ostro w wielkopolsce

Dodano 14 stycznia 2011, w ., przez pszygody

A może pan Narcyz ma rację, żyjemy w post-rzeczywistości, żyjemy też w post-związkach. 

dentysta powiedział mi rano, że ma pacjentkę – tłumaczkę przysiegłą z języka węgierskiego; z ostrowa, mieszkającą na pół tu i w budapeszcie. i pochwalił moje pazkoncie. ale nie ufam mu, choć idę do niego już za chwilę. słuchał od rana mszy w radiu maryja, czytał rzepę. uśmiechał się jakby za często.  
po nocy jeszcze dwie muszki latają w okolicach zlewu. i dużo muszych trupów.
od rana rozkład w szarościach. opróżniam się z siebie. przeniosłam zawartość jednej szafy z pokoju z pianinem do pokoju z patentem <w potencjale>. 
tyle mi miejsca trzeba; jedna szafa i plecak. i kilka kartonów książek. i jeden z maszyną do szycia. szimi miał rację ćwicząc się od młodości w nieposiadaniu rzeczy, książek. książki czytał uważnie, notował, uczył się notatek i już nie musiał dźwigać ich ciężaru. barańczak też miał rację mówiąc, że książki to tylko takie, które można unieść ze sobą w pamięci, gdy zawieje wiatr przenosin.
od rana weszłam na dwie złe, zabronione strony rzeczywistości i teraz ‚i’m no good’ -> jak u lykke li w Paris Blue: http://www.youtube.com/watch?v=dIV3S0Dofds&feature=related
ale rankiem było lepiej za sprawą pjosenki od kochanej szynko-rzepy: http://www.youtube.com/watch?v=GHvhkndXKSg -> laura veirs i Little Deschutes. chociaż to ani trochę nie jest weselsze.
marja prawdopodobnie w aleppo. nie wiem, nie mogę wydostać z pieprzonej awilli jej numeru syryjskiego. nie mogę wpisać pinu, dotykowość się zepsuła. takie sa nasze czasy, jak telefony dotykowe. na początku wszystko dziala delikatnie, wygląda pięknie, że aż zachwyca nowoczesnością; ale jak się coś zepsuje – wtedy nawet walenie w ekrany nic nie pomoże. wtedy wraca się do tego co stare, sprawdzone i działające na wciskanie i przycisnakie. jak zwykła nokia z guzikami. jak szydełko. jak zmywanie naczyć pod kranem w zlewie. 
czy odsłaniamy się przed ludźmi z samotności? bo po co blogi? z samotności powinniśmy się chować, wstydząc sie jej. to przeciez ułomność społeczna, jeśli nie jest powodowana wyborem.
blogiem roku zostanie i tak jakiś blog o dziecku z dałnem <z całym współczuciem i szacunkiem dla jego losu i dramatu rodziców> albo jakiś sponsorowany przez elle i twój styl blog o rabatkach i robótkach ręcznych <z całym szacunkiem dla robótek ręcznych i ogrodnictwa>. tu nie chodzi o pisanie, ale o przydatność. 
na obiad sałatka i może pesto; tak nieoryginalnie. albo zabiorę siostrę do baci. bo do babci już nie możemy.
mori boi się przychodzić do naszego mieszkania, od kiedy znalazła na podłodze w korytarzu krzyżyk. myśli może, że to duch taty próbuje dać nam jakiś znak. mnie się wydaje, że ściany otulające tę norę ateizmu tak przesiąknęła atmosferą, że teraz, w ciszy i spokoju wypchnęły ostatni znak religijności, byle jak najbliżej wyjścia. 
chwilowo mam ubikację, czytam zatem. Etienne Trocme – Pierwsze Kroki Chrześcijaństwa. wiedza historyczna, nie mam sobie nic do zarzucenia.
szaro, mży, chodzę zamiast jeżdżę, znudziły mi się taksówki, za długo trzeba na nie czekać.
jeszcze jedna laura veirs: http://www.youtube.com/watch?v=jo-yV19ZomE&NR=1&feature=fvwp – magnetized. bardzo ładne pianino i piła w refrenie. choć z syntezatora. 
Otagowane:  

medalikowo

Dodano 14 sierpnia 2010, w ., przez pszygody

Bob (pięknooki, krótkowłosy, miły, jamnikowaty z rasy kundel) i ja (z jednej strony, ja z drugiej strony mojego mopsożelaznego piecyka?) w zasadzie pokończyliśmy już swoje turnusy* na letnisku u janasów, ale każde z nas tu wraca, tak jak teraz. ja po kilkunastu dniach, bob po kilku godzinach. rozrywek jest pod dostatkiem, stół do pingponga w piwnicy, pianino w salonie, szkoła gotowania codziennie w dowolnych godzinach, pokaźna biblioteka i całodobowa terapia odstresowująca, a oprócz tego basen w ogrodzie, klub dyskusyjny przy karcianym stoliku nieopodal salonu i z herbatą, sad brzoskwiniowy, łąki i lasy za oknem, a wieczorem ognisko nad zalewem za miastem. Zrywamy polne kwiaty. Widziałyśmy piękny zamek w Olsztynie a bob trzęsąc się ze strachu przed burzą przyszedł spać u wezgłowia mojego materacu.

