Dodano 31 marca 2012, w ., przez pszygody
frustracja węgierska mży mi na łeb i ślizga się pod nogami. zabłociłam. Nie umiem mówić. humor poczucia staje w gardle. mielę słowa, mylę i przełykam gorzką strukturę upokorzenia. błędzę. Ugrzęzłam w mieliźnie ambicji i ambajów. rozwijam słowink bluzgów, oglądając islandzki czarny humor w obrazkach. gosia ostatnio odkryła, że szybciej by się wyuczyła na lekarza, niż którakolwiek z nas nauczy się doskonale wegierskiego. pękamy. odpadają nam łebki.
chociaż lubię węgry za to, że do końca lutego nosi się tutaj zimowy płaszcz i ciepłe buty, a od pierwszego marca już tylko sweterki i trampki. w londynie zapowiadają max.10 stopni, a jutro w ostrowie i pszczynie śnieg. i co ja mam.. wziąć zimowe upiory?? myślałam nad sandałami zanim sprawdziłam prognozę..
tymczasem tibcsi and tarcsi w duecie.

a u goni po staremu, psy zjadają cierpliwie łapy kotom, tulipany białawe, radio gra, prądu nie było. ale przyszedł z podkulonym łbem, ułożył się nam na kolana i rzucił się światłem na ściany. znów jestem gościem, alarm w kuchni daje o mnie znać za każdym pierwszym dniem moich odwiedzin, reszta domowników dawno się nauczyła omijać dzwoneczki. albo każde z nich jest na tyle małe, że nie wadzi głową. ja, guliwer w krainie liliputów.
hasło dnia: automatyczny poranny palec.
jakieś pomysły?
blond-rodzeństwo.
 

no words

Dodano 26 marca 2012, w ., przez pszygody

jeśli śmierdzi, to tylko z bliska.


czasem nie mogę złapać powietrza.
są złośliwe duchy, które siadają na klatce piersiowej i robią się coraz cięższe.
ten kawałek właśnie tak siada, naciska i odbiera oddech.
łatwizna.
avishai cohen – no words.

Otagowane:  

Dodano 26 marca 2012, w ., przez pszygody

Panowie i Panie, czy inteligencja śmierdzi?
(:

 

kot

Dodano 26 marca 2012, w ., przez pszygody

miałam kiedyś kota, nazywał się punia i mieszkał ze mną i mariszką na wichury. potem musiałam go oddać w dobre ręce i znalazły się ręce tomka. a tu sobie śpimy na jego hamaku. puntek odszedł gdzieś, nie wiadomo gdzie i jak. to nasze ostatnie zdjęcie razem.

tymczasem muzykę kradnę ostatnio najczęściej antosiowi:



thee oh sees: ‚block of ice’

Otagowane:  

sopianication

Dodano 25 marca 2012, w ., przez pszygody

kocham tę piosenkę:

http://www.youtube.com/watch?v=NK1_7eKtkDg

Todd Rundgren i ‚Can we Still Be Friends’.

zapraszamy do Peczu:

do miasta, które najlepiej łączy zachód ze wschodem:

nasza wycieczka w bliskowschodnim zwielokrotnieniu:



dobrze, gdy jest ktoś na doczepkę:

bo w życiu często jest pod górkę i trzeba się mieć za kogo zachwycić:

czeszki i tak były najlepsze, o ósmej rano, gdyśmy ruszyli pociągiem wyciągnęły sobie z plecaków piwa, potem kontynuowały chlapanie aż do końca, mocne głowy:

w zbliżeniu:


..a niektórzy jak małpki. podczas takich wyjazdów najwyraźniej widać różnice kulturowe. czeszki piją, to wcale nie żart, amerykanie piją i głupkują, dziwacznie szanują profesorów, bywają bezczelni i tylko nieliczni z nich w ogóle chcą zwiedzać <1>, polacy są nudni i cisi, austriaczki głupkują i stanowią doskonałe rozweselanie dla polaków. więcej narodowości nie pamiętam..
nasz profesor Laci z Michi we wczesnych wiśniach na poszukiwaniu migdałów:

kościoły od lat ciche i piękne. posłuszne baranki.

nikt nie potrafi opowiadać tak jak On:

..a przecież to historia o szamszonie, wszyscy znamy ją od dzieciństwa..
Pecz kojarzy mi się z miłością:

i z letnimi kolorami. było ciepło, wesoło, lekko mżyło, profesor popalał z czeszkami, chodził sobie z siatką, w której miał kanapki, a ulice pochlapane pastelami wdzięcznie szeleściły nam pod butami.

kolory..

..i ich ucieleśnienie.

miasto nadziei:

i samotności, gdy każdy wie, w którą iść stronę.

idźmy dalej..


Csontváry Kosztka Tivadar, nosiciel mojego ulubionego węgierskiego imienia /tivodor/ i człowiek, którego umiłowanie barw musi wypływać bezpośrednio z peczeńskiego <?> nieba w zetknięciu z kolorem wielkiego meczetu w samym centrum.. musi.






każde miasto ma swoje specjały do zaoferowania.

pecz ma m.in. niebo, zgrabne tyłki i dobre lody.

i takie zjawiska:


i niewiarygodności, które wymagają zastanowienia..


