No i wszyscy się rozjeżdżamy. Po egzaminie, który był raczej mało stresujący i wymagający (wszyscy dostaliśmy piątki) kończy się nam stypendium. nie mogę uwierzyć, że to już. w styczniu trzeba się pojawić po kasę, ennyi. co się ciekawego wydarzyło przez ten czas? nie wiem od czego zacząć.
po pierwsze zmieniła mi się stylówa. mam buty, które podwyższaja mnie do poziomu 175. mam stąd niezłe widoki. jeszcze nigdy nie byłam tak zwyczajnie kobieca. nawet mnie dziś pan w sklepie nie poprosił o dowód, chociaż często mi sie to zdarza (vide -> arbuzowy dzban alkoholowy z banią w relaksie tuż po obronie).
po drugie jestem burżujem, wożę się taksówkami na lotnisko i kupuję asekuracyjnie dwa loty, jakbym się przypadkiem spóźniła na pierwszy.
po trzecie będę tęsknić za szynką i padlinką.
po czwarte biorę notatki, bo mi się wszystko rwie do nauki czasowników. nauczyłam się ostatnio jak sie mówi: gryzmolić. serio, denerwuje mnie jak nie rozumiem.
po piątek: nie pamiętam jak się mówi po angielsku.
po szóste ludzie: agata x2, koza, fusz, magda i pan rozmaryn, maciek, gergu, gabor I i II, paula, majka, koralosz, matematikusz, pan szczurek, marko, kendżi, sija sija.. niezła menażeria. jeszcze nauczycielki, bandli, berki, świnka i nasza e-stonka.
po siódme: smaki wegier: dziś nam nawet smakowały gombóce, śliwki w knedlowym cieście obtoczone panierką z bułki tartej w posypce z cukrupudru, plus zupa na kaca, coś jak nasz kapuśniak, tylko trochę inny. na deser mus z kasztanów, trochę zamulający, za dużo zjadłam.

a teraz zestaw zdjęć:
piękne niepozowane zdjęcie tuż po egzaminie,
by szynka?
poniżej bałagan w pokoju podczas bóży muzguw, z lotu ptaka rzut na agatę i szynę:
 
a tu z dogórynogami na ilejn, gdy się uczyła.

fantastyczne zdjęcie w sepji, proszę zwrócić uwagę na nasz rozjazd wzrokowy, to jest mój i agaty:

by fusz: ofiary artystycznego szału: (koza ze połową mnie)

tu już prawie wszyscy na polskim pożegnaniu z azją (asiax2):

tu nie wiem :)

piękna i bestia:

kendzi daje popis:

fusz w swoim świecie w kropki.. gdzieś w budapeszcie..

elejn, agata, kozi palec boży, fusz i gosia, w roli tła występuje uroczo pomalowany autobus miejski:

szynka do tego właśnie jest stworzona, tu także widok z góry jakoś i stąd te krótkie nóżki:

a ten bałwan sobie znalazł wygodną przystań w tesko plastikach:

i wystarczy..
napisało mi się wcześniej dużo, ale oczywiście się skasowało. poza tym przyszły chłopaki przerażone, że chcę tyle wydać na taksówkę (6ooof. = 90zł) i zaproponowali, że mnie jeden dani odprowadzi pod samolot, więc jedziemy za chwilkę, tylko najpierw film. i znów się pakowałam trochę nie na trzeźwo, tak, europtip. i pozdro dziewięćset dla wszystkich, którym dzisiaj zmarzną łapki, albo jutro rano. w Budapeszcie -8, w londynie -1. 
szynka z usmiechem patrzy w monitor, elejn w otoczeniu gabora i daniego je popkorn, jest dobrze.
albo nie. dobrze, że mam jakby co zapasowy bilet ;)
piosenka na dziś:

 - baths – indoorsy

Otagowane:  

poniedziałło

Dodano 13 grudnia 2010, w ., przez pszygody

Szwajcaria to jeden z tych krajów, w których można się zabić w zależności od widzimisię, legalnie, w szpitalu. Jest tam też wysoki współczynnik samobójstw a przy tym Szwajcaria to kraj ludzi szczęśliwych, jednych z najszczęśliwszych na świecie, bez poczucia humoru, uciekających od zazdrości, nudnawych. mają bardzo czyste łazienki, wysokie alpy (kolejkę, która wjeżdża na prawie 4ooo m.) i jeszcze absurdy: nie wolno w Szwajcarii spłukiwać wody po 22. nie mogłabym tam żyć, chodzę do łazienki najczęściej w nocy; <jezusie, napisałam łaziĘka.> to wszystko obserwacje Erica Weinera z ‚Geografii Szczęścia’. bo nadal nie wiem gdzie mieszkać, gdzie się zadomowić. czytam więc, pytam i przebieram w ofertach matrymonialnych. test nie był trudny, ale naszły mnie wyrzuty sumienia, że nie znam tych wszystkich czasowników tak dobrze jakbym chciała i zaraz sobie zrobię fiszki, żeby je zawsze nosić przy sobie.. 

