bu – deszcz – pa – da

Dodano 8 grudnia 2010, w ., przez pszygody

dzień mija jak strzelił. bardzo szybko, ledwo zdążyłam zrobić pranie, pójść do naszej alma mater – tesko i wrócić, rozwiesić pranie, zrobić obiad <jabłka z ryżem> i tyle, już 16 a w czwartek estoński i węgierskie, a pani duużo zadała, i dobrze. wczoraj był mikulás napja, rozdałam prezenty i też dostałam piękny kalendarz w owoce, żeby mi się zimą miło letnio robiło. 

wczorajszy dzień skończył się tak, że pojechałysmy do mupy, do pałacu sztuki, żeby wysłuchać koncertu jana garbarka.. bilety były koszmarnie tanie, na polskie: 4,5zł.. miejsca pod sufitem wielkiej sali balowej, garbarek był z daleka wielkości szpilki i wcale nie powalił mnie na nic, grał mało, dużo było solówek, nawet basista miał swoją, całkiem długą, pianista też ze dwie, też długie, garbarek solo prawie nie zagrał, tylko ze dwa zakończenia utworów, które też nie powaliły, niczego z mojej listy życzeń, niet! za to bębniarz zrobił takie szoł, że szok, bardzo interesujące rzeczy nam pokazywał. wkładał różne małe instrumenty, m.in.talerzeblaszane do wiadra pełnego wody i to dawało niesamowity efekt, fantastyczne to było, warte tego, żeby przyjść na koncert.
no a teraz już jest noc, drugi dzień, prawie 2 a o 8.15 tłuamczenie.. tylko pewno se nie wstaniemy.. za to odbył się dziś finał! halo halo! pszygoda pośród wszystkich węgierskich mistrzyńn olimpijskich wyszła, taka zielona, wystraszona ze swoja nowa rakietką o niebieskiej końcówce.. i doszla do finału! ale tyle by tego było, rozstrzeliła mnie o 5 lat młodsza dziewczyna, mechaniczna taka pomarańczka, bardzo spokojna, wszystkim trafiająca, nieruchoma, maszynarna. nikolett. ale trzeba jej oddać, że dobra jest bicza! :) no nic, wyszarpnęłam jej jednego seta i prawie drugiego, ale tak się tym podnieciłam.. że przypadkiem go przegrałam i wynikiem 3:1 zakończyły się osiedlowe mistrzostwa.. w czwartek rozdanie dyplomów i wręczenie nagród, juhu! :)
jeśli dostanę czekoladę, to przyrzekam i zarzekam się, że ją zjem, co mi tam :)
tak, i udaje mi się nie pić alkoholu od paru dni, dobrze jest. herbatka zawsze lepiej mi robiła.
ach, i jeszcze wcześniej grałam z gaborem, przed jego meczem, a było tak, że jego przeciwnik już od 2 godzin zajmował stół i ćwiczył ze swoim trenerem <profi> no i nam zwolnili stół na chwilkę przed meczem i oczywiście usiedli w 5 osób na widowni i musiałam  dobrze kręcić rakietką, żeby dorównać gaborowi i się nie zbłaźnić przed chłopakami. ale chyba się udało, bo parę razy rzucili niezłym komentarzem :)
bilansumot może mały:
- wygranych meczów w tych zawodach: 5 na 6.
- przegranych: 1 na 6 :}
- straconych setów: 3 w finale.
- widzianych janów garbarków na żywo: 1
- liczba mejli po węgiersku: należy dodać 3 do poprzedniej liczby
- dobrych serwów dziś: z 9, raz nikoletta oprotestowała mój piękny serwis tuż nad siatką, mówiąc, że to kis net był a nie był. zgodziłam się na powtórkę i zaserwowałam tak, że nie odebrała, hyhy.. za to potem mnie opykała przy swoim podaniu..ech.
- komplikacji kowalowych: 1 duża, tekst z jakichś dziwnych niezbadanych przyczyn nie opuścił węgier, a ja temu biedakowi naobiecywałam, że już w weekend będzie.. co to będzie! 
- pysznych obiadów: 1, sama! własnoręcznie.
- pomysłów na prezenty: 2 dobre plus jeden podrzucony przez interesantkę
- dziwnych myśli, 2, za to powtarzające się uporczywiej niż piosenka sdm’u o tym, że mogliśmy urodzić się w innych dekadach i co wtedy..
piosenka na dziś? podkradziona z fejsbuka od brata z warszawy: 

