypiec zza ściany. przypomina mi się jak byłam młodsza i sptykałam sąsiadkę, która mieszkała pode mną, świeć Panie Boże nad jej duszą, i chwytała mnie za ramiona i mówiła: mój konradek zawsze gdy ćwiczysz siada w pokoju na kanapie gdzie najlepiej słychać i słucha. no tak.  w historii pana sommera jest kapitalny fragment o tym, jak narrator wspomina swoje lekcje gry na pianinie u panny marii luizy funkel.. ktora kazala mu poprawić granie pewnej sonatiny diabellego (to nie jest wymyślone nazwisko, istniał na prawdę!> i przeoczył fis. i panna funkiel nacisnęła kilkanaście razy a ten fis, żeby mu pokazać i przed ostatnim kichnęła i jeszcze raz nacisnęła i niestety do fis przykleił się zielony glut. a panna funkel kazała chłopcu zagrać sonatinę jeszcze raz poprawnie.. kończy się tak, że biedaczyna próbuje się zabić..

wczoraj dostałam od gosi i eleny przesłodkiego mikołaja: kwiatek z pluszu z żółtym uśmiechem i różówymi płatkami, na takim patyczku do gięcia, już zajmuje zaszczytne miejsce w kuchni na krześle i wita wchodzących. skapnęła mi się też skarpetka-żółw na telefon. i dobrze, bo kiedyś wyrzuciłam wszystkie skarpetki na telefon, bo za dużo mi przypominały. 
moje życie się rozdwoiło lately. mam dwa telefony, dwa nowe numery, dwa kierunki, dwie prace, dwa życia do wyboru, dwie drogi, którymi mogę pójść. więcej wcale nie oznacza lepiej, np.dwa nowe numery sprawiają, że żadnego nie wykorzystuję w pełni a mam dwa razy wiekszy rachunek. to się tyczy reszty. jedyny plus to więcej zajętego czasu (żeby nie myśleć za dużo)- ale to też oznacza mniej czasu na obowiązki (co w zasadzie też jest dobre o ile mnie z nich nikt nie zechce rozliczyć). moje życie dzieli się teraz na stare i nowe. czy muszę wybrać całkowite odrzucenie jednego z wariantów? tłumaczę sobie, że nie. bo to tak jakbym odrzuciła starą poczciwą bjork, czy cocorosie. są stare, tzn.znane mi już od dawna.. ale można z nimi stworzyć sobie w życiu piękne rzeczy słuchając ich nowych nagrań. 
upiłam się winem dwa razy w tym tygodniu, a na tym nie koniec. czeka mnie dziś dzień urodzin agatki.. a jutro rano aqq. na całe szczęście mam bardzo udany skład pracowników w hostelu, same miłe buzie. 
i jestem mistrzynią pakowania aniołów, klejenia pudełek, wiązania kokardek, owijania, sklejania rzeczy na ciepło pistoltem (w tym własnych trampek) i rozładowywani napięć w pracy, np.poprzejściu burzy (szefowej). umiem też wyjąć całą zawartośc torebki przy xpedientach w sklepie gdy chcę zapłacić za wodę bo nie mogę znaleźć pugilaresu i jeszcze umiem zjeść obiad w 3 minuty (o co się wcześniej nie podejrzewałam) i bez zwymiotowywania od razu pobiec gdzieś, gdzie akurat muszę być.
i jeszcze mam jedno nowe postanowienie, że od dziś zawsze będę przy sobie nosić nie tylko wodę, chustczki, apap, nospę, gumy truskawkowe/różówe z wapniem, okulary przeciwsłoneczne i normalne, puzderko z pudrem, klucze, telefony, pieniądze, aparat, długopisy, wsuwki,… ale jeszcze zapasową parę skarpet, gdyby wynikła przypadkiem jakaś impreza po całym dniu niebytu w domu. 
maria gotuje, wezmę mój zeszyt wzorowej pani domu i wpiszę jej przepis na makaron, żebym na starość zawsze mogła się poratować w razie pomysłowego kryzysu namacalnym dowodem naszego prawie już czteroletniego pożycia pod jednym dachem.

a pjosenka niech będzie wesoła może (muzyka mojej młodości..ach, kolonie w leśnikach..)
a propos wspomianej cocorosie: 
http://www.youtube.com/watch?v=J4vmAV4OdbM
i jeszcze to, bo pasuje mi do dzisiejszej aury: 

<poruszyłyśmy chyba z jadzią albo mirą temat najlepszych teledysków..pink floyd: high hopes, dave matthew band: crash into me, orenem lavie i her morning elegance i bjork z wieloma..
no ale jeszcze jest madonna i take a bow: :
http://www.youtube.com/watch?v=bhCH13MfIrs
i to, z muzyką jose gonzalesa: 
http://www.youtube.com/watch?v=Y-qJu20do0o
:)


  • RSS