halo rabka

Dodano 29 stycznia 2012, w ., przez pszygody

Zimno, do -18, zamarzają smarki.

Śmigamy po śniegu już drugi dzień, mamy każdy po desce na nogi, po czapce na łepki, grube rękawice i przemarzamy na wietrze śmigając jak błyskawice wśród osmiolatków, hę hę.. a wieczory spędzamy po polsku, jemy i pijemy. timek zadziwiająco dobrze sobie radzi. ja się uczę od cześka, próbuję się tak nie bać jak on, i śmigać po stromizmach głową w dół i uczyć się w takich warunkach kontroli. dziś wywaliłam się tylko kilkanaście razy i ani razu tak jak chłopaki, że prawie im odpadły głowy i brzuszki. dopadliśmy slalom kubusia dla dzieciaków i próbowaliśmy się z rozpędu mieścić w metę.
modły przed wyjściem na pole walki:

miłość na stoku:
siostra na stoku:
i my :)
kominek strzela, tomek jak zwykle obgryza paznokcie. kolka, kolkę to ja lubię.
 

(:

Dodano 29 stycznia 2012, w ., przez pszygody

Siedzę sobie u mariszki i patrzę, jak sobie pięknie notuje
na osobnych karteluszkach kolejne tematy, a to o ruchach charyzmatycznych, o
uściskach jezusa i demonach masturbacyjnych, homoseksualizmu i o „ bardzo
wygodnym” demonie zdrady.

dziś po ulicach krakowa najpierw chodził miszcz dominik i my
z szynką i przy okazji spaceru wywiadywałyśmy się o częstotliwość zmian
zachodzących w tym mieście, a także potem oglądaliśmy złote kielichy do winka,
nieco drogie, ca. 1200zł za jeden, ale za to z rubinami! ach ci księża.

następnie po kawie z ilejn (ilejn to nie sok do kawy)
spotkałyśmy na rynku tłoomy bladych nerdów, ciągnące w podobnych plecakach i
kurtkach i z zaklejonymi ustami przez kolejne ulice krakowa. cel słuszny: „nie
oddamy pornoli”, „kochamy seriale” itd. największe zagęszczenie nerda na metr
sześcienny.

wczorajszy randomtrip szybki i za głośny, ale dobry.
karolince biednej uderzyło szampanem do głowy. miała potem sklejone włosy na
samym czubku. 

rozmyślania nad kotletem:
parking:
drzwi:
ściany:
drzwi i ściany:
nocne puchacze:
:)
 

:)

Dodano 24 stycznia 2012, w ., przez pszygody
moi drodzy, sesja to nic w porównaniu z tym, co musi przeżyć obcokrajowiec, żeby się nauczyć prostego polskiego wyrażenia, używanego potocznie, by wyrazić negatywne emocje..



bujamy się po koncertach, oddychamy budapesztem. jest w tym mieście coś takiego, że nawet jak się wraca do kochanych ludzi, to ze smutkiem. 
zbliża się za to tydzień marzenie. najpierw kraków, potem  snołbord z siostrą w rabce, potem james blake w warszawie.
zdjęcia to kiedyś, bo mam dużo fajnych :)
Otagowane:  

protesty i zamieszki.

Dodano 22 stycznia 2012, w ., przez pszygody
Fajny dzień, a w zasadzie noc się właśnie kończy. 
w budapeszcie zamieszki i protesty, ale jakieś niemrawe. jeździłam po mieście, ale na nic się nie natknęłam.
Dziś zdążyłyśmy znów na autobus, obejrzeliśmy z antkiem świetny koncert muzyki klasycznej trochę na niepoważnie, siedząc tuż pod koncertem, na poduchach, powyginani w najlepsze. zapytacie, co mogło pójść nie tak? a, na przykład mogłam zgubić bilet, tuż po kupieniu. tak też się wydarzyło. już miałam kupić drugi, ale antoś zapytał odpowiednie osoby, co należy mi zrobić i, wierzcie lub nie, wpuścili mnie bez biletu.
ale zanim – byłyśmy też z martą na innym koncercie, tylko wszyscy gadali i ignorowali muzyków. a ja po kawie zrobiłam się nasenna.

