ŁGAZ

Dodano 29 listopada 2012, w ., przez pszygody

chodzisz ubrana w latawiec i masz mentalność skakanki – powiedział i zagapił się w pustkę na ekranie, czekając aż odpowiem niecierpliwą klawiaturą.
co to znaczy – mentalność skakanki?

dziesiąta herbata. po głowie chodzi mi ‚kaakpyyt’ z dzisiejszego treningu o transporcie i kilka pomysłów.

na niebie spasiony księżyc, jego to sprawka, że znów trudno mi się przełyka ślinę i że bolą plecy.

niechby ten smog już dał pokój. strach biegać.

noc, żelazko i ja. mam ochotę na tort.

właśnie się skończyły imieniny taty.
niedługo andrzejki.
znów mi wyjdzie dupa z wosku.

 

aria

Dodano 26 listopada 2012, w ., przez pszygody

czytam sobie na kibelku czasowniki posiłkowe serca Esterházy’ego, o umieraniu i o pogrzebie. gdzie trup rozkłada się bezszelestnie. wiem, że jako hungarystka powinnam to była przeczytać dawno temu, gdy jeszcze się uczyłam gramatyki węgierskiego, ale jakoś dopiero teraz. i dobre jest. i mimo mojej niechęci do postmoderny, to mnie chuuyta.

będzie to piosenka ładna a niedługa:

shawn smith – wrapped in my memory

jestem śpiąca, ale spać mi się nie chce. za dużo tu w powietrzu wszystkiego. smogu, tęsknot, niezwykłych historii jak aria sapegina:
aria

jak tu spać?

przy okazji rozmowy z marją przez skajpa (radio maryja), az przypomniał nasze spotkanie na jabłonowskich, gdy się z nim poznałam (to było tysiące lat temu, kiedy jeszcze do obiadu dostawało się kawałek ciasta), i powiedział o mnie tak: na początku myślałem, że ktoś puszcza latawiec, ale potem zobaczyłem, że to ruchomy lumpeks! : D

będę miała na święta dwa wolne dni. a potem już trzeba do pracy. to już za 28 dni. i też nie wiem co z sylwestrem. gonia na kieleckiej zapewne, mosze wyrusza do londynu, może sobie pojadę w góry poleżeć na śniegu?

Otagowane:  

i was a child

Dodano 25 listopada 2012, w ., przez pszygody

moszynka pożyczył mi aparat do robienia rozbieranych zdjęć pięknym chłopcom, a zamiast tego gonia zrobiła zdjęcie mnie:

13.oo, niedziela, jestem w środku rozmów przez fejsa, nagle pada net i po chwili paniki moje życie staje się takie, jak za dawnych czasów: wstawiam pranie, odkurzam, myję kuchenkę gazową z nudów, zastanawiam się, którą książkę poczytam albo może co zrobię dziś z estońskim. zmywam naczynia, robię sobie herbatę, przychodzę do pokoju a tu net.. ech. nic z tego wszystkiego.

okazuje się, że beznadziejnie gram w szachy. przegrałam z azorem cztery ciężkie razy, przy czym czwarty tak źle, że aż nie zrobiłam zdjęcia ustawieniu na szachownicy, bo mi już chyba głupio było.

i jeszcze niech zacytuję jego żart:
A: o ale super, że masz drążek do podciągania się!
P: a ile razy się podciągniesz?
A: jak będziesz patrzeć?
P: no?
A: to 3.
P: a jak nie będę patrzeć?
A: to 2 (:

nowa piosena elsiane nobody knows

Otagowane:  

sokorski

Dodano 18 listopada 2012, w ., przez pszygody

tomasik w gejerelu przywołuje ‚kroki’, zapomnianą książkę włodzimierza sokorskiego, który zasłynął bon-motami, lepszymi od moich licealnych na temat wokulskiego, który był jak brudna skarpetka, która zgubiła parę w praniu..

„W życiu nawet po najbardziej wzniosłych chwilach trzeba iść do pisuaru.”

„Elwira? Posiadała tylko jedną zaletę – była kobietą.”

„On również wiedział, że film o Polsce może być chałą.”

„Chcę być szczęśliwa jak każda kobieta. Zgadzam się być gwałcona, ale nie chcę być dziwką.”

„Naród lubi ogierów, oczywiście przy zachowaniu właściwych proporcji.”

„Mężczyźni są jak przychodzące i odchodzące cienie. Nic po nich nie zostaje.”

