eind howen

Dodano 31 sierpnia 2011, w ., przez pszygody

sfpaniały pomysł szynpansa! zatem rozpoczynam akcję: polowanie na pięknych hollendrów, special edition for szynka! ale zapowiadam, że nie będzie łatwo, co innego upatrzyć, a co innego ustrzelić! 

dziś w drodze na pocztę, która skryła się tak, że tylko cud i łut szczęścia mi pomogły ją odnaleźć, zdało mi się, że widzę kilka dobrych obiektów.. 
tymczasem dobra wiadomość jest taka, że marysia wzięła sobie jutro dzień wolnego i pojedziemy razem do maastricht! tomuś będzie mógł sobie grać w god of war do woli :) 
tymczasem w sklepie powtarzam przy kasie wszystko to samo, co klient kupujący przede mną.. doskonała lekcja języka ;} 
 

kradzione z fejsa

Dodano 31 sierpnia 2011, w ., przez pszygody

jedno od tomka, którego poznałam w hostelu w londynie: 

 - fugazi, i’m so tired 

a drugie od mateusza, którego poznałam w hostelu w krakowie:


 - joe hisaishi, summer (do filmu kikujiro)
za oknem szaro i chmury, idę na rozbój kasy.
Otagowane:  

utrecht i inne

Dodano 30 sierpnia 2011, w ., przez pszygody

tak, hollandia  to trudny kraj. zimny, szary i deszczowy z nieodłącznymi chmurami, poukładany jak w pudełeczku, mały i przejrzysty. wewnątrz mieści się mnóstwo narodowości, żyjących w nieprzerwanych kastach, które mieszają się tylko w drodze do pracy, wymijają się na rowerach. równoważąc wilgotność dziennie do powietrza przedostaje się znaczna ilość oschłości rdzennych holendrów. 


ich twarze – unisex, czasem na pierwszy rzut oka piękny męczyzna okazuje się przeciętną, koniowatą kobietą. chodzą po swoich zabetonowanych, miniaturowych miastkach, gdzie trudno o kawałek zieleni. takie wrażenie robi na mnie i eindhoven i utrecht. ogromne centra handlowe na otwartym powietrzu, że na głowę w każdej chwili może spaść deszcz. 


wszystko tu można kupić, zwiedza się tu sklepy, a wywozi jako pamiątki sprzęt philipsa (sponsor wycieczki, holender, rzecz jasna) i masło orzechowe (pinda kaas). język brzmi jakby niemiec dusząc się usiłował mówić jednocześnie po angielsku, niemiecku i francusku. i charczał do tego. 

zieleni za to mnóstwo, gdy tylko wyjedzie się z łatwego w obsłudze (pani w kasie płynnie mówi po angielsku) dworca (pociągi do utrechtu odjeżdżają bardzo dokładnie i równo co 15 minut). nikt się nie pcha, nikt się też nie patrzy na siebie. wszyscy grzecznie stoją, żadnych ekscytacji, zionie królewską nudą.

spędzam miły dzień z marysią, znajduję ją, czy ona mnie na stacji w utrechcie (50 minut drogi od eindhoven), gadamy, aż robi się smutno, że tak rzadko się widujemy. 


taka hollandia, idziesz sobie ulicą, i nagle dupa: 
krajobraz sponsored by philips, którego duch krąży pod postacią napisów po całym mieście:
jakieś krzoki, jakieś bramy, coś, blisko centrum:
i pisuar czteroboczny, otwarty, model nr 5667 (należy zwrócić uwagę na adekwatne i zabawne wzory w jajka:)

kot, holender, wstrętny drapieżca z domu marii:
a tu już maria i loopping, pies :)
i bez psa a za to z lanczem, na który holendrzy chętnie jedzą kanapki z wiórkami czekolady:
i całkiem niezła ściana:
ranki są całe zachmurzone, dzień rozwija się bardzo powoli, temperatura po śniadaniu wynosi ok.12 stopni, wieczorem to już 18 bo słońce dopiero odkopało się zza chmur, to tak, jakby cały dzień nie udawało mu się odkryć kołdry. wstaje, gdy już musi wyjść.

jemy kanapki, pijemy jaśmin z truskawkami, tomek strzela pajęcze rozkroki koło łoża.
(łoże: )
a na koniec (bo to nieoryginalne) istota tego kraju – rowery:
przypadkowo ściągnął mi sie chrom po holandzku.. dzięki temu wiem, że odśwież, to: herladen.. ale trochę mnie to już męczy..
i trochę holandzkiego popu wszechczasów i pan ma nawet dobry głos, psze państwa, bløf i dansen aan zee co się domyślam, że znaczy: taniec nad morzem^^ czy jakoś tak.
Otagowane:  

eindhoven

Dodano 29 sierpnia 2011, w ., przez pszygody

Anas the original one został wypuszczony z więzienia! Niech będzie chwała i cześć Allahowi!

