Dodano 18 października 2013, w ., przez pszygody

środek zimy. wieje. słucham sobie toma odella, sense.

przylatuje do nas na balkon taki ptaszek, mały, jak wróbel, ma zielonożółte pod dziobem i aż do brzuszka. jutro pojedziemy kupić specjalne sztachetki i jakieś ziarno, zrobimy karmnik.
piątek.
wieje.

Otagowane:  

w naszym stylu

Dodano 10 października 2013, w ., przez pszygody

wyjechaliśmy w piątek po mojej pracy jeszcze z marysią prosto w zakopiańskie ramiona zuzy, która z dworca zawiozła nas na pizzę. rano szczęśliwi pięknym niebem i słońcem w zdrowym chłodzie wyruszyliśmy już tylko we dwójkę (i w tysiące turystów spychających nas co i rusz ze stoku) w górę.

d

wędrowaliśmy sobie całą sobotkę, a przecież czułam, że jest idealnie, że m. mógłby właśnie teraz wyjąć zza pazuchy pierścień i odegrać scenę z klękaniem. wiem, że chciał w górach. w swoich ukochanych tatrach.

v

małpeczko, będziesz się dzisiaj oświadczał?

dzisiaj nie.

a jutro?

jutro też nie, opowiem ci wszystko po, bo to są niezłe jaja, ale obiecuję ci, że w tym tygodniu!

o matko, a czemu mi psujesz niespodziankę?

no bo pytasz! a poza tym nie wiesz w który dzień.

o nie, ale wiem, że w tym tygodniu!

no to po co pytasz, skoro nie chcesz wiedzieć?

d

d

wieczorną sobotką posiedzieliśmy z dziewczynami na koncercie jazzowym na kalatówkach, wędrówka tam po 22.oo słusznie nas rozgrzała, gorzej było ze schodzeniem przy świetle komórek i z piwem w brzuchach i szumem w głowach po męczącym dniu. nogi nam się osuwały, kostki prawie skręcały a gwiazd miliony ryczało ze śmiechu.

niedzielnym rankiem spakowaliśmy tobołki i ruszyliśmy znów tylko we dwójkę na śniadanie do centrum zakopanego. to właśnie wtedy przy twarogu kolo 10.00 zdecydowaliśmy, że chcemy tam mieszkać.

d

to wszystko ten niebiański twaróg…

wracaliśmy do krakowa cali szczęśliwi, z nowym planem na życie, który rysował się cudownym horyzontem tatr. chcieliśmy rzucać pracę po powrocie, szukać starego domku do remontu, mieć owczarka podhalańskiego i organizować wycieczki po tatrach..

mało tego, w perspektywie tego wieczoru mieliśmy jeszcze koncert domowych melodii, który doprowadził nas do ekstatycznych nastrojów, bo było świetnie.

d

poniedziałek przywitał nas smogiem. ruszyliśmy do kompów zapoznać się z ofertami prac i z cenami mieszkać. uu.. drogo, mieszkania brzydkie i małe, domy (nawet te do remontu albo i do wyburzenia) poza naszym zasięgiem. pracy jak pies nakichał, prawie ni ma. depresja.

tymczasem około 12.oo przychodzi kurier i ja już wiem, że to ten spóźniony z piątku. m. z szerokim uśmiechem chowa kopertkę do szafy i nie każe mi podglądać. wybuchamy śmiechami. wszystko jest jasne jak sukienka ślubna.

w ten sam depresyjny poniedziałek wracam do mieszkania późną nocą, bo po pracy.

on w garniturze, na stoliczku obok otwarte wino, kielichy i bukiet herbacianych róż wysokich prawie do sufitu. kawałek dalej pranie, które nie chce wyschnąć od piątku.

ale się denerwuję.

naprawdę będziesz mi się oświadczał?? – pytam, cała będąc jednym wielkim uśmiechem.

no! będziesz moją żoną?

no pewnie!

wybuchamy chichraniem i rzucamy się sobie w ramiona.

naprawdę chcesz, żebym była twoją żonką?

no pewnie, że chcę. ale się denerwowałem!

i potem wypiliśmy wino.

a potem okazało się, że to wino nie było dobre.
on zwymiotował wszystko od razu.
a ja prawie, bo wypiłam kapkę mniej.
więc przez dwa dni leczyliśmy się surową dietą w domu.. rosół, czerstwy chleb, dużo wody i słabej herbaty.

ale kwiatki stoją, pierścień jest i lśni wszystkimi kolorami tęczy, a w pośrodku ma błyszczący oldskulowy rubin.

ppp

mamy siebie i jesteśmy sobą zachwyceni.

tylko na wesele nie ma jeszcze kasy a naliczyliśmy 150 osób.
trzeba coś będzie wymyślić…

 

 

 

Otagowane:  

  • RSS