na boga

Dodano 31 grudnia 2011, w ., przez pszygody

jojojoj.

kończy mi się czas.
a tu ciągłe szaleństwa zakupowe. 
jazdy, wyjazdy. dobre nowiny, arabska wiosna, wjoletta willas i strach.
zapach kurzu i żurawiny.
a latem bjork.
james blake do mnie leci za sprawą królewskiej poczty samolotowej.
muzyka przychodzi do mnie z każdej strony.
kari amirian, hó márton és a Jégkorszak  wtrybili mi się i nucę sobie, że folyamatosan le vagyak maradva, co nawet się zgadza. choć wolałabym śpiewać amikor pilóta voltam.. 

jeszcze prezenty muzyczne: 
<evolution of water w wykonaniu Valgeir Sigurdsson & Bonnie Prince Billy – od adriana vel.patricka wolfa>
<broadcast 2000 i ich all is said and done od pitka vel. brata szynki>
<o którego mam też madjo i catch the bird>
hm, to jest nawet miłe i wesołe, więc żeby nie było że jestem tylko muzycznym zamułem. nie wiem komu ukradłam: RJD2 – ghostwriter: 

tak i nie. 
owoce i warzywa 
i węgierskie krzesła na kształt siodeł.

defying gravity

Dodano 28 grudnia 2011, w ., przez pszygody

boxing day, kryzys wydawczy. niby w tłumie, a jednak samotny.
niektórych to przeraża. inni są na fali.
życie w londynie nie jest lekkie. jeśli nie zna się zasad gry.
zasady są jasne. i przejrzyste.
jak w stumilowym lesie.
a poza tym, wszystko jest niejednoznaczne. jak znaczenie słowa wicked.
nigdy na to nie idźcie, jeśli nie chcecie się uzależnić. 
wicked. defying gravity.
potem szuka się najlepszej wersji. a jest ich duuużo. i żadna nie jest tak dobra jak na żywo. nie.
sponsored by Queen Anna od Enfield.
taki właśnie jest londyn.
i znów trzeba gdzieś się przenieść.
jeszcze 

 nina simone & jeff buckley i lilac wine
a od gosi SBTRKT – wildfire 



 - hold one
tak.
Otagowane:  

Dodano 28 grudnia 2011, w ., przez pszygody

nie.

 

random london

Dodano 22 grudnia 2011, w ., przez pszygody

getting more magic..

 

wózek dziecinny euroazjatycki, rok prod. 2000.

Dodano 19 grudnia 2011, w ., przez pszygody

Skoro już dostałam, to wkleję, nie ma głupich :) wwtedy sukienki, blond dzieci, aniołki, a dziś? ave
szatan, papierosy, alkohol i szczątki po serniku w polewie czekoladowej. cała
mama szyneczki:
feriego teżśmy sobie nie wymyśliły:askoro feri w odwiedzinach prosto z katowic, to i
adam małysz w katowicach:
oi jeszcze wróćmy na chwilę do powrotu ze słowacji.
utknęliśmy na kilka, chyba 5 godzin obok bańskiej bystrzycy i kisiliśmy w
zachuchanym autobusie: tu akurat widok przy zapalonej latarni, ale przez
większość czasu caly parking pokryty był mrokiem i tylko biel śniegu go
rozjaśniała.
więc się wdarliśmy do słowackiej knajpy. tomek
przewidywał, że skoro to słowacja, to będzie dziwacznie i jeszcze, że przeżyjemy filmowy koszmar i że
pierwsza zginie blondynka. a więc szynka tu już odpadła i tylko ja i on.
chomiczek i marynarzyk. i widelce.
a ludzie w ogóle układają się w dziwne figuracje: <z pożegnania chorwatów:> 

my: michaela,
wróć na węgry jeszcze kiedyś..

michaela: nem, nem, soha! dziękuję bardzo.

na przykład natalia z innymi ludźmi:

ffilip to w ogóle się na nia lubi gapić, na zajęciach i
po :D
 

Natalka: mówisz ode mnie lepiej po węgierski, obrażam
się, głupi jesteś.

Patrik: co mówisz? coś mi wleciało do ucha i nic nie
słyszę.
bywają też standardowe duety: Sziną: serio, odtąd w dół jestem cała metalowa i
bipczę na lotniskach.

Antoś: jasne! ona ściemnia, nie?Tibcsi (vel. gwiezdny kapitan): no jak
ktoś zabłądzi i go wyrzuci z orbity to co mam zrobić, skoro jestem gwiezdnym
kapitanem?wtedy zajadam takiego. a poza tym dziewczyny mnie uwielbiają, jestem
idealny i nic na to nie poradzę.