(:

 

gimmilow

Dodano 18 listopada 2012, w ., przez pszygody

no niby jest dobrze, nie ma już smogu, kupiłam kilka dni obiadu w biedronce i płyn do prania i w ogóle, a odzywa się we mnie taka trwożąca tęsknota, że nawet boję się pytać za kim, za czym, za jakimi miejscami. monte nie pomaga, jabłka smakują wolnością i przestrzenią, papier w kolorze kości słoniowej tonie w atramencie z kradzionego dlugopisu, sąsiedzi już na pewno mnie nienawidzą, za wydzieranie się mamma, mamma-ha, gimmi loww.

ed sheeran – give me love

i jeszcze odkurzałam w boży dzień. skandal.

przeglądam klaser, który miałam już dawno wydrukować, pełno tam wszystkich duchów przeszłości. a jutro urodziny taty. miałby 53.

może to przez azora? który wczoraj zaprosił mnie na herbatę i z którym przegadałam trzy godziny gdzieś na stolarskiej.

a może to marysia ze skajpa.

albo mateusz, z którym jadam obiady w weekendy i łażę do kina. wczoraj poszliśmy do agrafki i musicie wiedzieć, że po dziesiątej seanse są tam za dziesięć zlotych! obejrzeliśmy mistrza w reżyserii Paula Thomasa Andersona, z przepięknymi zdjęciami do muzyki Johna Greenwooda, z dobrą grą Philipa Seymoura Hofmanna (tego z Synecdoche, New York) i Joaquin Phoenixa, o którym moszynka mówi, że w rzeczywistości sam też zwariował.

stawiam, że to azor, bo wywalał na wierzch pytania o taką przeszłość, że aż się podziwiałam za niepłakanie i brak całkowitego rozrzewnienia.

jak tak sobie wczoraj siedzieliśmy – podszedł chłopaczek z plikiem zarysowanych kartek i spytał, czy nie chcemy kupić, bo zbiera na rower. wybrałam takiego myszo-szczura:

azor natomiast goryla. doszliśmy potem do wniosku, że całkiem nas te zwierzaki przypominają. i jeszcze poczuliśmy się tacy dorośli kupując te rysunki od kacpra. hm.

mieliśmy sobie zrobić wspólne zdjęcie, ale wzięłam aparat oczywiści bez karty..

więc miast estońskiego klaser i rae morris:
grow
i pisanie ważniejszych rzeczy.

Otagowane:  

smog again

Dodano 17 listopada 2012, w ., przez pszygody

mógłby kto już zdjąć zasłonę z krakowa, wszędzie ta obrzydliwa, wilgna i lepka zawiesina, od której włosy mi se kurczą, bo pewnie się przez tym czymś chowają. chyba nie muszę mówić, że to smog, a nie żadna mgła..?

straszliwie ślisko, do mnie tu na kurdwanów żeby dojść – trzeba pokonać pochyłą skośnie drogę z kamieni, trzeba czasem po nich skakać, bo są porozrzucane dość daleko od siebie, a jak nie – to błotko, a przy mgle i mrozie robi się niebezpiecznie, doprawdy. i trudno tak skakać.

idziemy sobie na ‚mistrza’ do kina wieczorem z chłopakami.

a wczoraj miałam niezły maraton, kładłam się z czwartku na piątek o 4 spać (pisałam wypracowanie), wstałam o 8, żeby zdążyć na zajęcia o 10, potem szybko obiad u goni, potem siedziałam w papierze z mariią, a potem jeszcze z moszynką na krótkie pifko i nocny obiad w koko (naleśniki z serem, mniam). i tak jakoś poszłam spać o 2, a długo spać nie mogłam, śniło mi się granie w siatkówkę, że mnie nudziło, bo ludzie zbyt wolno odbijali piłkę, albo w ogóle nie dobiegali do niej. czy to sen o niespełnionych ambicjach i ambajach?

 

zara

Dodano 16 listopada 2012, w ., przez pszygody

że niby pieprz niedobrze na nerki, a ja tam wszystko pieprzę. mam super pracę i dużo monte w lodówce, czego chcieć więcej (: a koordynator mojego zespołu kiedyś był szefem kuchni i na zebrania przynosi własnoręcznie pieczone brałnis z orzechami, zjadłam dziś cztery. doskonałe.

(dobre całkiem:)
jessie ware – Wildest Moments

tylko smuci mnie kilka rzeczy. na przykład, że nie zobaczę wystawy anny karoliny kaczmarczyk w oświęcimiu, i że częściowo straciłam wiarę w ludzi. albo w moje do nich szczęście. i to jeszcze, że mi tęskno, a nie może być. i że są rzeczy, na które nie mogę mieć wpływu, jak na przykład czyjeś zdrowie.

(to też całkiem: )
Zara McFarlane – Blossom Tree

na pocieszkę gonia i jej fura.

