smog wawelski

Dodano 28 listopada 2011, w ., przez pszygody
psze państwa, szynce coś się stało z nogami:

a potem się przeistoczyła w wampirra i chlapnęła sobie trochę krwi z własnego organizmu:
timek stał się superwojownikiem z międzygwiezdnym laserem w oczach:
a kraków zmleczniał, albo zesmodżał, za to zrobiło się tak miękko (Lepka
szarawa papka przykleja się wszędzie, mieszkam w niej, odżywiam się nią i
wdycham prosto do serca co dzień. Boli mnie od niej przełyk, gdy śpię jak glon
zarasta mi tchawicę i skrzela, nie da się jej wykaszleć. smogowa trucizna od
budapesztu po kraków. Będzie ze dwa tygodnie.)
jeszcze napadli go węgrzy, zewsząd, ze wsoją przetluszczoną kuchnią.. i muszę wyznać, że za mówienie do pani po węgiersku dostaje się taniej kołacze:
punkt bardziej niż graniczny:
nogi bardziej niż wykrzywione:
prędkość większa, niż migawki, naddźwiękowe łamanie przepisów:
fryzura na krystal z dynastii i prezenty od mariszki (koco-polar nie na wynos) (Nawiozłam
z krakowa cukierków, zupek w proszku i książek, niezbędniki. Dostałam też nut
od bani. Niemieckiego lizaka czekoladowego z dziurką, takie lizaki dostawałam
zawsze w dzieciństwie, pyszne, z prawdziwej czekolady, leży sobie obok mnie,
taki Vollmilch Schokolade am Stiel. Do kompletu były piękne, niebieskie
rękawiczki wełniane w groszki, dwupalcowe ze sznurkiem niegubkiem. Widać
rękawiczki to najlepszy prezent w okolicach grudnia. A timek zabrał mnie na
immortalsów i tylko to mnie wkurzało, że bogowie też umierają i że akurat, gdy
henry cavill (mniam!) grał jedyną w filmie scenę erotyczną – ja poszłam do
kibelka. <zeus też był niezły>

mam
się teraz uczyć, ale nie chcę. co tam mapa. 
zda się, że krzyczą. ale nie. jedźmy, nikt nie woła. nawet nie wracają litwini, ni huhu.
jaś legenda i ordinary people
Otagowane:  

czarna pierwsza godzina

Dodano 24 listopada 2011, w ., przez pszygody
Mamy na drzwiach stolec i mocz. I bramę o zapachu szczyny. I siekierę. I przez pół godziny próbowałyśmy dziś w drodze do sklepu wytłumaczyć słowakowi (po węgiersku, rzecz jasna) co to jest zwieracz. Taki los poligloty. 

Jadę, kupiłam czekolad, z czego jedną już na pół z szynką wrąbałam. dziś trochę dzień na opak, miałyśmy obejrzeć film, a przyszła karolinka i przegadałyśmy dwie godziny.
nad budapesztem od ponad tygodnia wisi gęsta zawiesistość, smogowy odwłok, gęsty i interintelektualny. 
nigdzie za to nie ma w budapeszcie naszej ulubionej herbaty winogronowej, którą próbowałam kupić na export, niestety. mam bardzo lekki plecack. niebawem wszak wrócę. dziwnie, że to tu wracam, a nie tam.
pójdę, spać. 
a mój ulubiony nauczyciel powiedział dziś, że jestem genialna. i nie tylko dlatego, że na każdych zajęciach pomagam mu przy podłączaniu skomplikowanych maszyn..
tak sobie słucham, 
wiem, że to już było.
james blake, lindisfarne.
jeszcze znalazłam w akademiku pianino. prawdziwe. nastrojone. z dowolnym dostępem. można wejść, grać, zamiast wydmuszek na ścianie są ksiażki w kartonach, w stosach aż po sufit, świetnie wygłuaszające. nie mogę uwierzyć i ciągle o tym zapominam, mimo, że byłam już dziś pograć.
i karolinka mówi, że jest tu gdzies pingpong jeszcze. nie wierzę!
chce mi się james’a na żywo.
poproszę.
Otagowane:  

haski reks ju

Dodano 21 listopada 2011, w ., przez pszygody


http://www.youtube.com/watch?v=3M55RbJmlTM&feature=related

jak zwykle gdy trzeba się uczyć.
husky rescue – sound of love.
Otagowane:  

bell i ballony nad głowami.