gosia znów płakała. tym razem u antosia, na łóżku. a potem w autobusie. nie pytajcie..
literatura nietknięta. 
denerwują mnie te przymiotniki odczasownikowe. boję się poruszać między nimi. 
prawdziwy, węgierski, rozmazany hypster, portky miał czerwone, jeno siadł nie w czas. 

gosia, bo rzadko ją tu wklejam:
:) a koncert był za krótki..
bo ładni byli:
ach, gosia mówi, że miała taki niedosyt, jakby jej wyłączyli w połowie płytę. ja przyniosłam kredki i kartki i zarysowałam tylko jedną, odłożyłam czekając na lepsze ujęcia, a tu się skończyło. ale pianista był wyśmienity. mistrz odcieni. jak on to robi, skubany, że się nie myli? że mu palce nie drgną nawet, gdy gapi się nań pięćsetka ócz? jak?
a dyrygent.. dyrygent był przedni. pysznie opowiadał, zabawnie, podobny był do jana peszka w tym. 
bo tak rzadko mamy wspólne zdjęcia: (by antoś)
a tu zjadamy ciastka, o które w sklepie trzeba prosić mniej więcej tak: poproszę trzy czekoladowe orgazmy:) i tu pada orgazm z tardziem.
a antoś przespał caały koncert, jak niemo-wlak.
:) i ja też zmiatam, bo już rano..
gosia chrapie i chrumka..
dostałam od tereski: 

angus stone i broken brights :>
Otagowane:  

james, james, james, james, james, james & james.

Dodano 21 stycznia 2012, w ., przez pszygody
widzę czarność. i na czarno. wszystko.



zasypiam, a on do mnie śpiewa.
budzę się i wciąż śpię- a on śpiewa.
nie rozumiem żartów antosia. zapytałam, czy ma jakąś fajną muzę, a on przerzucił mi na dysk parę rzeczy, po czym mówi, że ma jeszcze płytę dżejmsa blekja, jakbym chciała. a ja że nie, że dziękuję, mam wszystko.
straciłam dystans.
a jeszcze chciałabym go zmniejszyć.
do głupiego dwudziestotrzylatka.
a w warszawie, w 1500m2, na wyciągnięcie palca. 
wczoraj dwa filmy.
dzisiaj dwa koncerty.
dziś też dwa obiady, z czego jeden wylądował w kibelku. ale bez pośrednictwa innych naczyń, nie myślcie sobie, od razu z gara do klopa. bo woda do gotowania była za słona i kluski się rozkleiły na bezczelnie.
a gosia obdzwania babcie, które się nie przyznają do tego, że są jej babciami.
smuteczek :)
won’t tomorrow come.. ?
Otagowane:  

fajofejem fejedelem

Dodano 20 stycznia 2012, w ., przez pszygody

Dziś się nie spóźniłyśmy na autobus. mimo, że miałam wysokie buty, padało i piłyśmy czekoladę w najdalszym zakątku od astorii. Dni mijają. Odliczamy czas egzaminami. a potem mimo zmęczenia wymykamy się stąd, rozbijamy po mieście, póki go jeszczen nie dobił kryzys. chociaż nastroje panują różne. dużo pesymizmu i wiara w to, że nic się nie da przeciez zrobić. bo niby co. że nawet protesty nie mają sensu.