Otagowane:  

lykke

Dodano 14 listopada 2012, w ., przez pszygody

zastanawiam się od rana, jak by wyglądała kariera gombrowicza, gdyby za jego czasów istniał fejsbuk. pewnie cały szczęśliwy zmieniłby sobie miejsce pobytu na argentynę, wklejałby zdjęcia ze schadzek z młodymi chłopcami, łatwiej by ich też wyszukiwał w okolicy, a pierwsze opowiadania i dzienniki publikowałby tam, na wallu, przez co pewnie by się one rozmyły i wsiąknęły w internet niezauważone, może jedynie zlajkowane albo shejtowane przez wszystkich oznaczonych w notce.

witkacy wrzucałby swoje rysunki, pewnie interes lepiej by mu się kręcił i może w rezultacie nie przeczytałby tylu książek, i napisałby swoich o wiele mniej, bo zwyczajnie grałby w farmvlle, zamiast czytać, gapić się w gwiazdy, rysować i podrywać piękne kobiety na peyotl. hm.

ilu gombrowiczów i witkacych trwoni swoje talenty przez to w jaki sposób urządzony jest dzisiejszy świat?

dziś w tramwaju siedziała koło mnie dziewczynka, które wyjęła sobie teczkę z rysunkami i kredkę bambino i całkiem fajnie rysowała grzyby. takie psychodeliczne. tymczasem ja z biesami w rękach, pełna obaw, że mnie zaraz zemdli od czytania tyłem do jazdy, pędziłam prędkością tramwaju na estoński.. mam na ścianie w pokoju kartkę z wykrzyknikami koło niego. co rano we wtorek naskakuje na mnie blady strach i tarmosi za grzywkę. wtorków boję się najbardziej.

czuję krtaniowy nacisk od jakiegoś czasu, sama nie wiem skąd te stresy. bo że to stresowe uciski, to pewna.

niewykluczone, że zaśpię na jutrzejsze zajęcia.. jakoś tak już późno..

 

trybunalskość

Dodano 13 listopada 2012, w ., przez pszygody

pomyślałam sobie w autobusie, że napiszę, że czuję w ustach tylko gorzki smak dnia, ale to tylko smak piwa, które mimo, że z sokiem – zostawiło gorycz, łatwą jednak do zmycia przy pomocy mycia zębów i szorowania języka.

weekend spędziłam w pekaesach i pociągach i trochę w ostrowie. widziałam się prawie ze wszystkimi, z niektórymi natomiast najważniejszymi niestety nie. ale tak miało być.
oliwka urosła, słodka jest jak nie wiem.

niedzielka już była za to zła, wyruszyłam szaleńczo wcześnie, bo o 10 rano, odprawiona przez panią grażynkę z ciastem i kanapkami i z pudełkiem pełnym mięsa od cioci, i w ogóle ze świadomością, że o 18 będę w krakowie i że może zdążę jeszcze coś napisać/zrobić/posprzątać/wyprać/spotkać kogoś.. a tu pech chciał, że konduktor wyrzucił mnie po przesiadce w łodzi kaliskiej z teelki do krakowa, bo nie miałam odpowiedniego biletu (ani wystarczającej gotówki – wszak to nie studencki tylko cały już mi trzeba kupować) i czekałam sobie na pośpieszny trzy godziny w piotrkowie trybunalskim..

..na spacery plecak za ciężki i za dużo żuli.

w krakowie byłam o 22.

i okropność tego dnia uratowała jedna kartka papieru, owinięta w kopertę, wysłana z budapesztu, zapisana kulfonami profesora durnieja. cudowny i przemiły list prosto dla mnie od niego. list, którego treść przyprawiła mnie o wypieki na twarzy i rozżewnienie, bo jakże by inaczej. prostodusznie i mądrze potwierdził raz jeszcze durniej-ember, że jest cudem świata wśród ludzi.

za to dzisiaj gonia wyrwała mnie po pracy na spacer z zapiekankami i ostatecznie z piciem. i fajnie było.

za dużo samodzielnych wieczorów ostatnio, aż mi się chce pisać smutne wiersze od tego.

tymczasem noc zapada, duchy z wczorajszego snu kumulują się pod sufitem, życie pędzi.

 

OURS

Dodano 7 listopada 2012, w ., przez pszygody

mam w łazience stary numer charakterów i czytam sobie, a do torebki na drogę tramwajową już nie wiem co brać, masłowską wyrzuciłam gdzieś na stój w kuchni, nie bacząc, że może się upyprać od masła, wożę kafkę (amerykę, żeby było tematycznie) i gombrowicza jakiegoś.. i ostatecznie gapię się za okno. albo rozglądam za ludźmi, którym można pomóc (dać im paczkę chusteczek, albo gdy dobiegają do tramwaju – kliknąć im guzik otwierania drzwi, żeby tramwaj nie zwiał).

przed chwilą w łazience czytając charaktery na temat przygodnego seksu – słuchałam mimowolnie odgłosów wydawanych przez sąsiadów z góry. dobrze się niesie w łazienkach w tym bloku. początkowo myślałam, że ktoś pierdzi, ale powtarzalność odgłosu nakierowała moje podejrzenia w inną stronę.

dziś mieliśmy szkolenie na temat umiejętności empatycznego słuchania. myślałam, że jestem w tym dobra, a na przykład mam skłonności bardziej do oceniania i doradzania, niż do słuchania, żeby zrozumieć i współczuć z kimś. ale już wiem. nie bójcie się.

chyba mi przewiało lewą stronę szyi.

kradnę od agatki:
timber timbre: demon host

i nie wiem, chyba trzeba się pouczyć czegoś.
a księżyc dziś taki piękny. listopadowy.

 

  • RSS