kalibus

Dodano 31 lipca 2013, w ., przez pszygody

robię się jak łódi alen, od dwóch miesięcy ciurkiem wpylam jakieś tablety, ciągle na coś innego, zawsze w międzyczasie na bóle żołądka, które pewnie od tabs mam właśnie.

wykończyłam podróże argentyńskie i polskie gombro, kronos sobie przesuwam na nagrodę do odebrania po skończeniu pracy w czarnym humorze.

nocami śni mi się holder i zabite dziewczyny. bo po pracy nie mam sił na nic innego, tylko żeby zająć oczy, znudzić się patrzeniem, zasnąć. wczoraj nie podziałało. patrzyłam więc sobie do wczesnego poranka na nos i usta, które kocham.

dzisiaj pierwszy raz w życiu nosze stringi.
nie ma źle.
myślimy nad poważnymi zobowiązaniami. trzeba więc wydorośleć, nosić stringi, i w ogóle komplety bielizny. najwyższa pora.

obudziłam się, a radio pszygoda nadawało tę oto piosenkę:

 

w zielonym kolorze

Dodano 30 lipca 2013, w ., przez pszygody

nie piszę tu nic a nic, wszak każde wyłażące ze mnie z oporami i oparami kotłującego się mózgu zdanie należy się tylko jej, jednej, jedynej, a jeszcze niegotowej.

ale cii, nie mówmy o tym.

jest wtorek rano, pogoda się schrzaniła ewidentnie, szumi coś tam w szarym kolorze, prawe jak w piosence z dawnych blokowych lat, kiedy jeszcze wszystko było trudne tylko w tekstach hihopowych piosnek.

na stoliku gniją kwiatki, zdmuchuję co rano z blatu trupy komarów. poprzyklejane nóżki oderwą się gdy podgłośnię avishaia.

coś tam szumi.

 

feist

Dodano 26 lipca 2013, w ., przez pszygody

przecież kto dziś kupiłby książkę? czekaliśmy na przystanku, z niedaleka muzyka, gitara i głos, podeszliśmy bliżej, żeby zobaczyć kto to. obok tego śpiewającego stąpał w miejscu starszy pan, całkiem z tamtej epoki, ze straganem książek rozłożonych na kocu. sprzedawał. na co on je sprzedawał? żeby ludzie czytali? na chleb i masło? masło drogie. książki nic nie warte. smutno mi się zrobiło.
miałam w jednej ręce torebkę wypchaną nowymi kosmetykami, w drugiej bukiet kwiatów od m. jest nam tak właśnie, niczego nie brakuje, mamy siebie, w końcu, po tylu latach czekania. w mieszkaniu dwie nieotwarte paczki czipsów. sok cappy. laptopy i w ogóle. złote drzwi i klamki.
feist.
czas mnie miażdży ostatnio jakoś.
nie mam czasu stać się magistrem. ani na kino.
bukiet stoi w wyższej szklance. tata z mamą tańczą na ścianie obok amelki, która ciągle w brzuchu u ani, z podpisaną pupą i główką. nad nimi bjork, pozakrywana palcami. lekko się odkleja.
proste włosy spadają martwo na podłogę.

 

tarta z malinami i jagodami

Dodano 24 lipca 2013, w ., przez pszygody

wiatr szumi zupełnie jak nad morzem. a może to ono mnie wzywa, falami dźwięków rozbijając się o burtę mojego balkonu i moich okien. zmęczone po tysiącu kilometrów łasi się do szyb całe rano.

tymczasem lato. maliny rosną nawet na fejsbuku. wypasam je na łące moich tart wraz z jagodami. za każde z tych owoców oddałabym życie.

ale wcześniej byliśmy w chorzowie.

na męskim graniu zawiodło mnie tres.b, na szczęście były stare i takie tęskne ballady i romanse.. był o.s.t.r. i fisz. i kasia nosowska. i marysia peszek. i miedny możdżer ze złamaną a nawet odpadniętą nogą.

ale i tak się usmiechał, gdy grali razem z adasiem

co tam, nawet goni i antłanowi się podobało

nam chyba też

narodziło się rojal bejbi, lato ucieka nam spod nóg, amelka rośnie, oliwka już chodzi, prace się nie piszą. za to pająki.. pająki rozkłądają swoje letnie domy byle gdzie, wczoraj nawet jednego znalazlam na lodówce. trzeba je potem wynosić w pudełku po płytach na balkon. i oczywiście nie ja to robię, tylko dzielny m.
lato.