 

A u mnie tak:

Najpierw były Gilowice obok pszczelina u gosi z wypadkiem do krakowa . potem medalikowo u marysi i ammury, potem sochaczew i weselicho rafała i pauliny. Potem ostrów na trzy sekundy, żeby spakować i zjeść zupy z buraków i potem już tylko długo autostrada, światła, chmury i deszcz, niemieckie rejestracje i mijane bez śladu w paszporcie granice. Wreszcie w półśnie, w foteliku pasażera pełna znudzenia dla sztuki prowadzenia samochodu docieram. Gaszę światło i zamykam pościel, jestem zbyt zmęczona żeby zasnąć. Sen roznosi mnie w lewo i prawo po łóżku, tyran walcujący na prześcieradło ostatni dech dnia w piętach z odciskami. Wypuszczam dzienny stan zmęczenia z płuc, śpię aż do rana, dopóki tomik nie wpuści szarego, chmurnego poranka do pokoju.

Podróżowanie w hotelu mnie przeraża. Jestem z Polski, powinnam tu sprzątać pokoje a nie kaprysić, że miękkość poduszki jest nieodpowiednia <są cztery do wyboru>. Mieszkamy na 6 piętrze, mam do dyspozycji piękne biurko tuż z widokiem na kościół św. Katarzyny, do którego zaraz pójdę i cudowną zmienność holenderskiego nieba, tak wychwalaną przez wszystkich von malarzy z tego rejonu.
trzeba mi iść.

 

farma strusia

Dodano 23 sierpnia 2011, w ., przez pszygody

Haliho,
piszę żywcem pożerana przez chmarę śląskich komarów, nadaję z ukrycia w gilowicach, gdzie stacjonuję od wczoraj, warunki atmosferyczne podczas operacji cukinia są wielce niesprzyjające, wiatr targa włosy (zwłaszcza tacie szyneczek, który w przebraniu i dla niepoznaki na rowerze patrolował szeroko okolicę) a cebulla szczypie po oczach. kumary odklejają się od sufitu i z szumem silników nurkują w powietrzu atakując celnie, prosto w palec ściszający gotye’go ‚somebody that i used to know <od szyneczki> <

 i po naskórze i w plecy <spalone słońcem, od spaceru po strusie jajo>, kostki zostały już pochłonięte w lesie, w którym zamieszkam. tuż nieopodal. 
dzień upływa pod znakiem warzyw, najpierw zaginęły ogórki, wiozłam je od pani grażynki jako trofeum zdobyczne, niczym poroże drogocenne jakieś do szyneczek i nie ma. nie wiem, możliwe, choć watpię, że zostawiłam drogocenny słój gdzieś w przepastnych komnatach we włościach tomasza, może być też, że zaginęły w pociągu, ukradziono! zostawiłam swój bagaż bardzo nieroztropnie w przedziale z panem gadułą i słój wsiąkł, a ja się nie zorientowałam, że to był szalbierczy napad i rabunek. potem operacja cukinia, w którą zaangażowała się cała szyneczkowa rodzina i o mały włos mięsny obiad spaliłby na panewce, gdyby nie asia, która z doskoku wynalazła cukinię gdzieś z dobrej woli.
jeszcze z najnowszych doniesień to planuję nauczyć się greckiego. może nawet starogreckiego.
maciek nadal się nie odzywa. bardzo niezrozumiale.
tymczasem: 


zachód słońca w osterdamie z balkonu teściów ani,
odbierzyny w miescie pszczyny u szyny

a oto:
struś! (remasterede by szymek)
i tu jak równiez, a potem nastały strusie gody, go szyna mówi, ze strusiowi spodobały się moje feromony. film jest do wglądu, gdyby kto chciał zobaczyć w jaki sposób struś wyraża swoją miłość i aplauz: może wpaść, udostepnię.
czy widać ludzi? czy widać, że tam gdzie pracują, to pory? drodzy państwo:
ludzie w porach :) <invented by szynka>

i to już inaf na dziś.