nastrój? dziwaczny. denerwują mnie dziś węgrzy. wczoraj też ich pełno było w całym wiedniu. rozmawiałam dziś w drodze do akademika z agatą i wykminiłyśmy, że to bardzo dziwny naród, mnie się zdaje, że niezdystansowany, rzadko kiedy z poczuciem humoru, ze skłonnościami do nacjonalizmu. i jeszcze, czemu oni tu się tak często zabijają? czemu? coś chyba jest w powietrzu. to takie uczucie, jak gdy się jedzie na szkolną wycieczkę w gimnazjum, jedziesz i cię smutek zjada, bo nie siedzisz koło najfajniejszych ludzi z klasy. i tylko patrzysz jak oni brylują. wyczuwam tu w powietrzu podobne spojrzenia i zniechęcenia, w autobusie zawsze ktoś zrobi awanturę, ktoś krzyknie albo machnie ci niebezpiecznie łokciem przed oczami, ryknie za wychodzącym, że jest glupi i gdzie lezie, itd. węgrzy to niepokojący naród. dziś bardzo nie chcę tu zostać na kolejne pół roku. ciekawe czy za budapesztem się tęskni tak jak za np.londynem. i czy istnieją miejsca niemęczące na dłuższą metę. 
góry, znów mnie wciągają w myślową zawijankę. 
jestem jeszcze dziś ciekawa szwajcarii z bliska i holandii. 
dlaczego nie zaczęłam się uczyć szwedzkiego? bo germański? aha. 
tak.
Pan Rozmaryn ma się dobrze, 
obiad dziś zrobiły Gosia i Elaine, kura i dużo warzyw. mm/
dni do odjazdu: 4
tęsknięć: 2
wypalonych papierosów: 0
zdziwień: kilka (nie, nawet dodanie ‚się’ do formy ‚zdziwień’ [czyli 'zdziwień się'] nie pozbawia tej formy dwuznaczności.) np. że kupiłam za 2 euro używany kubek. że na węgrzech trzeba sobie samemu kserować przy maszynie kserującej i że pani może mi prosto w twarz bluzgnąć, gdy nie mam drobnych i nadal mówić po angielsku, gdy ja odpowiadam całkowicie po węgiersku; że dziwactwa węgrów się udzielają, np. wcześniejsze nerwowe wstawanie dwa przystanki przed celem i podchodzenie do drzwi, ostro się pilnuję; albo że zaczynam lubić jedzenie na ostro i słono; albo że tracę poczucie humoru i ulegam złym nastrojom bez powodu.
strzelań w szyi: 1
wypitych szklaneczek burbona: 0 (czemu burbon zawsze łączy się ze ‚szklaneczkami’?)
odkryłam, dlaczego lubię czytać swojego bloga: bo (w przeciwieństwie do szwajcarów, którzy świetnie się dogadują, bo się kompletnie nie rozumieją) ja się doskonale odnajduję w swoich słowach sprzed kiedyś i świetnie się rozumiem ze sobą. 
a ostatnie zdanie jakie dziś powiedziałam do agaty brzmiało:
mogę w krakowie w przyszłym roku studiować nauczanie polskiego jako obcego albo szycie i nie wiem co wybrać :)
baths: indoorsy 

chociaż nastrojem pasuje bardziej foals: spanish sahara, którą już kiedyś wklejałam, ale jeszcze raz: 

i jeszcze jedna ważność: napisałam jakiś czas temu doktorowi ko., że tekst do niego leci i że mam nadzieję, że dojdzie tym razem, bo podałam szilardowi, który akurat jechał do krk.; ko. odpisał, tak:
 Wiekie dzięki!

Dotrze na pewno, chyba, że zapomni go zabrać, hehehe…
:) pan doktor, hm :)
Otagowane:  

bu – deszcz – pa – da

Dodano 8 grudnia 2010, w ., przez pszygody

dzień mija jak strzelił. bardzo szybko, ledwo zdążyłam zrobić pranie, pójść do naszej alma mater – tesko i wrócić, rozwiesić pranie, zrobić obiad <jabłka z ryżem> i tyle, już 16 a w czwartek estoński i węgierskie, a pani duużo zadała, i dobrze. wczoraj był mikulás napja, rozdałam prezenty i też dostałam piękny kalendarz w owoce, żeby mi się zimą miło letnio robiło. 

