must be a full moon

Dodano 30 sierpnia 2012, w ., przez pszygody

telebiąc się dziś jednolitym rytmem pociągów z amersham do gordon hill zastanawiałam się nad sensownością firan, sznurowadeł, spieszenia się do domu po pracy, produkowania gazet, ubrań i garnków.

i wiem, to wszystko wina księżyca. on żeby tak pięknie świecić – wyciąga z nas energię, że takiego dnia jak dziś wątpimy we wszystko.

ziewamy po kawie, virginia woolf nas nudzi, po pizzy czujemy się głodni, mijany właśnie wimbledon wydaje nam się wulgarnym boiskiem do piłki nożnej, zimna herbata z całodniowego termosu leży na płasko i nie wycieka, dziurawe buty już nie są żadną troską, a wariat, który nuci obok jakąś afrykańską melodię, przestaje nas stresować. wysiadamy na którychś stacjach, wszystko jedno, pytamy kogoś o dalszą drogę, czekamy, a czekając rozwiązujemy sudoku, wzdychamy, a trwoga i tak zostaje.

to wszystko księżyc. zero chmur to też jego sprawka. panoszy się, bezczelny, po niebie, wypinając na nas swój obżarty gwiazdami, przepełny tyłek.

pełnia księżyca według brandy:

Otagowane:  

burczy mi w brzuchu

Dodano 30 sierpnia 2012, w ., przez pszygody

ktoś mi może wytłumaczy, dlaczego od wczoraj mam zmarzniętą prawą nogę, poniżej kolana, całą łydkę aż po palce stopy.

dzień był okropny, po tak niespokojnej nocy rankiem zadzwoniła kobitka z cap gemini poinformować mnie o swojej pomyłce, dwie katarzyny o tym samym, jakże popularnym nazwisku, brały udział w rekrutacji i pani zadzwoniła do mnie z dobrą nowiną, że ich dobra matka korporacja chce wcielić moje członki do swojego organizmu.., a chodziło jej jednak o tę katarzynę, która zna niemiecki.. yhm. pani jest bardzo przykro. mnie chyba bardziej.

do tego otruto papieża, jak mam teraz doczekać nowego sezonu borgiów? dlatego właśnie nie lubię seriali. a z takimi historycznymi jest jeszcze trudniej, bo wystarczy wpisać nazwiska w wikipedię i przeczytać co kogo czeka.. a że nie chcę sobie psuć.. to nie wpisuję..

czy nie ma w krakowie fajnych prac, z przyzwoitą pensją?

i czy nie ma już romantyków na tym bożym padole? zostali spaleni na stosie za herezje, czy co..?

słyszę burzę..?

słyszę burzę..

 

in some Nia

Dodano 29 sierpnia 2012, w ., przez pszygody

nie mogę spać. światło zgaszone, do pokoju włamuje się przez okno kolor chmur, muchy zasypiają do góry nogami na suficie, papierki odginają się ledwo słyszalnym pyknięciem, kable przeciągają się wzdłuż ścian, rośliny nabierają powietrza miedzy palce, noc wpada zdyszana w środek cichnięcia. zamykam, otwieram oczy, jak ryba usta przy zdychaniu. myślę, myślę, fale myśli zalewają powolne odliczanie, nawet próbę stania się kolorem, zredukowania do palca od stopy, nic nie pomaga. oglądam wszystkie twarze raz jeszcze, przechodzę rozmowy w ten sam, a potem zupełnie inny sposób, po trzy razy, jeżdżę, wyjeżdżam, wracam, zaczynam i kończę, doradzam, odradzam, czuję gorąco w dłoniach i mróz w stopach. przychodzi mi do głowy scott. i jego poczęcie. to najpiękniejsza historia poczęcia, jaką znam. zginam kolana, odsuwam włosy z czoła. oczy łzawią ze zmęczenia. to będzie długa noc.

 

minął mnie i się uśmiechnął

Dodano 28 sierpnia 2012, w ., przez pszygody

fado odkrywka gosi: deolinda; nie dajcie się zwieść głupawo brzmiącemu pseudonimowi.
kawałek jak wysiedlony z bajki.
passou por mim e sorriu

Otagowane:  

cup of yuna

Dodano 28 sierpnia 2012, w ., przez pszygody

mm, to jest bardzo kawowe. ładne. ładniejsze.


yuna – coffee

Otagowane:  

do you love me my surfer girl?

Dodano 27 sierpnia 2012, w ., przez pszygody



bardzo ładna kołysanka od cocorosie.
surfer girl.
piosenka o takiej,
która została dosięgnięta
macką z głębiny korpooceanu
i poszukuje sobie statku
do utrzymania się na powierzchni
tak
aby nawet deszcz
nie był jej w stanie przemoczyć.
musi wyrzucić
wszystkie niepotrzebne numery
i ułożyć się
zgodnie
z falami.
zanurkować,
zaczerpnąć słonej wody w płuca
by wrócić w powietrze
na jak najdłużej.

Otagowane:  

scoop the poop.

Dodano 25 sierpnia 2012, w ., przez pszygody

znów zapomniałam o szimim, robię to co rok.. chociaż rok temu nagrzebałam jeszcze gorzej, i to nie tylko z nim, ale i z banieczką. gdzieś między rozjazdami spotkałam się z każdym z nich, przy czym w ogóle nie pamiętałam o ich urodzinach, a nalegałam na spotkanie i wyglądało, jakbym właśnie po to przyjechała.. świętują jedno po drugim, dzień po dniu. do banieczki zadzwoniłyśmy przedwczoraj z mariszką i odśpiewałyśmy jej stolat z odgłosami centrum enfield w tle. dziś wysłałam mejla życzeniowego z inną strefą czasową do szimiego..