Otagowane:  

lobstery z proszku

Dodano 19 sierpnia 2011, w ., przez pszygody

Miał być park linowy i frajda, a wygląda na szarość, burzę
i zawieruchę nad drzewami, szum i w uszach. Oglądam symultanicznie z czytaniem
wiadomości na wyborczej julie & julia i mi dziwnie, bo kobietka, która
gotowała wzorem julii child lobstery i luzowała kurczaki pisząc przy tym o tym
– miała masę czytelników. A mnie smutek chycił, bo nie robię niczego
szczególnego i jeszcze o tym piszę i przecież tak rzadko są jakieś komentarze, że w
poczuciu mam brak fitbeku. I to już wolę się poświęcić pracy na rzecz czegoś
innego może. Może skończę bloga? Tzn. przestanę pisać. Przez ten miesiąc prawie nie pisałam i jakoś
mi tego nie brakowało. Zaangażowałam się w spotkania z ludźmi. A musicie
wiedzieć, że wszyscy, absolutnie wszyscy zapraszają mnie ponownie do siebie i
namawiają, żebym przyjeżdżała, gdy tylko będę w potrzebie, w pobliżu albo mi
się jakieś plany zepsują i wyląduję bez łóżka i świeżej poduszki do snu. Nie koniecznie tak mnie polubili, ale okazuje się, że obracam się w towarzystwie wyjątkowo miłych ludzi. Bardzo mnie to cieszy.

I jeszcze. Dawno mnie nic tak nie wyprowadziło z równowagi
jak mężczyzna. Mężczyźni to potrafią. Ale nie przez to, co robią, jacy są i
czym wkurzają. I to nie jest ich działanie, ich zła wola czy złośliwość. Ale sam
fakt, że są, że trzeba sobie układać pod nich plan. Tzn. nie trzeba, ale ma się
ich zawsze w podświadomości, jeśli się ich kocha, że są i trzeba ich włączać w
plany. Tzn. chce się ich włączać w plany. Tylko, że oduczyłam się. Oduczyłam się,
wiecie? Wyszło mi z nawyku i na razie nie radzę sobie najlepiej. Albo zapominam
o sobie, albo o mężczyźnie. Ale chcę. Więc popracuję nad tym.

No i właśnie, grzmi.

A Julie robi z siebie właśnie pośmiewisko.

Albo i nie. 

ale antena pokazuje brak sygnału.

i wyprostowałam włosy, podcięłam grzywkę. mam trzy kolory na głowie, wygląda jajecznie. wszyscy pytają czy farbowałam, a przecież tak, ale w grudniu czy w styczniu na gorzką czekoladę a mam blond. albo jak chca niektórzy: w świetle jak rudy.

piszę, leje, zjadłam całą czekladę (dodatek do ręczników), ciasto drożdżowe <ze trzy kawałki> i makaron ze szpinakiem w sosie serowym pani grażynki. przedłużyłyśmy z aneczką umowę na mieszkanie, czytam sobie vigrinię i brakuje mi romy. maciek się nie odzywa, drugi maciek <nilf> ma b. fajną dziewczynę a ja mam paznokcie od stóp wymalowane na pomarańczowo. 

dziś znów przeprowadzka.

z amerem wiążą się ostatnio b.dobre wieści, ale nie wiem czy mogę zdradzać, więc tylko powiem, że dobrzej jest. więc znów: brawo jasiu!

a wiecie jak to jest obudzić się koło kogoś kochanego i usłyszeć w pierwszych słowach tak?: strasznie cię polubiłem, chłopie.

dawno nie czytałam horoskopu. chyba z tego wyrosłam.

hbo daje księżniczkę i żabę. nie potrafię przełączać kanałów na tym skomplikowanym hadetelewizorze.

 

cincin – już rozesłałam do banieczki everything everything :) poza tym ona gra jazz, a do muzyka radości.

 

polskie kino

Dodano 19 sierpnia 2011, w ., przez pszygody

pada i dobrze, bo duszność była nieznośna. wczoraj pojechałyśmy z siorką do ciocetczki krysi na spotkanie fasolkowe, w którym uczestniczyła też cioteczka danka. Ciocie zwyczajowo próbowały nas upić, alkohol lał się równym sikiem butelkowym z różnych źródełek, a to nalewki, a to wiśniówki, czysta i owocowe wino. do wyboru z otwartymi ramionami. nawet przy wstawaniu do toalety dostaje się polecenie „jedz, weź sobie na drogę”. a pyszne wszystko, że nawet przy bólu brzyszka trudno odmówić. na szczęście alkoholu tylko kapkę ja. dostałyśmy jeszcze do domu arbuza, ciasto drożdżowe i sałatkę. a ja jeszcze wyprawkę budapeszteńską w postaci żelu do mycia i ręczników, które na pewno spożytkuję. 

nocą oglądaliśmy fajny film o papieżycy joannie a potem było spanie do dziesiątej i pobudka zapachem jajecznicy z kuchni pani grażynki. 
tymczasem pjosenka:
Cours toujours – Pilöt
a od szynki taki utwór Everything Everything: Final Form.