 

mopek

Dodano 17 lipca 2013, w ., przez pszygody

nasze ciała pokazują nam, że nie jesteśmy w odpowiednią stronę. kruszymy się i skręcamy, zatapiani troską o niewiadome. gasząc światło witam się ze sobą, w nie pokoju odkrywam powłoki zdrętwiałego dnia, to co pozasuwane razi w przełyk. on śpi. wybijam rytm do tego, co zgubione wśród nadmiaru obowiązków. zasypiam, nim dotrę. rano zlizuję z warg niejasne przeczucie, że przełknęłam coś ciężkostrawnego.
potem śmiejemy się z mopka, który szaleje w moim brzuchu. tańczy od rana do nocy.

 

bus kraków oświęcim

Dodano 14 lipca 2013, w ., przez pszygody

jeździ rzadko i zawsze jest więcej chętnych niż miejsc w busie. sobotka, wybraliśmy się tak koło 14.00 na dworzec. 35 minut do odjazdu, na chodniku obok busowego miejsca około 15 osób gromadzi się i nerwowo rozgląda. nie wierzymy oczom, że już ich tyle. dochodzi jeszcze jedna osoba i przez jakiś czas stoimy czekając.
jest grupka finów, są stare i marudzące baby, że im się wcisnęliśmy w kolej, kierowcy nie widać. ale zafilkę się pojawi, i faktycznie.

dreptamy w miejscu, zsuwamy się wszyscy bliżej drzwi.
kierowca otwiera, wysiada, zamyka i ucieka gdzieś na 10 minut.
miejsc w busie 25, zmieścimy się wszyscy, jest nas właśnie coś koło tego, fajnie. przychodzi jakaś wyraźnie spóźniona grupa. głośno gadają, około 10 osób, młodzi angole, piją kolę i gapią na nas z lekkiej dali.

przychodzi kierowca: o, nie nie, mówi do cisnących się z przodu bab, najpierw z biletami! kto ma bilety, prosz! tikets! grupa angoli pakuje się ponad naszymi głowami, wchodzi triumfalnie, sadza swoje liczne tyłki w najwygodniejszych miejscach, rycząc ze śmiechu.

przed busem nerwowo, babcie histeryzują, wrzask, że wcisnęli się w kolejkę. że one tu już stoją drugi raz, bo poprzedni busiarz zrobił tak samo. a przecież czekały… pociąg będzie za półtorej godziny, w oświęcimiu po 2,5 godzinie turkotania po torach. następny bus za pół godziny.

tłoczymy się do środka, jedna z bab rezygnuje i odchodzi wściekła.
zostały jeszcze miejsca stojące przy angolach.
podsłuchuję.
‚czemu se nie kupią biletów wcześniej? dalem za bilet tylko 3 funty’
‚widzieliście tu gdzieś pasy bezpieczeństwa?’
‚a gdzie moje extra przestrzeń na nogi?’
‚śmierdzi potem, czy to ja?’
ktoś tam beka. śmiech.
że ciasno.
że nie ma tlenu.
że niebezpiecznie.

stoimy obok prężąc bicepsy przy każdym zakręcie. chcielibyśmy mieszkać w ich cudownym kraju?

jak im się nie podoba nasza bieda, to niech nie przyjeżdżają. do obozu pewnie i tak jadę, żeby się pośmiać i powygłupiać i potem zjeść coś z maku, z ktorego braku będą mieć polew całą drogę powrotną do krakowa.

