Klee zwischen Himmel unde Erde

Dodano 27 maja 2012, w ., przez pszygody

nie wiem dlaczego jeszcze tu tego nie ma.



ben howard, depth over distance.

są takie dni, gdy klei się tylko czosnek przy krojeniu, a płacze się na sam widok cebuli.
usta szczypią, najbardziej miękkie szczoteczki do zębów ranią, szczotka histeryzuje i gubi zęby, świeżo wyprostowane włosy wychodzą na deszcze i wracają do siebie. chleb staje w gardle, spokojne wieczorne światło rani oczy. literki na klawiaturze zmieniają kochanie w kichanie. mejle złośliwie nie przychodzą. mosty czekają. łodzie stoją bez sensu i pozwalają się na siebie gapić. wysuszonym rękom nie pomaga nawet krem z mocznikiem. kremówki uciekają z blach i chowają się za zamkniętymi kontuarami ciastkarń. kontury twarzy rozmywają się w głupim lustrze. baterie rozładowują się, niecierpliwe. onet magia uparcie powtarza, że szczęście jest tuż obok. bluza w kropki z całych sił stara się nie pasować do reszty. wiatr wieje tak, żeby przedziałek mógł się swobodnie uwidocznić, bjork zakrywa usta, świat mrocznieje, gosia wzdycha. niebo w kolorach csontváry’ego kosztki tivadara przygniata dach zamku, i prawie spycha go z horyzontu. wsiadamy w stare spodnie, kasujemy bilety w trampkach, przez szyby zużytego języka odmierzamy kilometry przemierzone przez ostatnie dwa lata. zerkamy na kierowcę tego pędu. osiwiał, za chwilę zawróci nas do domu. do domu, za górami (słowacja), za lasami (słowacja), za siedmioma rzekami (wszystkie prawe dopływy wisły i wisła). do domu pojedziemy zupełnie nie te.

Otagowane:  

tlen

Dodano 18 maja 2012, w ., przez pszygody

Tomasz jedzie do mnie, a ja od rana jadę przez wszystkie związki na starym mejlu. w poszukiwaniu niestraconego czasu.

posprzątałam znowu szafę, to już drugi raz w miesiącu.

czytam swoją śmierć. po węgiersku. po lewej od każdej prawej strony znajduje się zdjęcie tego samego drzewa w podróży przez pory roku i pory dnia.

wszyscy podróżujemy, nawet wtedy, siedząc przed swoimi życiami na komputerach.

nawdychałam sie od rana starego tlenu.
zebrałam co ciekawsze cząstki do osobnego folderu. czytam i to.
w dzisiejszym powietrzu wyraźnie wyczuwalna obietnica czegoś lepszego.


(ben howard – promise)



wczorajszy ben frost i daniel bjarnason rozważni i romantyczni. nie wiem czy to dobrze, czy gorzej.

Otagowane:  

only love

Dodano 7 maja 2012, w ., przez pszygody

dobra, robię notkę, bo gonia mnie ściga..i zagania..
oto pies cykliczny:


rozumiem tę delikatną sugestię i już sobie idę..

e?

wyszegrad i spychanie gosi z urwiska..

i zaczajanie się na nią z laserami..

a ona beztrosko bańki sobie puszcza.

wygląda ta królewska para..

gdzie jest piotr?

spychanie goni 2:
<dobra, ja chwycę za nogi, a ty tylko przepchnij za barierkę..>
-spoko, ja sama..


urodzinowe śniadanie:

i wspaniała balonowa niespodzianka od mojej grupy i pani nauczycielki:

ostre picie:

:)
prace się piszą.
życzenia i prezenty ciągle się dostają.
gosia śpi.
antoś nadal nie ma fejsbuka.
a ja mam całą rodzinę szyneczek na jednej poduszce :)
ale to wkleję następnym razem, bo już nie mam sił..
umieram z głodu po bieganiu i niezjedzeniu potem nic!
za chwilę jakieś szalone wyjazdy już.
nie rozumiem.. że już niby połowa maja..?
muzyka a owszem:


ben howard – only love

Otagowane:  

wczoraj..

Dodano 12 listopada 2011, w ., przez pszygody

wczoraj był niebezpieczny dzień, który uczy, że nie warto wstawać zbyt rano i tak od razu się myć, bo można się ostro poharatać i narobić krzywdy, że siknie krew..  dużo wina ostatnio, przedwczoraj grzane, słodsze zda się niż sacher torta michi. 
zasypiam szybciej od gosi. a ona uczy się (na zapas, gdyby to miało się przydać) spania na plecach i ostatnio nawet nagrała swoje zasypianie, i w okolicach ósmej minuty daje się słyszeć dźwięk, który ją budzi – i jest to najprawdziwszy tęgi sap. 



więc mieliśmy przedczoraj imprezę i się działo.. ale krótko, bo zsuzsi nas wygoniła z kuchni, gdzie zepsuta mikrofalówka prosto przez dziurkę w drzwiczkach zasmażała nam wesoło mózgi, w rytm ciężkich bitów i odgłosów walenia kartami o stół. i bębnienia słowka. tak, bo graliśmy w ligretto i było tyle kwiku ze śmiechu, a.. nie w ligretto graliśmy, tylko w pszy! nie mam prawie zdjęć, bo robiłam głównie filmy.. 

i wczoraj aplikowaliśmy węgrowi, który nie jest tak naprawdę słowakiem – dzień świra, nawet się uśmiał, ale w zupełnie innych momentach niż my i teraz już wiemy jak ważna rola przypada tłomaczom, nawet tym od napisów, albo zwłaszcza od nich, wszak film najpotężniejszym narzędziem komunikacji – i tyle smaczków przepuścił ten od tłumaczenia dnia świra, że żal, najprawdziwiej.
i potem niewyspane, to jest raniutko wyszłyśmy z sziną do parlamentu i żeby powdychać to samo powietrze co nasz boski nauczyciel od narodowości.. krótko, acz zacnie.
a poza tym to najbardziej rozbawiła nas w tym tygodniu misi, gdy na pytanie o treść obrazu ostatniej wieczerzy odpowiedziała, że to: jezus i przyjaciele.
a tu moi przyjaciele:
wspaniała waleczna rodzina.
i dalszy ciąg imprezy..
a tu główne atrakcje, zwariowana natalia i nasz słowak, który jest węgrem – jako tło dla sacher torta. w oddali garnki i torebka po tym, co zwiozłam z polski..
oleńka od adriana:) cała zjedzona!
i cała parlamentarna ekipa, z lewej od góry: seghu
nasze papucse:)
i bezcenne dziecko z pociągu relacji: ostrów-katowice.
i kolejne: notice the babcia :) <dlatego lubię te święta>
no misiaki: ben howard i jego ‚strach’
Otagowane:  

  • RSS