nowy wpis

Dodano 26 września 2012, w ., przez pszygody

nowych wpisów nie ma, bo życie jakoś tak straciło mi sens.
snuję się, smarkam, jem jakieś kanapki, żłopię zieloną herbatę, rumianek, jeżdżę na kurdwanów..
kraków brudny tej zimy.

 

oliwka

Dodano 22 września 2012, w ., przez pszygody

zapomniałam wkleić naszą nową członkinię rodziny, oto Oliwia Czaińska:

okazuje się, że kolorowe kuleczki, które żyją w naszych pępkach, te same, które żywią się niteczkami z bluzek, mają w języku polskim swoją nazwę. dla mnie każdy taki stworek był zawsze panem pępuszkiem, ale od teraz będzie to gruboskórna i groźna w wymowie żybura.

nie wiem jak to się stało, ale pierwsze pranie zrobiłam bez użycia proszku. i nawet nie to, że zapomniałam wsypać – wybrałam tylko złą komorę.. ale wygląda czysto.

kupiłam dziś lotka, jest 30 milionów kumulacji. potem czekałam na przystanku 20 minut, potem jechałam 40 minut (przeczytałam kilkadziesiąt stron taximu, aż mi się skończyła próbka pedeefowa), potem 6 minut pod górę i sklep, w sklepie powidła i ryby. i pan, zdziwiony moją obecnością. tak, jestem tu nowa.

monia zdradziła mi w sekrecie, że nasza pralka działa na zapałkę. ale ja już wpadłam byłam na to sama.

jeszcze tylko ezoteryczny poznań po raz ostatni

i trzeba zacząć jakoś żyć.

 

dzieje wyrafinowanego kloszarda*

Dodano 22 września 2012, w ., przez pszygody

* określenie użyte na mnie przez mą siostrę.

Przyjeżdżam do nowego mieszkania na kolejne trzy miesiące tego życia, a mój pokój jest olbrzymi, piękny i mam w kuchni zmywarkę, do tego laptopek dostaje gratis głośniki a w stajni stoi hoppa, z której mogę korzystać, jak się nauczę obsługi jej kierownicy i pedałów, bo podobno narowista.

wokalista rhcp odkrywa, że wcale nie jestem skazana na całe bilety komunikacji miejskiej, tylko mogę sobei śmigać jak każdy prawowity student za pół ceny!

gosia wygaduje się, że ma dla mnie książkę w prezencie z podróży do węgrów. i że ją schowała w swoim nowym mieszkaniu, hm.. czy ja przypadkiem tam dzisiaj nie będę?

siostra obdarowuje mnie wspaniałymi podarkami na pożegnanie, tak że ledwo mogłam mówić z radości, dostałam N jak Najlepszego, I jak Impossible’go, K jak Kosmicznego, O jak Osom’mego N jak nie wiem jak się za niego odwdzięczę: Nikona D60! (: tylko drobne naprawy, dokupka obiektywu i będzie:D panie i panowie, zacznę nową erę fotografowania, koniec z bladą jakością i denerwuącym zrzucaniem winy na braki sprzętowe.. ale jeszcze dziś w rolach głównych Canon.

podróż z londynu do tutaj składała się z licznych przestojów, odwiedzin i innego łóżka każdego dnia. najpierw odebrał mnie kubuś tunel z lotniska, pojechaliśmy jego szarmanckim bmw po madam na dworzec i zrobiliśmy sobie poznański dzień dziecka z pizzą muchomorkiem i kolką. kuba nam nawet zrobił wyśmienitej kawy, dla naszej uciechy wkładał sobie orzechy laskowe w uszy i był nam wspaniałym przewodnikiem, nawet w drodze do nieistniejących kontenerów. a spać mogłyśmy z gonią w prywatnej parafii jego rodziców, dokładnie w tzw. zielonej kapliczce z osobną łazienką, gdzie ze ściany zyrał na nas tylko jeden święty. chociaż, że spać – to za dużo powiedziane, wszak z długiego niewidzenia klepałyśmy jak najęte do drugiej a o 4.45 musiałyśmy wstać na różaniec i kromale, które osobiście przygotował dla nas kubuś. potem łamaliśmy przepisy pędząc na dworzec.. tu kuba spisał się doskonale, na czas jeszcze kupiłyśmy bilety, niestety nie poradziłyśmy sobie ze znalezieniem pociągu na peronie i dlatego biedna madam lamersko musiała czekać na inny, stugodzinny pociąg do krakowa..