 

muchy w nosie na babiej górze

Dodano 5 lipca 2013, w ., przez pszygody

Nareszcie nam się udało. Bus. Potem drugi bus. rubaszne żarty autochtonów: ja ci synek nie zazdroszcze, bedziesz musiał wlyźć dzisiaj na dwie baby hyhy!
Postój (bo jakaś bidna kobieta spadła w piętnastometrową przepaść i przyleciał po nią helikopter) i po kilku godzinach busowania – wreszcie czyste powietrze.
słońce.
strumyczek pod nogami. muchy w ustach – ale to jedyna niedogodność. na spokojnie przemaszerowaliśmy z kijami w rękach aż do schroniska pod babią górą, zjedliśmy kolację wraz z komarami, wykąpaliśmy się i błogostajnie spoczęliśmy śród szumu drzew o 21.
pobudka o 1.15 by wyjść przed drugą i zdążyć na wschód na babiej. wleźliśmy na samą górę raczej szybko, musieliśmy jeszcze prawie godzinę czekać na pierwsze oznaki czerwonego łba słońca by wylazło zza horyzontu. mgła pieszczocha tymczasem po drugiej stronie naszego widoku łasiła się do wierzchołków drzew i jak kołdra otulała wszystko co w dole. dobry ranek – przywitało się z nami kilku miłych słowaków, a potem przychodzili kolejni i kolejni aż zrobiło się gwarno.
za to droga, którą schodziliśmy była całkowicie pusta, gdy nie liczyć much, oczywizm.
śniadanie na sokolicy z rojem pszczół i bąków, i much.
potem spanie w oczekiwaniu na busa do zawoi.
bus, zawoja, sucha beskidzka, zapiekanki i do krakału. a tu ulewy i burze.
a za chwilę jerzyk janowicz będzie grał z andym murraiem, el polakko w walce o wejście do finału wimbledonu, drżyjcie kolana i padajcie muchy.

pierw, ulica billego wildera w zawoi:

akcja ratownicza – do jednej kobiety przyjechały trzy straże pożarne, przyleciał helikopter, a na koniec pojawiła się jeszcze policja:


a tu nocny widok w górach:

wschód księżyca:

marsz chmur:

nos, który kocham:

pół naszego gniazdka i słowacy na szczycie:
spóźnione słońce, czerwone ze wstydu:

no i schodzimy:
a mgła (czy też chmurotwór) w ślad za nami:


i największa niespodzianka wyjazdu: 1617 metrów nad poziomem:
i moja poranna, wygnieciona buła (po dniu i nocy w plecaku):

polecam :P

 

kraków w środku lipcu

Dodano 2 lipca 2013, w ., przez pszygody

a gdyby zamiast wkładać co rano eleganckie buty, togę, kask, koszulę i portki czy kitel trzeba by nam było bić się o każdy kawał surowego mięsa rzucanego skądś z góry? co by te wszystkie poczciwe okularne garbacze zrobiły z tymi swoimi plecakami na grzbietach i za krótkimi spodniami? na jakiej postawie budowalibyśmy związki?
najtłustsze baby byłyby najatrakcyjniejsze? tak już gdzieś chyba jest.
biedne chuderlaki, które akurat znalazły padło z wieprza poddałyby się w głodzie i wstydzie, czy zażarcie walczyły do śmierci za mięso? nie umiem sobie dziś wyobrażać inaczej.
pod moim balkonem spaceruje puchowoszary kot o chudym brzuchu. rzuciłam mu ogon dorsza wędzonego, wygląda, że zjadł ze smakiem.
gonia z antkiem wpadli w odwiedziny, nanieśli pierwszych dla mnie w tym roku czereśni. po zjedzeniu kilkunastu zajrzałam do miękkiego wnętrza jednej, a tam, jak i w kolejnych, biały i tłusty robal. co to za chamskie społeczeństwo, te robale. tak się przyssać i bezwstydnie żreć.

 

krk

Dodano 2 lipca 2013, w ., przez pszygody

późnym wieczorem po koncercie postanowiliśmy pójść po kiełbaski z nyski, ale nie było. gdyśmy przechodzili miodową pod wiadukt na parapecie zarazwracamtu starszy pan smarował sobie kromkę chleba masłem.
boli mnie to miasto.
jego wewnętrzne ubóstwo widziane tylko po przemknięciu ponad turystycznymi ulicami zżera nerwy. nie chcę tego widzieć.

 

  • RSS