<zgadnijcie co oglądają..>

pecz. miasto, w którym zielone światła dla pieszych świecą na raz z każdej strony skrzyżowania.
gdzie ludzie żyją, a ptaki się bujają staromodnie w powietrzu.
fajnie.
zostawiam Was z sufjanem stevensem i ‚the Owl and the Tanger’


Otagowane:  

képes krónika

Dodano 25 marca 2012, w ., przez pszygody

jesteśmy mistrzami życia.
rozmyślając się powietrzem wieczornego pesztu zapadamy w noc, popędzamy wiatr wzgórz prawiecznych męczenników. pijemy umiarkowanie. wiejemy przed mandatami. owiewają nas klaksony podłużnych imprez w limuzynach, wsiadamy tylko do bezpłatnych toalet. rozbijamy się po równoległych kątach miasta. pijacko bujają nas mosty na dunaju. warczą na nas tylko stare, bezdomne autobusy.
ale na początku był dzień.
i pan bóg zesłał na mnie i gonię karę za grzebactwo się. zepsuł nam ósemkę, a pozostawały jeszcze dwa okrążenia metrem. szesnaście minut spóźnienia do domu terroru. kierownik bolosziego wyrozumiale współczuł nam autobusu, który się rozpadł na części, zwłaszcza u wezgłowia.

po makabrycznym muzeum postanowiliśmy odreagować piknikiem po grecku: winogrona, i francusku: bagietki i sery.


mieszkańcy budapesztu:

piknik pod wiszącą chmurką w samym centrum:

odkrycie istnienia Amerykańskiej Kliniki Majonezu:

tudzież pierwszy święty noblista, Szent-Györgyi Albert.
zgliszcza po kawie:

cierpienia żywych drzew w gankowych domach:

betonowi grodnicy:

różowa omasta:

wyższość jednostki..

i betonowy zmierzch:

keksy nocą:


panel muzyczny prosto z brukseli, nie pytajcie o imiona:

antoś na ich zasadzie tłumaczył różnice między klarnetem altowym i basowym. nie pytajcie.

zdrapka, ekstra dodatek:
„kto ci to zrobił? kto powiedział, że Twój blond nie jest naturalny?”

„gdzie on jest, ale mu najebę!

:)

z piosenek dziwactwa:
odantosiowe Chad VanGaalen i Molten Light:



a na dokładkę piosenką, którą puszczano w radio specjalnie dla węgrów, którzy po 56 wyjechali z kraju, żeby beczeli za ojczyzną..
http://www.youtube.com/watch?v=acYWp6qtlfQ

 <piosenka zaczyna się jakoś po półtorej minuty> a imię jej: Oly Távol Messze van Hazám, śpiewa Boros Ida.
/jakby to szybko przetłumaczyć to wychodzi „mój dom jest tak daleko”, śpiewa Winna/Winiasta Ida:)/

Otagowane:  

ap de hilz

Dodano 21 marca 2012, w ., przez pszygody

czy jeśli tłumaczę, wychodzi mi coś ładnego, a potem dopiero się orientuję, że to źle przetłumaczyłam, bo pomieszałam na przykład dwa podobne słowa, to czy mogę pierwszy wynik tłumaczenia uznać za swój wynalazek?
rozsiodłane łóżko.
ładne, co?
i jakie pieczyste. a w negliżu.

 

halt!

Dodano 21 marca 2012, w ., przez pszygody

Nie ma wybaczenia dla slownikotwórców. zatajają przed nami sedno języka. nieznośnie upupiają! jak mam potem rozumieć teksty literackie, jak mnie nie dają narzędzi.. no żeby nie tłumaczyć takich słów jak ‚wysrać’, ‚przelecieć’. przecież nie wszyscy mówią wyrafinowanie.. czytelnik <?> słownika języka polskiego pewnie w ogóle myśli, że polacy nie uprawiają seksu ani nie wydalają, bo przecież nasz język jest poza bluzgami bardzo ubogi w wyrażenia tego typu, a skoro rzadko o tym mówimy – rzadko się tym zajmujemy.. nie? postuluję odnowienie języka polskiego. piękne acz niepatetyczne wyrażenia na uprawianie seksu! na części ciała! u nas to tylko cipy, pizdy i chuje. za przeproszeniem. ale w ten sposób mówić nam o tym najprościej. bo przecież nie przyrodzenie i pochwa. znów polski wstyd. myśli zza siódmej herbaty i riżkó od antosia.

 

greetings from middle of nowhere

Dodano 20 marca 2012, w ., przez pszygody
Marzec. Leppka ciepłota zalała okolicę i już nie można chodzić w wiatrówkach, tylko od razu trzeba się ubierać w krótki rękaw..