wczoraj straszliwie zmęczone, niewyspane i pogniecione, po wielkim egzaminie, na który uczyłyśmy się cały poprzedni dzień i całą noc, po ugotowaniu wielgachnego obiadu (gotuj z przygodą ‚kotlety z jajek’) <dwa dania + desser by. michi> – po tym wszystkim i po obejrzeniu dramatu z ryanem goslingiem w roli głównej <lars> poszlyśmy na koncert hómartona. było bardzo nastrojowo i wesoło, ładnie. dwóch chłopaczków występowało po sobie, dzielili się gitarą, śpiewali tylko nam dwóm w zasadzie. nikt więcej nie przyszedł. może tylko kilku ich znajomych, którzy się zmyli, a hómarton i jego kolega, zdaje się bardziej znanym, tylko akurat nie nam – zaprosili nas na pogaduchy, czym sobie nas oczywiście zaskarbil. gosia mówi, że z bliska już nie tacy fajni i podzielam jej zdanie, też miałam ochotę poprosić tomiego, żeby już przestał gadać o ekonomii, wziął gitarę i nam to wszystko wyśpiewał, wtedy bym się z nim zgodziła. a tak jakoś zbyt pesymistycznie i ostatecznie brzmiały jego teorie. na przykład, że w maju wyłączą w budapeszcie światła i nie będzie komunikacji, bo skończą się wszystkie pieniądze.
śpiewał b.ładnie, a w pewnym momencie włączył się alarm, na co tomi zaczął dogrywać melodię i śpiewać, kawałek uchwyciłam, refren brzmi: ‚alarm pożarowy’, a sam alarm wyłącza się dokładnie na jego rozkaz. (oto mój pierwszy film jutjubowy - 

) a tu jego kawałek z byłego już zespołu: 

 <calico island – the place of evil>
potem znów na nogach wracałyśmy do akademika, bo nas hómarton przytrzymał, długo pił jakoś. warto było mimo senności wyjść. tyle się tu dzieje. tanio, blisko, na wysokim poziomie, tylko dla nas. to był naprawdę najmniejszy koncert na świecie, a hómarton przecież jest świetny; tu piosenka o tym, że kiedy marton był pilotem, wszystko było jakieś lepsze: 

 - ulubiony kawałek gosi.
a dziś antoś grał swój debiut, w tym samym miejscu. przyszły tysiące ludzi, czapa stawała, a klapka zapadała. antoś bębnił w skupieniu, a jego zespół czynił cuda na patykach. i leonarda dikapria i straszliwe wersje „wiked gejms” 

 - spróbujcie sami>. nie wiem, czemu węgrzy tak sobie ulubili tę piosenkę. doprawdy. 
potem był superfajny koncert csaknekedkislány <tylkodlaciebiemała> i było wesoło, pan śpiewak tańcował, a ubrany był w 
spodnie jakby od garniaka i za długą koszulę jak na hipstera.
a tu się przytula do zespołu po koncercie:
opuściłam się pianinnie. jutro wracam na ring. 
zjadłam wszystkie raczki i kukułki, które przyniósł adrian.
mam pościel w paski i kropy.
i chce mi się już spać.
a timek chorowity.
radość z gosi:

radość nauki (adrian, nasz pokój, późno w nocy z historią sztuki)
nasz powalający obiad:
sztuka ziewania:
hómarton i tomi, rzut z tyłu:
rzut pół na pół:
gosia zniebieściała od smutku, a grał tylko dla niej:
tu się trochę hómarton rozmazał, ale miał prawo, było już baardzo późno:
gosia na groźnie:
hmv: hiz monsterz wojs:
radość debutowania:
radość znaleziona na ulicy późną nocą:
wielkie dziury od nosa w jedermannie:
podsumowując, nudy.

migami

Dodano 17 stycznia 2012, w ., przez pszygody
Styczeń w migawkach.

Migawki w styczniu.
smuteczek mariszki:
smuteczek gosi:
tibcsing & tarcsing, and sometimes zsolting.
mihaela, jeszcze przed urodzinami na salonach:
poniemieckie salony u antosia w centrum budapesztu:
człowiek-czacha:
radość czytania (i jegermajster):
ale już wystarczy (czytania, rzecz jasna):
czuje, że idą:
radość myślenia:
radość gotowania!:
światła nad miastem, vel. der himmel über budapest:
i-mordy:
by. antoś:
możecie sobie popatrzeć:
by szynka (białe, wełniane z kapturem): 
ludzie nad budapesztem:
radość czytania 2:
radość czytania 3:
każdy widzi to, co lubi:
nowa herbaciarnia:
‚dlaczego nie wrzucamy odpadków sanitarnych do toalety?’
‚bo się zatka!’
hap hap:
i-rekin:
a tu oszukańczo jeszcze z tamtego roku: napychanie pierogów/uszek:
josh garrels – songbird
Otagowane:  

to care (like you)