potem ostrów, poszukiwania dokumentów, biegi z przeszkodami na orientację do sądu, na szczęście moje kochane ciotki pomagały mi na każdym kroku i załatwiłam wszystko, co chciałam. zostałam jeszcze obdarowana nieprzyzwoitą dawką miłości i kosmetyków i ciast i fasolek szparagowych i kalafiorów i jeszcze w międzyczasie sama zostałam ciocią! a jedna z cioć – babcią! mori, nasza mori urodziła oliwkę! a ja przypadkiem (akurat jechałam autobusem do krotoszyna po akt urodzenia) znajdowałam się tu, gdzie mori i oliwka odpoczywały, więc zostałam jej pierwszym gościem.

musiałam jednak szybko opuścić ostrów, bo wczoraj o 16.30 dwie madonny korporacyjne czekały mnie na swoim biało-granatowo-szarym, szczurzym padole z komputerami i rozmawiały ze mną o tym, jak to ja lubię i potrafię siedzieć godzinami na stołku i poprawiać dokumenty i olać rodzinę w święta dla dobra projektu i podpisać cyrograf na pięć lat i zostać prawdziwym prufriderem. siedząc tak wróciło wrażenie z dzieciństwa, które przychodziło do mnie w chwilach stresu, że ja rosnę, a wszyscy dookoła maleją. więc z pozycji wierzchołka góry patrzyłam na te małe paniusie, a wewnętrznie czułam się mniejsza od ich długopisików, którymi zaznaczały iksami, że nie będę się nadawać i że węgierka, która była tam przede mną zrobi to wszystko lepiej i taniej.

kolejny portret z serii mojej pszygodnej firmy portretowej:

a tu psychokot kubusia:

i sam kubuś, a nawet z cukinią i świętym (nie wiadomo jakim):

rzeczony laskowy w uchu:

i fristajl z lupą:



no i spać!

 

halo, warszawa!

Dodano 15 września 2012, w ., przez pszygody

odwiedził mnie wczoraj Oli, zaszły w nim zmiany po kilku latach spędzonych w polsce, postanowił poszukać stabilnego zawodu jednocześnie służąc społeczeństwu, więc będzie nauczać jego dzieci; czyta o naturalistach i podgląda przyrodę własnymi oczami, pomaga pająkom, został wegetarianinem i nawet nie pije mleka, nie pije też kawy ani herbaty, mimo że jest anglikiem z krwi i kości, i zna nazwy kaczek i gęsi na pamięć. nawet wiedział lepiej, że gęś, którą brałam za egipską, to w rzeczywistości gęś kanadyjska. wstyd mi. spędziliśmy razem kilka miłych spacerów i zjedliśmy niesolony, zdrowy obiad bezmięsny, ba! nawet beztuńczykowy, mimo że zaplanowałam i to..

jedziemy z siostrą na skarpetkowe łowy. a za dwa dni polsza. a potem, to już tylko najświętsza panienka raczy wiedzieć, co będzie..

 

2 pet

Dodano 14 września 2012, w ., przez pszygody

naszła mnie w łożu myśl, że w życiu trzeba mieć tupet, albo chociaż tupecik, wszystko jedno. jesteśmy za grzeczni. grzeczność to morderca pomysłów, ambicji i radości. i przygnębia mnie sytuacja finansowa w polsce, chcę luksusów w swoim kraju, do diaska. biedny witkacy cierpiał nędzę, a to najważniejszy artysta polski i zapewne nie brakowało mu tupetu. tylko zębów. to źle rości.
zima dzisiaj w enfield. już przylazła i potrząsa łańcuchami drzew, niosąc naręcza zmarzniętych stóp i kiście sinych ust.
wzorem witkacego otwieram jednoosobową firmę portretową. pszygodne portrety. na razie darmowo, dla sławy. liczę jednak, że pieniądze przyjdą zaraz potem. oto moja smutna siostra białą kredką na kartonie indygo:

 

znak

Dodano 13 września 2012, w ., przez pszygody

czy wspominałam już, że w tegomiesięcznym wydaniu znaku jest gdzieś pośrodku moja wspaniała krytyka farb wodnych ostałowskiej? do kupienia w najlepszych salonach prasowych^^ pięć kupionych egzemplarzy wystarcza na pokrycie mojej zapłaty.. a wszak zapisałam im tylko skrawek papieru. jak oni się utrzymują na rynku..? tajemniczy ten znak.

poza tym wracam do podstaw rysunku białą kredką, slucham hiphopu i planuję napad na jakiś bank, bo praca w rzeczywistości, którą maluej polskie radio trójka przyprawia mnie o kaszel i wysypkę. rodacy, nie oszczędzajmy, bo zrobi nam się kryzys na wzór węgierskiego.