Michaela: co ten koleś gada…ja pinkolę.a potem sobie tak siedzieliśmy z widokiem:zmoknięci, zmęczeni wskrobywaniem się na górę, weseli od wina, towarzystwa, szynka już była zjedzona przez gwiezdnego kapitana, dlatego nie ma na zdjęciu. trudno. ale było i tak wesoło. bawiliśmy się bezpiecznie, pod okiem ochroniarzy, na placu zamkowym, obok wypasających się turuli w berka. w berka po węgiersku jeszcze nie grałam. 

no więc widok na najstarszy w mieście most. pierwszy most na dunaju na jego węgierskim odcinku. michaela aż podeszła bliżej zobaczyć <przez zasieki i drut kolczasty, mimo poślizgów i deszczu. tak działa brak lęku wysokości:<musieilśmy błagać na kolanach, żeby zeszła>a wszystko zaczęło się niewinnie, od koncertu zespołu węgierskiego, który przerabia sonety szekspira i robi z nich dżez. mam płytę z podpisami całej czwórki: W.H. 
http://www.myspace.com/whperforminggroup

no i teraz trzej najwięksi hipsterzy wieczoru:

1) perkusista W.H. <podniecał zarówno Antosia i Gosię>

2) Antoś: serek, kozia bródka i krzywe, podkręcane do góry wąsy.

3) Patrik: czysty hipster z diarumem w ustach i wzrokiem a’la James Dean <którego ciągle nie znalazłam>

takie historie, proszę państwa.

no ale dobrze. szynka też była z nami na placu zamkowym:> tylko się dobrze ukrywała:

:)

 

Otagowane:  

pomarańcze i mandarynki

Dodano 19 grudnia 2011, w ., przez pszygody

Tydzień niespania (egzaminy, koncerty, nauka, picie, na obiad kanapki, imprezy pożegnalne); podróż powrotna trwająca dwadzieścia godzin, brak snu z okazji przyjazdu feriego.. czas, gdy się nie sypia wydłuża się i pachnie zmęczeniem, w oczach piach, przed oczami śnieg, który w rzeczywistości wcale nie pada. pożegnania równo z powitaniami. kupowanie prezentów bez skutku. mam na razie więcej papierów do pakowania. i nastrój na ninę simon, a w nocy lecimy do poznania i do siostry, do londynu. 

nazbierałam zaległości blogowych, to teraz będzie hurtowo:
no to najpierw piosenka:


 <- the deer tracks – ram ram <najbardziej hipsterskie coś ze wszystkich, które znam i do tego papetyczne i trochę emo, ale piosenka daje radę>
dwupak:
no więc jechaliśmy do domu. piątek, spania od 6 do 9. pakowanie, zakupy, bieganie, szuszenie włosów, nalge panika: nie ma biletów na orangeways. nie ma na skrzynce, nie ma pewności, że kupiłam. nie odbierają telefonu, do odjazdu godzina. panika. jedziemy, wpadamy do biura, autobus spóźniony o 2 godziny, mamy czas dowiedzieć się, czy jesteśmy z gosią szczęśliwymi posiadaczkami miejsc, czy też możemy sobie kupić bilet na jutro. bo na dziś już nie ma. siedzimy, czekamy, pani wygląda jak bania, te same oczy, włosy, uśmiech, sposób bycia bardzo podobny, to nam miło z nią siedzieć. na zewnątrz leje. okazuje sie, że tomek cały czas marznie tam na dworze, 5 metrów od nas, a tu ciepła poczekalnia.. no ale po niezłym stresiwie okazuje się, że kupiłam bilety, tylko nie dostałam potwierdzenia na mejla. bania nam drukuje i czekamy na odjazd. przy pakowaniu bagaży do autobusu okazuje się, że tomek nie ma dowodu, zgubił i nie chcą go wpuścić. wszak jedziemy przez granicę. to się nazywa szmugiel. szmugiel? pani się nie godzi. próbujemy ją przekonać. dołącza się jeszcze jedna kobietka i we trzy naciskamy na sukowatą pilotkę – w końcu tomek jedzie z nami. no to już jesteśmy wszyscy szczęsliwi. aż do słowacji. śnieg, ciepełko, śliskość, wysokie góry, wiatr (140km/h), zakazy sypania piaskiem/solą. i nagle..
..gwiezdne wojny.
(bo to był węgierskojęzyczny gwiezdny kapitan i dlatego groził, że pozjada w języku szatama)
:)
ps. znalazłam listy mrożka do lema! całe dla mnie az do 28 stycznia.
ps.2. tomek kupił sobie wielką plazmę. co kto lubi.
ps.3. jestem w rozerwie.
i idę sobie po herbatę.
Otagowane:  

nocne świnie

Dodano 12 grudnia 2011, w ., przez pszygody

Zastanawiam się wraz z Marysią czy lepiej być mulatką czy półarabką. i czemu bohaterki disneja nie noszą majtek, oraz czy zygmunt frojd był węgrem, skoro był austro-węgrem, jeśli nim był. wiadomo tylko, że na drugie mu było szlomo.