- dzień dobry, orange, maciej staszczuk, chciałbym z panią porozmawiać o warunkach przedłużenia umowy, bo nam się zaraz kończy..
- yy, a czy mógłby pan zadzwonić później?
- to znaczy kiedy mniej więcej?
- tak za miesiąc?

rysowałam wczoraj w parku gęsi; wdzięczny temat, często się przemieszcza i zmienia pozycję w miarę tak często, jak potrzeba. tylko w końcu sobie poszedł, całym stadem. marysia mówi, że to gęsi egipskie.

James Vincent McMorrow, We don’t eat.

zżera mnie ciekawość.. co sobie myślał gombrowicz jak już dopłynął do argentyny i jakie myśli się w nim zderzały, gdy decydował się tam zostać.

głowa mi pęka. pewnie po wczorajszym szirazie z siostrą.. anglicy wszystkie wina mają zakręcane na korek. w marksie i spenserze znalazłam też nawet wino w plastikowej butelce. etykieta zachwalała biwakowe możliwości takiego wina, że się nie stłucze i jest lekkie.. jako remedium na angielskie wino piję kapuczino z belgijską praliną czekoladową zamiast cukru..

antek spędzi cały rok w krakowie! dostał się na roczny wolontariat. mała pani obrałówna za to wyjeżdża na bolosza.. bania za chwilkę do kairu, elejn pewnie nie wróci z ameryki, a ja?

tobi i fifi mają różne rozmiary, a do tego pierwszy to taki krzepki osiemdziesięciolatek, a drugi to ciągle niemowlę. podchodzą się nawzajem w walce o nowe zapachy przy każdym płocie; smycze, ogonki i strugi moczu mieszają się w powietrzu jak strzały z pistoletów w najnowszym batmanie. dlatego czasami jeden nasiusia przypadkiem na drugiego, no bo już powąchał i zaczyna siusiuać, a drugi zaczyna wąchać i podtyka nos.. a ja robię piruety, przytulam i obejmuję słupy i drzewa, czasem prawie caluję pająki żeby sobie podać smycz z jednej ręki do drugiej, wymachuję w powietrzu workami z kupą, uprawiam dziki taniec psiego zaprzęgu na dwie ręce i sześć nóg.

grad i deszcz, szaro i wieje.

Otagowane:  

Dodano 24 sierpnia 2012, w ., przez pszygody

niech mi kto lepiej weźmie nożyczki.
moje włosy są w niebezpieczeństwie.

 

hatfield

Dodano 23 sierpnia 2012, w ., przez pszygody

znów to uczucie, nie wiem czy od zbyt mocnej herbaty (dwie torebki białej z maliną, gorzkości) czy za dużo ciasta z leguminą i jagodami od pani grażynki, czy może coś w powietrzu, czy głos lianne la havas czysty tak, że gacie spadają i czapa siada. a może, a może to, że maryjka jutro uczyni zaylesburyzstąpienie na ENfield? to wszystko wymiksowane na proszek z soap&skin czyni mnie świeżo nastawioną na stygnięcie leguminą, która uwięziona w garnku chciałaby sobie poszukać formy. i trzęsę i kręcę się dusznie, chcę wybiec na jakieś ściernisko, czy coś. byle wiedzieć, że to już i nie męczyć własnej niecierpliwości.

hatfield, gdzie poza katedrą i pięknymi niskimi domami oraz mnóstwem polaków nie ma dosłownie nic. a nie, jest jeszcze galerija. i jedna barłodajnia z ceratami na stolikach, gdzie pewien skrzypiący ze starości dziadek zjadał frytki polane keczupem i suche kromki tostowego, niestostowanego chleba.. pani kelnerka zrobiła nam takie kapuczino, że ledwo nam oczy nie wypadły na ladę ze zdziwienia, a jak zaczęła posypywać je grubo czekoladową solą po wierzchu, to nawet nie potrafiłam z siebie wydobyć jednego, krótkiego inaf.. to inaf utknęło mi w przełyku aż do opuszczenia lokalu. kapuczino ostatecznie jednak gorzej wyglądało niż smakowało. chlup do dna.
tak, w hatfield jest jeszcze dobra pizzeria z miłymi panami.


i mają krzywe domki. a maryjka ma odblaskowe buty, włożyła je specjalnie, żebym ją widziała z daleka.

cmentarz przy katedrze, siedziałyśmy sobie na ławce, a potem poszłyśmy zwiedzać szlacheckie stajnie, niestety zamknięte z powodu złego dnia tygodnia (otwierają tylko w środy, a to był poniedziałek, ten, kiedy nie mogłam zasnąć aż do 5, i to nie tylko, że po kawach). i wtedy okazało się, że zgubiłam gdzieś maryjki torbę z nowymi portkami i przywiezionym przeze mnie prosto dla niej prezentem urodzinowym o smaku bananów.. torba aż do mojego przybiegnięcia spoczywała tu sobie spokojnie, w cieniu śpiewów duszpasterzy dobiegających z katedry.

a tu maryjka, tuż przed przygodami w hemel hampsted, gdzie znalazła się bez autobusów dalej do aylesbury i, podając się za dilera narkotyków, nastraszyła jakiegoś biednego chłopca o pomoc.

kto by się nie wystraszył takiej wariatki w kratkę :)

bat for lashes i glass:

a potem mayberian sanskülotts

ceasar’s stray sight (especially you) (: gosia była przy kręceniu tego videoklipu, a jak się dobrze przyjrzeć, to można i antka zobaczyć, tego samego co mówił ‚do chuja cwałała’..

Dodano 22 sierpnia 2012, w ., przez pszygody

na spacerze z tobiaszem i filipem dopadła mnie dawna znajoma,
bat for lashes z pieprzykiem na czubku nosa i jej wilderness

Otagowane:  

  • RSS