 tego trzeba słuchac głosno i w sluchawkach, baths – ‚palatial disappointment’
i jeszcze takie coś bombay bicycle club’u – ‚flaws’ prosto z dachu wykonawcy ;) 

co za postura mojej rywalki, proszę tylko spojrzeć, to skupienie..
co za prędkość! 
a kibiców było chyba z 15! wszystkie polki przyszły i jeszcze trzech chłopaków zainteresowanych moimi losami w turnieju:}
tu jemy jabłka w tramwajowni w drodze do west endu na zakupy
jeść albo nie jeść, oto jest pytanie.. ;}
tu się nieźle ucieszyłyśmy na taki widok!
a tu już mupa (widok z ulicy – to zielone)
i dowód rzeczowy
przy okazji 
od lewej: asia, jedna trzecia agaty, asia, ręce i głowa magdy, za nią jeszcze nasza wegierka od czekolady, przed nimi szynka, i jelenka;
widok z balkonu mupy
i tu
mam nadzieję, że dobrze widać jego trabkę? :) i wiaderko triloka? :)
z lotu ptaka.. ale za to za 4,5zł :}
mogłyby być siostrami, aj? asia w pepowym nastroju i znów 1/2 agaty w czerwonym
a tu dobry lans z asią II w kropkach
no wreszcie agata od ałfas ;}
jeszcze raz asia, bo z niej to jest taki oryginał, że śpiewa, gada o śwince pepie i chrumka, przy czym nakłania wszystkich też do chrumkania i dużo wskazuje palcem, paple ale tak słodko i wesoło, że nie ma się jej dość. :) ja ljublju. reszta też.
tak właśnie jest
no czas już na nas..
jó éjt mindenkinek
Otagowane:  

u bani / u krammara / rajska / gołębia

Dodano 21 października 2010, w ., przez pszygody

moja empetrójka mnie dzisiaj rozpieszczała, gdym od bani szła drogą ciemną i przez park (po wyjściu z tramwaju, w którym był chłopak, co myślałam, że zaraz wyjmie nóż i mnei zaciuka, na szczęście wysiadł przystanek wcześniej).. no więc szłam z wszystkimi tobołami na plecach, zgarbiona od ciężaru dnia.. puszczała same najlepsze kawałki! i puste ulice, że bez stresu mogłam śpiewać ile wlezie. dzień pełen absurdów, a to, że bani rura poszła i nie ma biedna ani kaloryferów ani ciepłej wody – bynajmniej nie jest największym z nich. za to pomyślnie skończyły się moję wyprawy do sekretariatów i innych agencji. lekarzy itd. za to kramar mnie znielubił, bo coś jestem rozkojarzona. jakaś wesoła za bardzo jakby. 

kupiłam dwa pęta czosnku od biednej babci, wypiłam najlepszą sunny island z miodem i cytryną w życiu, doświadczyłam wiatru demeter na własnej twarzy, spotkałam ludzi z zaświatów, m.in. maćka co pędzi życie w czechach i koleżankę z seminarium licencjackiego, która wczoraj obroniła magisterkę. bania nakarmiła mnie najlepszą na świecie zupą ogórkową.. że nie wspomnę o leczu, które ugotował jej brat i które jadłam wczoraj, mniam!
poza tym dowiedziałam się, że mój mózg ma taką konstrukcję, że sobie lubi wkręcać, przekręcać i nadinterpretowywać. nieźle. ale to mi chyba pomaga żyć w moim hurraoptymistycznym świecie:) więc mam to gdzieś.
ech.. ta ogórkowa:)
bombay bicycle club: jest już od jakiegoś czasu temu, a nie było kiedy wkleić:) 
http://www.youtube.com/watch?v=8t2RIes-zKo
always like this – w moim tłumaczeniu: lubię to zawsze :)
Otagowane:  

  • RSS