 

london, jack.

Dodano 12 września 2012, w ., przez pszygody

okropny ten blog.. na początku i tak wyglądał gorzej, bo jak srebrna kupa.. ledwo się pozbierałam.. a teraz uczę się nawigować to gówienko.. przepraszam za tak ograniczoną liczbę tagów.. nie ogarniam (:

ale abstrahując od tego.. dużo się dzieje dziwactw.

wezwano mnie wczoraj do rodzącej niemal węgierki, służyłam jako tłumaczka między angielskim i węgierskim, dlatego dzień wcześniej próbowałam sobie przyswoić angielskie słówka na pępowinę, łożysko, worek płodowy itd. bo o ile wiem to po węgiersku, to przecie po angielsku nie, chociaż przyznam, że osiem sezonów hałsa się przydało. potem polazłam do miasta, skoro już wydałam na bilet większą kasę niż z warszawy do krakowa. zrobiłam sobie wycieczkę mostami i wzdłuż rzeczki, i uświadomiłam sobie, że to, czego londynowi brakuje, to górki. takie pokształtowania terenu jak w budapeszcie albo w istambule. londyn ładny a płaski, jak niejedna dziewczyna. a ja po męsku przyznam, że jak dla mnie miasto musi mieć porządne wyżyny.

zdjęcia, moi państwo.

oto pies w trakcie inhalacji:

a taki pejzaż rozciągał się, gdy zjadałam kanapkę od marka i spensera:

gdy natomiast rozmawiałam z panią z krakowa, most się rozpinał i naciągał:

potem spotkałam pyrę, która wymagała kąpieli:

i dziewuchę z zapałkami:

to znowu co?

spokojnie, to tylko drzewo:

tu znowu statek:

i dzikie miasto:

czasem mniej dzikie, bardziej za to bajkowe:

i ostrzegawcze:

i taka sztuka uliczna dużo mnie bardziej wciąga niż ta w muzeach:

abstrakcja i minimalizm mnie przerastają i przerażają:

ale ten pan to już naprawdę przesadził, oto „gray”:

był jeszcze damian hirts do obejrzenia, ale podarowałam sobie, nie miałam ochoty na rekiny w formalinie i diamentowe czaski.. po wyjściu z tate wszystko wydaje mi się ładne i interesujące:

i godne bycia sztuką:

nie ma co, trzeba tworzyć.

 

Dodano 9 września 2012, w ., przez pszygody

idzie jesień, w koszu przyczepionym do brzucha niesie smutek.

 

Niech opowiem, skoro już (albo jeszcze) nie pracuję, co ja tu w ogóle
robię.. Dziś na przykład przy kawie z gorzkim toblerone w środku
rozwiązałam łamigłówki przygotowane przez jedną firmę rekrutacyjną, a
potem wyciągnęłam z pralki ciuchy do biegania (zapomniałam wczoraj
wstawić pranie, ale spokojnie, już się robi:P) i wybiegłam do parków..

Jeźli
kto nie miał okazji tu biegać, ten by moim śladem szybko się nauczył
dobrze oddychać podczas treningu, japy nie otwieramy dla wdechu, jeno
ciągniemy powietrze nochalem, bo muchy obijają się o zęby jak szalone.
piosenek też nie śpiewamy raczej, chyba że spotkacie znak: ‚no flies in
area’, wtedy proszę bardzo.

lubię tu biegać, bo łąki, lasy i
parki łączą się ścieżkami przy strumykach i płotach zagród tak, że
widoki miłe i zawsze coś można wyeksplorować.

dziś miałam
szczęście, najpierw wbiegłam prosto z parku na cmentarz i od razu na
czyjś pogrzeb, tylko dzięki słuchawkom i darwinowi deezowi nie słyszałam
żałobnego wycia tłumu.. potem przez inną część parku wbiegłam sobie na
teren jednej pobliskiej stadniny i od razu na ścieżkę dla koni, pełną
śladów podków i trawienia.. ścieżkę, dodajmy, pięknie ogrodzoną
płotem, tak że nikt mi nie przeszkadzał spidować w ramach nowego planu
interwałowego (polecanego przez znawcę, wokalistę rhcp), a dzięki modłom
zanoszonym do bóstw sportu nie trafiłam na żadnego galopującego po tej
wężyźnie konia.. bo mogło by być śmiesznie.

potem skończyłaby mi się ta droga (na jej krańcu stały budki z hot-dogami), więc przez płot wskoczyłam na soczystą
trawę i oto ku mojemu oku i zdziwieniu
ukazało się, zaraz zza rzędu drzew, stado staruszków z kijami golfowymi,
a ślepiami wlepionymi prosto wemń, gdyż przecinałam jakiś ich tor
lotu..

