wieczorem popijam żelki nasenne.

Dodano 31 marca 2014, w ., przez pszygody

ulegam ostatnio wielu pokusom. największą był gombrich, którego prawie przeczytałam w księgarni jeszcze przed kupieniem. lekki, prosty i dla głodnych sztuki laików.

nie mogłam czekać, aż pożyczy mi go oli, bo kto wie, kiedy tu znów przyjedzie.

jeszcze w zakopanem znalazłam taki zestaw lokali:

i nie wiem co urzeka mnie bardziej, sklepy cynamonowe czy sny o wizie.

miś:

czy te schody, gdy schodzić z krakusa:

tydzień zaczyna się dobrze. marzenia mieszają się z błotem godzin codzienności. przyciskam gaz czasu, milisekundy kurczą się i noc zjada noc. tulę ich ciepło jeszcze gdy ciemno, nad ranem, nad wyjściem z kołdry, łapię sobie rzęsy, na siłę otwieram usta przy pierwszej kanapce, maluję kreski nad źrenicami.

wieczorem amelka raczkuje.
mały robaczek cudu życia.

 

pierwsze dni wiosny

Dodano 23 marca 2014, w ., przez pszygody

jak co roku robi się wtedy smutno.
dlatego trzeba wiać od myśli, od zimowych świateł i zasmogowanych miast. brać plecak i parę wygodnych butów, antywiatrowe portki, zapasowe skarpety, kilka snikersów i w góry.

dla nas wybór jest oczywisty, zakopane.

tania kwatera, ale nawet z telewizorem i tuż za antałówką, a kawałek od nas willa pod jedlami i witkiewiczówka.

widok na tatry bielskie, tatry wysokie z giewontem i tatry zachodnie, jak tłumaczy i pokazuje paluszkiem m.

piąteczny poranek spędzamy w autobusie, widoczność jest tak dobra, że tatry widać już tuż za krakowem. wlepiam w nie oczy i zazdroszczę każdemu, kto ma tu dom.

trochę marudzimy przy wychodzeniu z kwatery, zagaduje nas właściciel więc w drodze do kuźnic jesteśmy dopiero koło 13.30. nic nie jedzie jak na złość, jakaś dziura busowa, więc ruszamy z buta.

maszerujemy a tu m. mówi do mnie, że mam nie patrzeć.
czemu mam nie patrzeć?
pani właśnie ściągnęła z ulicy potrąconego kotka.
i sobie poszła.
nie wierzymy własnym oczom. nikt się oczywiście nie zatrzymał. to tylko kot.
podchodzimy, potrącony kot, pyszczek cały rozwalony, wydaje bardzo niepokojące odgłosy, ale rytmicznie, co mnie pociesza, bo przynajmniej słyszę, że żyje.
dzwonimy na policję, do weterynarzy i do innych dostępnych służb. m. nawet zatrzymuje strażnika parku, ale ten nie ma czasu na takie bzdury.

czekamy, a kot co raz rzadziej do nas mówi.
po chwili nabieram przekonania, że czekamy już na próżno i że ten, kto jedzie, jeśli do nas rzeczywiście jedzie, robi to niepotrzebnie.

robi się 14. dzwoni pani z opieki nad zwierzętami i upewnia się co do miejsca, w które ma przyjechać. mówimy jej, że kot już nie oddycha. m. heroicznie przeciąga jego małe ciałko bliżej płotu, żeby go nikt nie niepokoił.

idziemy, a marsz uspokaja nasze wzburzone krwie.
piątek mamy już z głów. idzie nam się źle. goni nas czas. w pamięci smutny obraz zmarłego kota miesza mi się z wypadkiem samochodowym mamy. jeśli myślę o bogu to w bardzo negatywnym kontekście.

sobota za to idealna, pogoda taka, jak dzień wcześniej, słońce, upałek, wstaliśmy nawet dosyć rano jak na nas, przed dziesiątą dojechaliśmy do chochołowskiej, kupa ludzi, ale wyprzedzamy ich na drodze do schroniska i trasę rozpisaną na 2 godziny robimy w 1.