Ciepło. Ale wieczorami wracamy z podkuloną pupcią na herbatę, bo zimno. Budapeszt wypiękniał. A jego starość wyłazi szczelinami, aż robaki uciekają. Spacerujemy dużo, bo szkoda nam czystej wiosny. Zawsze się boję, gdy ma przyjść.
 
Zazwyczaj przynosi smutek.

Udmurcki zwyczaj nakazuje, aby pierwszego wiosennego bąka, który wpadnie do pokoju, żeby go złapać do słoika i w nim zamknąć. Wiosna nie przynosi niczego dobrego. i tak od siedemnastu lat.


Gosia zwróciła mi uwagę, że gdy wymieniam jakąś część ciała, a już zawsze, gdy swojego, dobieram do niej jakąś spieszczoną formę: brzusio, nóżki, paluszki, łepek, udka. boję się o swój móżdżek.


Ryja się nie wybiera, droga szynko. mamy paskudny zwyczaj obgadywania ludzi na ulicach. Patrz jakie krzywe nogi, zęby, jaka podłużna twarz, jaka wielka głowa. i mimo że wiemy, że twarzy się nie wybiera, to jednak czasem takie jesteśmy okropne. I prawdę ma poczciwy kramar, mówiąc, że jego przyjaciele są tylko piękni. prawdę mówi, bo wszyscy chcą się przyjaźnić z ładnymi ludźmi. a przynajmniej takimi, którzy zazwyczaj ładnie wyglądają. tak jest milej. popatrzcie na facetów. wolą całe życie spędzić z głupią, niż z brzydką. nie bez powodu.

Marzec się kończy. My marcowe dzieci pozdrawiamy kwiecień z przejęciem.
Mam tu zdjęcia, które trzeba mi już wkleić.

przepraszam za jakość, ukradłam szczęśliwemu obdarowanemu z fejsbuka.. klękajcie narody, oto wielkie wegry! tylko czemu to co najlepsze, czyli bita śmietana jest wszędzie, tylko nie na węgrzech..?

a tu już jeden z młodowiosennych spacerów z gonią, gonia przełazi bezczelnie przez płot:

ale dla takich widoków czasem warto połamać prawo i lewo:

i tak, wiem, że wszyscy już mają taką fotkę, ale nam też trzeba było takiej:

párduc utca, czyli ulica pantery i jej ślady:

dom na wzgórku, taki mógłby być:


a teraz już poważniej, gosia mówi, że to węgry <kolory się nawet prawie zgadzają>

a ta psina Wam kogoś nie przypomina?


look closer:

znalazłyśmy niedaleko nas taką kawiarnię, w której każda rzecz była na sprzedaż.. każdy stary syfon, nowy obraz, fotele, kubki.. cena do negocjacji. pies nie, pies nie rzecz ;)
ale już dyskietki, lampy, stare odważniki do wag sklepowych..

biedny, co dzień omiatają go tysiące litrów smogu i wzroki tysięcy bezczelnych obcokrajowców:

no więc wstyd, powinni z tego powodu ogłosić stypę narodową.. bo nasi rodacy przyjechali do budapesztu, narobili wstydu sobie i nam, za władnęli bezprawnie i nieproszenie świętem bardzo bardzo ważnym dla węgrów, bo upamiętniającym powstanie z 1848 roku.. przyjechali i łazili bezczelnie wymachując polskimi flagami, jakby to miało jakiś sens. prawie żadne z tego dziwnego tłumu nie umiało mówić po obcemu <nie mówię o wegierskim, ale przecież chociaż angielskim, łacinie, grece czy po rosyjsku>, nic nie krzyczeli sensownego, tylko że gdyby kózka nie skakała.. <pod antka oknem o ósmej rano!> i jeszcze że ‚wiktor orban superstar’. no jak można..? a na drugi dzień ciągle ich było widać w strategicznych punktach miasta..

węgrzy raczej pochowali się do domów albo pojechali do wód..  a poniższe tego nie obrazuje, bynajmniej.

no, czwarte piętro u antosia, wskrobałyśmy się na obiad. pierwszy raz za dnia! jak tu inaczej!:

i starodawnie! gosia opowiedziała mi, że ten mur tu o, to była część murów miasta i że tu gdzie właśnie stoimy, to już było za murami..

akurat wylazł i zepsuł piękne pojedyncze portretowanie goni:

za to tu już się udało:

mężczyzna, który dla nas sprząta i gotuje:

tylko jest trochę malutki i musi sobie podstawiać taki stołek jak kroi:

samojebka numer 7, rzeźnia numer 5:

czyli weekendowe spacery.
a tu szyneczki zemsta na jaju:

piwo o smaku bzu popijam czerwoną herbatą.
dobrzejes!
muzy niet. :)

 

święty Marcin de Porres

Dodano 19 marca 2012, w ., przez pszygody




tak się powinno zaczynać dzień.
Mary Lou Williams urodzona 5 dni i 76 lat przede mną śpiewa dla nas razem ze swoim chórem o świętym Marcinie de Porres.
zmarła 5 lat przed moim urodzeniem.

Otagowane:  

  • RSS