więc gazem do wyjścia na horyzoncie, bo w tej chwili
poznałam mniej więcej gdzie mnie ze śmiechem rzucił los i potem już
bezpieczną trasą do forty hall, które otwiera się na przybyszów cudownym
kwiecistym ogrodem (pracownicy korpo na lanczu, przedszkolaki bawiące
się w cieniu), albo zadbanym i olbrzymim parkiem z trawą przedzielaną
rzędami drzew.. samo forty hall stoi już od 1632 roku (!), ale jestem
przekonana, że drzewa wokół niego rosły tu na długo przed tym, jak lord
i sir Nicholas Rainton zapędził się w te strony podczas polowania na jakieś
łanie, przystanął, żeby ulżyć pęcherzowi, rozejrzał się i wtedy
zrozumiał.. ‚tu wybuduję majątek dla mojej lady Mimi!’ miał wykrzyknąć i
jak postanowił, tak też uczynił, a w miejscu, gdzie spadły pierwsze
krople jego szczyny, powstało urocze jezioro, w którym dziś tak chętnie
kąpie się całe okoliczne ptactwo.


(fot. kradzione z internetu)

ale zostawiam w tyle te legendy, bo już przecięłam park i opalające się
tłuste angielskie brzuchy tylko mignęły mi zza szybek z filtrami i
wpadłam do lasu, gdzie kończy się funkcja mych okularów
przeciwsłonecznych, a zaczyna ich rola, jako drugiej po kluczach rzeczy
do noszenia w rękach i pocenia dłoni. przełaj dodaje mi energii i niczym
najlepsze subaru mknę i połykam kilometry, niemalże słysząc ryk
silnika, gdy wiewiórki pryskają spod mych stóp, wyrzucane w powietrze
podmuchem prędkości.. potem zamieniam się w ostatniego za peletonem
kolarza, który dodatkowo akurat ma pod górkę i ciśnie na pedały resztą sił, więc wolno, wzdłuż
leniwego strumyka, wyprzedzają mnie spacerowicze.. jest wszak południe,
słońce praży, spidowanie odbiera dech..

ale zbliża się już moja
nagroda – wcale nie laski z szampanem – tylko rozciąganie i wyciszenie w
ulubionym miejscu w parku na trawce. leżę, wyginam się, patrzę jak
samoloty zlatuą na drzewa i nikną, a ciał nigdy nikt nie odnajdzie,
Kari Amiriam uspokaja mnie pieszczotliwie swoim głosem, zwijam się w
kulkę z trawą przy słonej od potu twarzy, pozwalam się lizać źdżbłom i czekam, aż rude pająki owiną mnie pierzyną z pajęczyny, a włosy wrosną w glebę.. jest mi dobrze, boże, jeśli tam jesteś, dziękuję.

piosenki nie pasują klimatem, ale trudno; są dobre i warte;
pierwsza kradziona z fb, od beatki dżumagi:
Tame Impala i It Is Not Meant To Be;

https://www.youtube.com/watch?v=bUq3oc0lYbw&list=FLw5OK1S4mYQ1nqRv8oauVKw&feature=mh_lolz

a druga też kradziona i też z fb, z tym że od san:
pani nazywa się prawie jak ulubione perfumy marysi:
proszę państwa Jun Miyake i The Here and After

https://www.youtube.com/watch?v=WfI08RycVrM&feature=BFa&list=FLw5OK1S4mYQ1nqRv8oauVKw

a teraz spacer z ToFi :)

Otagowane:  

paluszki surimi

Dodano 5 września 2012, w ., przez pszygody

robię rzecz nad rzeczy, jadę sobie szkiełkiem i okiem i sercem przez pół życia, które mam poutykane w albumach nieprzejrzanych zdjęć, zatrzymuję się nad każdym najwyżej ćwierć sekundy i przez ten czas decyduję, czy wyciągnąć je na wierzch do pamiętania, jeśli tak, przeklejam do osobnego klasera, który, jak będę grzeczna, wydrukuje mi siostra, a jeśli nie to zostaną tam do następnego przeglądania, czyli długo. jeszcze tak ze dwie trzecie..każde zdjęcie kłuje mnie inną tęsknością, przypomina ilu cudownych ludzi spotkałam i z iloma tak dawno się już nie widziałam. ale spoko luz, zaraz przyjadę, gdziekolwiek się pochowailście :P najbliższy przystanek i odwiedziny za niecałe dwa tygodnie – poznań, miasto koziołków i tuneli :)

 

  • RSS