Dodano 20 listopada 2011, w ., przez pszygody

coś się ze mną dzieje. za dużo miodu w herbacie i od razu czuję.

uczę się durnych rzeczy, dlatego przesiaduję w łazience, gdzie mogę sobie czytać, co lubię. na przykład o pogrzebach w ghanie. 
o, szynka pożera orzeszki.
lubię sobie czasem zajrzeć rok w tył i przeczytać co wtedy robiłam. 
przeważnie byłam smutna. 
jak to?
misi mówi, że kiedyś też była zawsze smutna, ale odkryła, że wcale nie trzeba się smucić.
hym.
a mnie jest wesoło. mimo, że miód już nie ten. i że z tomkiem ciągle jeździmy w innych kierunkach.
Bell x1: west of her spine.
i jeszcze cults – go outside
Otagowane:  

kistehno

Dodano 20 listopada 2011, w ., przez pszygody

Szynka i ja i nasze prawdziwe oblicza:

woskowa figura Adriana, specjalne zamówienie, autor nieznany, Balassi Intézet 2011. 

wtorkowy koncert improwizowany w instancie.

Budapeszt stał się moim domem. 

(tzw. lomi-momi)

Jest szaro, ciemno, pochłaniam precle i jednak jest mi tu tak jakoś mojo. Z dala od przereklamowanego krakowa, kipiącego sztuką wyniosłą i z deka nudnawą. W piątek z madam obejrzałyśmy Saturday night fever (z polecenia mariszki), w sobotę za to skonfrontowałyśmy ówczesne metody spędzania wolnego czasu z dzisiejszymi. Odstrzelone w bluzy i zimowe czapki ruszyłyśmy w trzystopniową gorączkę miasta. pierwszy przystanek – astoria, spotykamy cały w komplecie klub słowackich turystów i zakochujemy  się w ich czapkach. wędrujemy w poszukiwaniu koncertu kistehén, ale nigdzie nie ma, zgubiony. zatem uzbrajamy się w wina wszelkiego koloru i na zaproszenie leny wefruwamy do głębi węgierskiego mieszkania, pełnego zasypiających dzieciaków, miłości i młodości. 

dowiadujemy się między innymi w jaki sposób dzisiaj można wysmarkać dziecko (przydaje się do tego odkurzacz). potem mika tivadar mulató

 i koncert, jakiego dawno nie widziałam, vaddiszkó. szał ciał na parkiecie, muzyka lat ’70, ’80 i ’90, grajek na klawiszach ubrany w cekiny, obcisłe skajowe portki, skórzaną kurtę

 maciupki wokalista w identycznych, tylku o połowę krótszych panlatonach udaje chórki w ghostbusters, skaczemy z radości. niektóre kawałki starsze ode mnie.

 cieszący się Antoś.

zakręcona szynka.

i mój outfit specjalnie na cześć tunela :)

jak to jest, że w każdym miejscu na ziemi spotykam ludzi podobnych do tych, których już gdzieś poznałam i polubiłam? kto zaprojektował tych kilkadziesiąt podstawowych modeli? raz nawet poznałam kogoś z mojego modelu, na imię jej było malina. jest doktorantką polonistyki na uw i lubi instrumenty. (tu w tle z autoportretem anki:)

A potem była noc, spacerowaliśmy w rytm spalin na ulicach, przebiegaliśmy przez najbardziej zasmogowane skrzyżowania i owijaliśmy się z zimna w pędzące w kółko tramwaje. sennie, z kołysanką o wojtusiu wróciłyśmy do akademika.

kto zgadnie, gdzie to?