pustka tropików. prowadzimy z szynką nietoperczy tryb życia, i to tuż przed jutrzejszym egzaminem z węgierskiego.
skończyłam sjóna ‚skugga baldur’ i dziwnie mi z tym. mam ostatnio mieszane uczucia na myśl o islandii. chciałabym i boję się. 
przedkładam pianino nad co  tylko się da.
na obiad był krem z kurek <z proszku> a potem śledzie i to nie było najszczęśliwsze połączenie.
plany na sylwestra: szturmem pałac w antoninie. żeby był kominek i pianino. jeszcze konie by się przydały i szlachcianki w bryczesach. i skórkowe rękawiczki do pół dłoni. długi warkocz przerzucony z przodu pod lewym ramieniem. i taka muzyka w słuchawkach:
tęsknienia za syrią, beirutem. mimo ustawień na nie, przełączają się automatycznie na aktywne.
anouar brahem i the lover of beirut.
Potem długo nie będę mogła zasnąć. 
i  zgubiłam james’a dean’a.
jeszcze dobranocny cytat od marysi:
„przestawianie wpływów, prestiżu czy pozycji poprzez jednostki
nieciągłe, takie jak świnie, ułatwia porównywanie”
:)
jako jednostka wyjątkowo nieciągła zawijam się wraz z oparami zmęczenia pod pierzynę. 
Otagowane:  

GLB & LGT

Dodano 11 grudnia 2011, w ., przez pszygody
genius loci budapestus

(i ja z dehnelem w tle)
LGT i neked irom a dalt, pedig verszja uliczna lepsza, lepsza. 
więc głodna idę spać. 
Otagowane:  

idą kaczki

Dodano 10 grudnia 2011, w ., przez pszygody

znamy ich już od jakiegoś czasu, ciągle zaskakują.

mają poczucie humoru.
bywa, że klaszczą w trakcie piosenki! ale tylko pod wpływem narkotyków, w transie tanecznym, 
mało czasu, dużo miejsc do odwiedzenia przed końcem roku.
pianino. 
jestem naprawdę szczęściarą.
prawie wszystko jest dobre.
wiem, że wiszę dużo mejli. odkładam jednak wszelkie pisanie, czytam tylko rzadko. o piardach i o tym, że ktoś piardł. i że można być w dupie lodowca. 
włóczymy się nocami. układamy absurdalne wiersze. śpiewamy w różnych językach o kaczkach. wtykamy nosy w nie swoje życia, wdychamy czyjeś opary z płuc, mówimy nie swoim językiem. popełniamy błędy. rozdwajamy sobie końcówki jaźni.
klejenie powrotów będzie piekło i szczypało. trzeba było przeczytać ulotkę.
a to zdjęcie jest świetne. ale nie ja zrobiłam. antoś.
tłum wlazł mi w obiektyw.
miłe damy ze słowacji (i choć dwie są węgierkami). a za, w tle dwa ogniste węgiery cieszą się na widok lampy. mistrzostwo drugiego planu.
muzyki. mi.
James Blake i Measurements 

Otis Redding i Cigarettes and Coffee 

Otagowane:  

na przymusowej emigracji

Dodano 4 grudnia 2011, w ., przez pszygody

coś mi się widzi, że wszystkich ogarnia smutek tropików. nienależy. odwracam. skreślam i ścieram. wypisuję się. nie chcę smucić. mimo, że takie okropności się dzieją. poproszę wszystkich o nasłuch. nachylcie się bliżej. wsłuchajcie w co mówi Wam matka ziemia i sen nocy letniej. zatrzymajcie sobie zegarki. zatrzymajcie youtuba. wejdźcie pod kołdry, zróbcie sobie miejsce. stare fotografie z szafy, racuchy świeżo pieczone, pająki zostawione w spokoju. słuchajcie muzyki. wysmućcie wszystko z siebie. wygrzejcie w poduszkę. zatańczcie powoli i lekko. posypcie solą wszystkie ulice, po których łazicie w myślach i wygnajcie się stamtąd. won. 

i żadnych takich:
kari amirian, the winter is back.
Otagowane:  

  • RSS