Dodano 17 stycznia 2012, w ., przez pszygody

dostałam dziś wszystko, czego mi było trzeba.

dobrą ocenę z geografii. krówek od karolinki. jamesa blake’a od siostry. 

jestem spełniona.
oglądam desery, które dostałam w obrazkach od maćka na święta. torturuję się. bo przecież nie umiem ich ugotować. są naprawdę piękne. i każdy z nich to zamaskowany potwór kaloryczny. 
mózg mam w przecinkach, ale klapka zapadła, zgodziłam się poprawiać mariszki pracę o passze i nie było wyjścia. 
czapa staje. 
a karolinka ma na papciach i rękawiczkach jednakowy zwór
świat idzie na psy. 
james będzie w warszawie, mówiłam już? :)
a ja wcześniej będę w krakowie i rabce. 
nienawidzę ustnych.
jeszcze z adrianem i gosią byliśmy dziś na pizzy, i pani nam zrobiła z niej wielkiego pieroga. samo ciacho i trochę warzyw w środku. dziiiwna pizza. 
time. 
time k.
time for a love.
mam dziś na sobie jego koszulkę.
 

tep and logic

Dodano 16 stycznia 2012, w ., przez pszygody

Moi drodzy, 

zgromadziliśmy się tu dziś wszyscy, aby się męczyć i ślęczyć nad geografią węgier. szeroko pojętą. tylko nie przez nas jeszcze. ale staramy się, i starzejemy. siwieją nam od tego włosy, a brzuszki mamy rozpuknięte niczym naszpoje jesienią.
podskakujemy z szynką i ja krzyczę: jeszcze tylko dwa rozdziały! a na to ona: jeszcze tylko szesnaście rozdziałów!
bo ona już zaczyna od nowa, mało jej ;]
robiem herbatkiem!
pozdro dziewieńcet.
 

ciach ciach – odgłos turlających się ciastek

Dodano 15 stycznia 2012, w ., przez pszygody

od dawna wiadomo, że najlepiej i najkreatywniej się pracuje umysłowo, gdy nasz umysł nastawiony jest na inny cel. czytam o rozwoju wsi i osad na wczesnych węgrzech, a rozmyślam o książkach do napisania, tematach, piosenkach, pracach na przyszłość.

wczoraj przejechałam ponad dwadzieścia lat w telefonie, żeby się dowiedzieć, że gosia urodziła się w piątek, a ja jednak w sobote, czyli teoria o zadecydowanym przez los lenistwie jest bzdurna i nie mam prawa leniuchować legalnie. no cóż. zawsze mnie kręciło życie na krawędzi, tak jak banię ;)
w warszawie james blake, jak się dowiedziałam, to powiedziałam obrałównie, że jadę choćby na rowerze, choćby na rolkach po papierze toaletowym.. jednak to tylko praca didżejska. więc raczej oleję. bo i tak nie mam pomysłu jak spławić tomka i rozkochać w sobie jamesa blake’a. najprostszy, żeby mu się pokazać nago może nie wypalić z różnych względów.
a antoś ostatnio zaprosił nas na obiad. zrobiłam wiec odcinek pt. gotuj z antosiem <i tibcsim> i już jest do kupieina w dobrych salonach multividualnych. <*gotował makaron z grzybami, przyprawiał tibcsi>
tymczasem na kibelku czytam o sytuacji po kryzysie na islandii i o sytuacji w głowie magdaleny środy i sławka sierakowskiego.
marzę sobie o stypendium do grecji, żeby się uczyć greckiego, a jak. 
na zmianę ze stypendium na islandię.
i mam jednocześnie dość kompletnie życia w walizce. bo to już drugi rok leci :) 
jemy jak szalone.
trzeba się nauczyć ciąć filmy. 
i drzeć zdjęcia.


 - james/drake measure it all
a płyta już leci royal air force’m. 
Otagowane:  

  • RSS