 

nocc

Dodano 15 listopada 2011, w ., przez pszygody

tak droga dziatwo, szyneczka się wybrudziła cała w szarości i indygo od swojej nowej bluzki i teraz to spiera gorliwie pod prysznicem. a zwłaszcza z łokci i pleców, zdjęcia nie pozwoliła mi zrobić. ni ma.

 za mało nam dnia, za dużo fajnych rzeczy się dzieje, ludzi o dobrych sercach, co przynoszą czekolady albo pyszne herbaty winogronowe nas odwiedza i potem do późna coś próbujemy, ale ciągle nam nie starcza dnia. a tu test za rogiem, i trzy razy minięty termin oddawania prac filmowych. o jezusiczku.

tak jak szynka, zmagam się z wiatrakami. ale jestem tylko szancho pansą, ona natomiast don kichotem. ona ma ciągle wyraźny cel.
szpać.
palpitacje
can i blame you?
i jeszcze mi się taki staroć przypomniał:
:)
Otagowane:  

szent marha fesztivval

Dodano 13 listopada 2011, w ., przez pszygody

zaczęło się tak, prosto w nocy,

a potem przyszła jesień.
patrzajcie niedowiarkowie.
najlepiej uchwytna w sentendre.

czasem sobie można, trzeba albo należy.

czasem wypada i nie wystaje.
czasem bywa.
a potem przepada.
świszczy i warczy prosto z kubka po pustej herbacie.
but remember the good things, jak uczy wujek milosh. 
potem się spada, razem z talerzami, sztućcami, głowami w dół, mijając miksery i niedomieszane grudki uczuć. 
i tuż przed upadkiem, jak w filmie zawiesza się klatka, wiszę trzydzieści centymetrów nad granią, brzuchem już wbijam się w wystającą skałę, policzkami z pędu prawie dotykając uszu, stopklatka, w myślach jadę po papierze ściernym, stopklatka i wiem, że nie dopadnę. 
wtedy to właśnie otwieram albumy.
będzie rożnie.
bo ona raz jest piekielnie diabelska.
a potem niespodziewanie wyrastają jej skrzydła.
filip niedowiarny ogląda je uważnie. a one przecież tam zawsze są, wszak to święta małgorzata od aniołów.
nawet gdy ze świnką wszelkobojną pozuje nad ranem do zdjęcia z rogaczem i hipsterem.
albo z dwoma hipsterami, razem o czterech narodowościach. (węgierska, słowacka, polska, 1/16 ukraińska)
plus piąta narodowość, która z powodzeniem może udawać szóstą (austro-niemcy) i rozproszona po świecie narodowość wróbli. z w tle chorwackością tego pana, który..
..teraz coś nam opowie, prze państwa: oto krótka historia hipsterstwa.
na dodatekk pali, choć nie umie!
THE END.
a hipster to jest ktoś,
kto jada suszi,
wegetarianuje,
pije yerbę matę,
ma rower (taki na przykład, jak słowaka)
słucha się,
pali jak pije, chociaż nie umie, a pije albo tanie piwo, albo najdroższe drynki,
mówi modnie,
słucha smutnej muzyki,
ogląda filmy alternatywnie,
i najamerykańssze seriale,
zawsze patrzy w innym kierunku,
(a właściwie nie zna w ogóle kierunków, bo to bardzo hipsterskie (jak zauważa szentmargitka) zgubić się gdzieś bez kierunku na mieście i potem o tym modnie opowiadać,)
czasem też chodzi w kocu na zajęcia,
i ma okulary, chociaż nie ma żadnej wady. ani dioptrii, ani szkiełek.
sama rama i oko.
czyste hipsterstwo.
jak płynna rzeczywistość.
konieczna jest też czapka z pomponem.
czy znacie?
czy może macie inną definicję hipstera? 
o, a na koniec jeszcze fotka na tle fototapety w parlament, nie myślcie sobie, że tam byliśmy.
a muzyka – jaką lubię.
i smargitka zawinięta w czapkę, swetry i koce.
najbardziej hipsterska z możliwych: rihanna i man down:
Otagowane:  

wczoraj..

Dodano 12 listopada 2011, w ., przez pszygody

wczoraj był niebezpieczny dzień, który uczy, że nie warto wstawać zbyt rano i tak od razu się myć, bo można się ostro poharatać i narobić krzywdy, że siknie krew..  dużo wina ostatnio, przedwczoraj grzane, słodsze zda się niż sacher torta michi. 
zasypiam szybciej od gosi. a ona uczy się (na zapas, gdyby to miało się przydać) spania na plecach i ostatnio nawet nagrała swoje zasypianie, i w okolicach ósmej minuty daje się słyszeć dźwięk, który ją budzi – i jest to najprawdziwszy tęgi sap. 