wczorajszy dzień skończył się tak, że pojechałysmy do mupy, do pałacu sztuki, żeby wysłuchać koncertu jana garbarka.. bilety były koszmarnie tanie, na polskie: 4,5zł.. miejsca pod sufitem wielkiej sali balowej, garbarek był z daleka wielkości szpilki i wcale nie powalił mnie na nic, grał mało, dużo było solówek, nawet basista miał swoją, całkiem długą, pianista też ze dwie, też długie, garbarek solo prawie nie zagrał, tylko ze dwa zakończenia utworów, które też nie powaliły, niczego z mojej listy życzeń, niet! za to bębniarz zrobił takie szoł, że szok, bardzo interesujące rzeczy nam pokazywał. wkładał różne małe instrumenty, m.in.talerzeblaszane do wiadra pełnego wody i to dawało niesamowity efekt, fantastyczne to było, warte tego, żeby przyjść na koncert.
no a teraz już jest noc, drugi dzień, prawie 2 a o 8.15 tłuamczenie.. tylko pewno se nie wstaniemy.. za to odbył się dziś finał! halo halo! pszygoda pośród wszystkich węgierskich mistrzyńn olimpijskich wyszła, taka zielona, wystraszona ze swoja nowa rakietką o niebieskiej końcówce.. i doszla do finału! ale tyle by tego było, rozstrzeliła mnie o 5 lat młodsza dziewczyna, mechaniczna taka pomarańczka, bardzo spokojna, wszystkim trafiająca, nieruchoma, maszynarna. nikolett. ale trzeba jej oddać, że dobra jest bicza! :) no nic, wyszarpnęłam jej jednego seta i prawie drugiego, ale tak się tym podnieciłam.. że przypadkiem go przegrałam i wynikiem 3:1 zakończyły się osiedlowe mistrzostwa.. w czwartek rozdanie dyplomów i wręczenie nagród, juhu! :)
jeśli dostanę czekoladę, to przyrzekam i zarzekam się, że ją zjem, co mi tam :)
tak, i udaje mi się nie pić alkoholu od paru dni, dobrze jest. herbatka zawsze lepiej mi robiła.
ach, i jeszcze wcześniej grałam z gaborem, przed jego meczem, a było tak, że jego przeciwnik już od 2 godzin zajmował stół i ćwiczył ze swoim trenerem <profi> no i nam zwolnili stół na chwilkę przed meczem i oczywiście usiedli w 5 osób na widowni i musiałam  dobrze kręcić rakietką, żeby dorównać gaborowi i się nie zbłaźnić przed chłopakami. ale chyba się udało, bo parę razy rzucili niezłym komentarzem :)
bilansumot może mały:
- wygranych meczów w tych zawodach: 5 na 6.
- przegranych: 1 na 6 :}
- straconych setów: 3 w finale.
- widzianych janów garbarków na żywo: 1
- liczba mejli po węgiersku: należy dodać 3 do poprzedniej liczby
- dobrych serwów dziś: z 9, raz nikoletta oprotestowała mój piękny serwis tuż nad siatką, mówiąc, że to kis net był a nie był. zgodziłam się na powtórkę i zaserwowałam tak, że nie odebrała, hyhy.. za to potem mnie opykała przy swoim podaniu..ech.
- komplikacji kowalowych: 1 duża, tekst z jakichś dziwnych niezbadanych przyczyn nie opuścił węgier, a ja temu biedakowi naobiecywałam, że już w weekend będzie.. co to będzie! 
- pysznych obiadów: 1, sama! własnoręcznie.
- pomysłów na prezenty: 2 dobre plus jeden podrzucony przez interesantkę
- dziwnych myśli, 2, za to powtarzające się uporczywiej niż piosenka sdm’u o tym, że mogliśmy urodzić się w innych dekadach i co wtedy..
piosenka na dziś? podkradziona z fejsbuka od brata z warszawy: 

 tego trzeba słuchac głosno i w sluchawkach, baths – ‚palatial disappointment’
i jeszcze takie coś bombay bicycle club’u – ‚flaws’ prosto z dachu wykonawcy ;) 

co za postura mojej rywalki, proszę tylko spojrzeć, to skupienie..
co za prędkość! 
a kibiców było chyba z 15! wszystkie polki przyszły i jeszcze trzech chłopaków zainteresowanych moimi losami w turnieju:}
tu jemy jabłka w tramwajowni w drodze do west endu na zakupy
jeść albo nie jeść, oto jest pytanie.. ;}
tu się nieźle ucieszyłyśmy na taki widok!
a tu już mupa (widok z ulicy – to zielone)
i dowód rzeczowy
przy okazji 
od lewej: asia, jedna trzecia agaty, asia, ręce i głowa magdy, za nią jeszcze nasza wegierka od czekolady, przed nimi szynka, i jelenka;
widok z balkonu mupy
i tu
mam nadzieję, że dobrze widać jego trabkę? :) i wiaderko triloka? :)
z lotu ptaka.. ale za to za 4,5zł :}
mogłyby być siostrami, aj? asia w pepowym nastroju i znów 1/2 agaty w czerwonym
a tu dobry lans z asią II w kropkach
no wreszcie agata od ałfas ;}
jeszcze raz asia, bo z niej to jest taki oryginał, że śpiewa, gada o śwince pepie i chrumka, przy czym nakłania wszystkich też do chrumkania i dużo wskazuje palcem, paple ale tak słodko i wesoło, że nie ma się jej dość. :) ja ljublju. reszta też.
tak właśnie jest
no czas już na nas..
jó éjt mindenkinek
Otagowane:  

  • RSS