dumni z siebie odpoczywamy, zżeramy pączusie ze sklepu i ruszamy na starobociański przez trzydniowiański i kończysty wierch. droga wyśmienita, tylko mokro, śniegu po pachy i wieje, wieje w chuj.

maszerujemy sobie dziarsko, aż wychodzimy w takie miejsce, że i ja i m. mamy wątpliwości gdzie tu niby dalej prowadzi szlak.

jedne, pojedyncze ślady stromo w górę, jakby ktoś od razu polazł na szczyt. wybieramy gęstsze śladowisko, które z kolei prowadzi w krzaki i w nich się urywa. tu też stromo.

włazimy po kolei na każdą z tras, ale nic nam nie pasuje, mapa nie pomaga. tracimy tu jakąś godzinę, na nasz pech nikt długo nie schodzi tym szlakiem. w końcu m. zauważa paru ludzi, przedzierających się gdzieś zza krzaków. wracamy tam i przelatujemy nad porośniętym gęsto grzbietem jakiegoś górskiego wybrzuszenia.

a dalej już tylko wiatr. wieje i dmucha tak, że musimy przystawać, mówić do siebie prawie nie możemy, bo nie słychać. paski od plecaka tłuką mi się po twarzy, mozolnie drapiemy się pod górę, prawie szczyt, od strony kończystego przychodzi jakiś pan z rakami i czekanem. m. zagaduje go, czy wraca ze starobociańskiego, a on, że zawrócił, bo wieje, że głowa go rozbolała i się obawiał iść dalej.

zatem i my wybieramy drogę w dół, zwłaszcza, że nie mamy ani toporków do śniegu ani pazurów przy butkach.

i straciliśmy kupę czasu na bieganiu w poszukiwaniach szlaku.

schodzenie w dół przechodzi nasze przewidywania, pogoda niby piękna, ale wiatr zdmuchuje nas w dół, a w dole mokry śnieg, lód i stromo jak piernik. m. zaczyna boleć kolano od tego skakania po metr w śnieg co chwilka. trzy godziny się tak spuszczamy w dół z trzydniowiańskiego wierchu, a potem jeszcze przenudna droga z chochołowskiej do busów – prosto i po betonie z tłumem zipiącym w kark turystów.

umorusani, ja z mokrym dupskiem (od upadania) i przemoczonymi butkami, m. z rozwalonym kolanem, pakujemy się do busa i dojeżdżamy do centrum zakopanego. wstępujemy jeszcze na naszą ulubioną pomidorową, a potem już do domu na iksfaktora.

miły weekend, chociaż miło posiedzieć przed filmem w ciepłym mieszkaniu i chlapnąć resztki białego wina z matką boską na butelce do pstrąga prosto z pieca.

tak sobie myślę, że jesteśmy szczęściarzami.
i jeszcze stochu dostał kryształową kulę!

 

przyciasna klatka żeber

Dodano 9 marca 2014, w ., przez pszygody

mam wrażenie, że wracam z bardzo długiej, niewdzięcznej podróży.
wracam do siebie.
kraków nagrzany oddechami ludzi spragnionych wiosny. słońce nęci, jeszcze takie niskie i rzadkie jak kluski w pomidorowej.

ale wracam do siebie.

tylko te sny.

biorę głęboki wdech, kupuję kolejną książkę, piję następną kawę, dokupuję farb. a wciąż nic z tego nie wychodzi.

bania jedzie do warszawy. mieszkać, pracować.
m. drzemie po skończeniu dwóch tomów diuny.
gosia wyrywa pięknych rumuńskich studentów.
marja wróciła do polski, ale większą część tygodnia spędza u staszka albo w częstochowie.
chwytam ją za niebieski kłębek kredek, które podarowała mi na gwiazdkę. i rysuję, a co tam.

i oczywiście, hej.

Otagowane:  

  • RSS