więc mieliśmy przedczoraj imprezę i się działo.. ale krótko, bo zsuzsi nas wygoniła z kuchni, gdzie zepsuta mikrofalówka prosto przez dziurkę w drzwiczkach zasmażała nam wesoło mózgi, w rytm ciężkich bitów i odgłosów walenia kartami o stół. i bębnienia słowka. tak, bo graliśmy w ligretto i było tyle kwiku ze śmiechu, a.. nie w ligretto graliśmy, tylko w pszy! nie mam prawie zdjęć, bo robiłam głównie filmy.. 

i wczoraj aplikowaliśmy węgrowi, który nie jest tak naprawdę słowakiem – dzień świra, nawet się uśmiał, ale w zupełnie innych momentach niż my i teraz już wiemy jak ważna rola przypada tłomaczom, nawet tym od napisów, albo zwłaszcza od nich, wszak film najpotężniejszym narzędziem komunikacji – i tyle smaczków przepuścił ten od tłumaczenia dnia świra, że żal, najprawdziwiej.
i potem niewyspane, to jest raniutko wyszłyśmy z sziną do parlamentu i żeby powdychać to samo powietrze co nasz boski nauczyciel od narodowości.. krótko, acz zacnie.
a poza tym to najbardziej rozbawiła nas w tym tygodniu misi, gdy na pytanie o treść obrazu ostatniej wieczerzy odpowiedziała, że to: jezus i przyjaciele.
a tu moi przyjaciele:
wspaniała waleczna rodzina.
i dalszy ciąg imprezy..
a tu główne atrakcje, zwariowana natalia i nasz słowak, który jest węgrem – jako tło dla sacher torta. w oddali garnki i torebka po tym, co zwiozłam z polski..
oleńka od adriana:) cała zjedzona!
i cała parlamentarna ekipa, z lewej od góry: seghu
nasze papucse:)
i bezcenne dziecko z pociągu relacji: ostrów-katowice.
i kolejne: notice the babcia :) <dlatego lubię te święta>
no misiaki: ben howard i jego ‚strach’
Otagowane:  

dni

Dodano 8 listopada 2011, w ., przez pszygody

obejrzałam świąteczny odcinek glee i chce mi się magii. i smarkam. i chce mi się kichać, a tylko rozdziawiam paszczę i połykam suche powietrze. a słucham sobie nowego patricka wolfa, bardzo muzycznie i świątecznie. spróbujcie sobie całej słodkiej lupercalii. 

tu przykładowe dni, ale wersja na żywo, gdy patrik sam gra na harfie jeszcze ujmujątsza.

wczoraj były urodziny adiego i nasza nauczycielka upiekła dla niego tort, przyniosłyśmy z szynką szampana bezalkoholowego i silą wyciągnęliśmy adiego z łóżka, gdzie sobie spokojnie chorował, żeby nam podmuchał zarazkami na tort, zanim go zjedliśmy. święta, święta w powietrzu! zawsze zaczynają się wtedy, gdy gorączkowo nie wiem, co w tym roku dam siostrze pod choinkę. 
podzielam sobie czas na kawałki, żeby łatwiej doczekać świąt. za trzy tygodnie kraków. a potem za kolejne trzy londyn. uu jak dobrze.
Otagowane:  

trochę mi niedobrze

Dodano 7 listopada 2011, w ., przez pszygody

Rozkaprysiła mnie wizyta u mariszki. razem z litrami herbaty wessałam marysine opowieści i przyszła mi ciekawość i przypomniało mi się od niej, że poza powtarzaniem słówek i popychaniem pierdół, byle tylko coś mówić, istnieje fascynujący świat wiedzy, taki jak z segregatorów, które zbieraliśmy za młodu. i teraz cierpię. rozbijam wzrok o nawiezione z polszy knigi i wiem, że nie mogę, zanim nie przeczytam zadanych po węgiersku pacsirt i wspaniałych czytanek.  

jeszcze ta mała autobusowa zaraza się przyplątała.choroba. gdzieś między jamesem blakiem a dojczland stasiuka. w upalnym galopie po słowackich jezdniach. 
szynka w nagrodę przyniosła mi malinową czekoladę, którą jem bez skrupułów. a słownik etymologiczny w internecie nie wie skąd się wzięły skrupuły, więc i ja nie wiem.
poczytam przy rmfclassic. bo tak dobrze się przy nim budzi.
 

  • RSS