dziś po burzy czyste niebo. 
pielgrzymi zadziwiający. śpiewają przez megafony, kwiczą, walczą na świetlne miecze, wymachują balonami, urządzają ogniska na alejach, rozsyłają miłość spiewając: Jezus, Jezus, siaba daba da. pielgrzymowy folklor letnich miesięcy w częstochowie. 
już się nie boję ciem, tych grubych na centymetr i tych mitopodobnych, virginii woolf. 
ciekawe czy virginia bała się ciem.
turnus u janasów, oryginalnie zwrot użyty przez szona dla określenia pobytu psa Boba w gościnie u Tośki, psa janasów właśnie, i u janasów.  
muzyka na dziś jest taka:
lykke li: breaking it up w wersji trochę bardziej rozkojarzonej niż na płycie
i I blame coco, córka stinga z frapującym glosem
i dlaczego anglicy piszą ‚ja’ wielka literą, a ‚ty’, ‚wy’, ‚oni’ małą?
Otagowane:  

lubkowo, nad niemnem,

Dodano 19 czerwca 2010, w ., przez pszygody

..wyśpię się pewno dopiiro u arabskiej babci marysi; tymczasem mam wrażenie, że wszystkie drzwi są we mnie pootwierane, okna też, wietrzę, przeciąg powoduje dużo przemieszczeń, ale wewnątrz, zewnętrznie stoję w miejscu przytrzymywana w pozycji stojącej sznurami splecionymi z takich kawałków:



 <lykke li, possibility>

żeby zrobić krok na przód potrzeba mi miliona albo pół wolontariuszy-krasnali, które nogi moje by brały i podnosiły.


http://www.youtube.com/watch?v=MIMVvnnEd90&NR=1
 <bon iver & st.vincent, rosyln>

mam wrażenie rozmijania się, albo znikania. tak, to tak, jakby mnie ktoś namalował akrylem a na to zaczął padać deszcz; po cichu zjeżdżam z płótna, barwiąc za sobą chodnik chłodną plamą sieny palonej. wymyślam sobie przy tym od idiotek. albo to tak, jakbym zaczynała być niewidoczna, siedzę i czuję jak na kształt balonika z helem unoszę się, odlatuję lekko i pochopnie i tylko stopami zahaczam się o stolik żeby nie wyfrunąć zupełnie. siedzę, obserwuję i czuję, że mrugam jak rozładowany neon, bzz, bzz, nie było mnie kilka sekund, jestem, nikt nie zauważył?


 <e
ditors, no sound but the wind>

a jednocześnie biegam myślami we wszystkie możliwe strony, węszę, żuczek trochę mnie próbuje prowadzić, ale La Loba we mnie skutecznie się maskuje. biegam więc i węszę, sprawdzam obgryzione kości, szukam tropu. 
dzisiejszej nocy stoję w obliczu czarnego nieba, i wyję do śladu po księżycu. tylko prawdziwy głód mógł mnie tu przygnać. 
..przypomina mi się noc spadających gwiazw lubkowie, nawet nie pamiętam jakie życzenia wypowiadałam leżąc pod kocem w pontonie na podwórku obok m&m’sów. komary były żarłoczniejsze niż te nasze dzisiejsze, powodziowe. pająki były bardziej bezwzględne, większe. to tam przestałam się ich bać.
już nigdy nie będzie takiego lata.

to z takich nocy składa się nasze życie. innych się przecież nie pamięta. tylko pamięć nas wypełnia, uśmiechy, pierwsze spotkanie się palców, ogrzewanie rąk w fałdach czyjegoś ciepła, gapienie się w sztuczne ognie, nocne spacery po plantach, dwa olbrzymie księżyce nad krakowem, bjork śpiewająca boso tylko dla mnie i pozostałych tysięcy osób.. picie doskonałego wina przy cieple strzelającego ogniska, światła i wieże wyłaniającego się z mroku miasteczka. 
ze wschodem słońca ćmy osiadają na ścianie i rozmasowują obolałe skrzydła. zgniatam je na powitanie spojrzeniem. wyrywam im się z łóżka. zmieniamy wartę.
Otagowane:  

  • RSS