wąsy rubensa

Dodano 18 sierpnia 2011, w ., przez pszygody

Kobiety w płaskich tyłkach roznoszą wdzięki po całym
ożywionym mieście. Kolejarze strajkują z determinacją, lato. Więc to tak
zapuszcza się bloga. Całkiem prosto. Nie chce mi się pisać, wybaczcie.  Za chwilę zaczynam szkołę, a nie wypoczęłam.
Cały czas przebywam u kogoś, ciągle nie u siebie. Męczy jak piernik. Wszyscy są
dla mnie cudownie mili, ale to zawsze nie u siebie. Nie można w spokoju beknąć,
pierdnąć i sapnąć. Nie można dbać o linię bo wszyscy dbają, żebym była
najedzona. Rozpieszczają, a po dwóch miesiącach takiego rozpieszczania trochę
mi ciężko. Np. dziś siostra podjęła mnie pączkami, gniazdkami z lukrem i
drożdżowkami, a jechałam tu z myślą, że nie jem już słodyczy oprócz w słodką
niedzielkę. Oblizuję usta z gorąca a tam smak kwaśnego jabłka, które znalazłam
w wielkim koszu z papierówkami u tomka.

kto odgadnie: co to za miasto?

Byliśmy nad morzem, ciągle nam padało wiało i ani razu nie
wyszło żeby nas grzać – pieprzone słońce. Timi się śmieje, że pierwszy raz w
życiu może powiedzieć, że mam blade nogi, a ja się nie przejmuję i chadzam
sobie w krótkich spodniach. Jeszcze nas czeka w te wakacje wesele i hollandia.
Ale to wszystko krótkie minutki, bo przez rok posiedzę z szyneczką w
budapeszcie. Ola boga, co ja tam będę robić?

para superbohaterów: superdżo i supertomo w piaskach pustyni,

tu natomiast: żar tropików na górze żar, wszyscy szczęśliwi po wdrapaniu się na samszczyt, miny zwycięzców. roztropność maluje się na zwysiłkowanych brwiach i podmęczonych nogach. 

 

Z dobrych wieści: amer dostał wizę i może wizytować europkę
wzdłuż i na boki jeszcze przez parę miesięcy. Brawo jasiu! Jogi babu!

Ze śmiesznych: tomek próbował nam udowodnić, że umie wypić
piwo w sekundę – oczywizm wszystko sobie rozlał, zapieniło mu się w buzi przy
otwieraniu gardła i była kupa śmiechu zwłaszcza, że mam to na filmie.

próbował też wmieścić całą zapiekankę do ust, tu uchwycony zaraz na początku próby. 

 

Ze smutnych: anas ciągle w więzieniu i alaa mówi, że ma tam
zostać jeszcze dwa miesiące. To mnie smuci jak nie wiem. A nie wiem.

 

Dzień na wariackich papierach. Siedzę z tomkiem w aucie
kilka godzin, jeździmy w prawo i lewo, wszystko niepotrzebnie. Wracamy się,
tomek zostawił portfel w chacie, znów jedziemy coś załatwiać, potem lekki
czilałt u cześków z plejstejszyn, potem znów zawierucha aż do obiadu, tomek
cały czas wisi na telefonie, albo telefon wisi mu w uchu, jedziemy, skręcamy,
jeżdżę jak worek kartofli i odzywa się mój miniaturowy pęcherz, i wkurwica, tu przepraszam za wyrażenie, ale oto i ona obok, rozwalona jak na obrazach rubensa kobieta z grubym cielskiem, sapie mi prosto w ucho. Siedzi, nadyma się i ropnieje. Mlaska w nas z pożeranych kebabów, zalewa swoim stęchłym wydechem. wariujemy od miąższu złości, które się w nas odkłada z każdym łykiem tlenu, poziom złości nie mieści się w głowach, parujemy więc uszami.  tomek
w końcu załatwia, że spotka się z kurierem w kaliszu, jedzie na szybkości, a gdy
jest już w kaliszu – tu wielka konsternacja i bluzgi przez telefen, bo oto zauważam, że zostawił portfel w mojej torbie. Wraca.. jedzie
znów.. masakra. Ciśnienie roście.

 

Wieczór:

Wspaniały! Jadę z siostrą, cześkiem, ewką, rafkiem i kasią
na gokarty i jest tak mega energetycznie, że stopy puchną! To co, że siedzę w
kominiarce w środku lata, że mam na to nałożony ciężki kask i jeszcze kołnierz
ochronny na kark.. ale jak się śmiga po torze i robi jeden z lepszych czasów w
ciągu dnia, to nic nie czuć, tylko trochę się nie da oddychać z zachwytu dla
mocy, która zamiata tyłkiem bolidu po wyślizganej powierzchni toru. Wpadam
w zakręt na pełnej i prawie zakręca mnie o 180stopni, bo nie umiem jeszcze
dobrze manewrować, rafek przez osiem okrążeń jeździ za mną i nie może
wyprzedzić, w końcu tak we mnie uderza na zakręcie, że wypadam z toru a on
triumfacko wyprzedza mnie w amoku. W gokartach nie ma lusterek wstecznych i nie
obrócisz się w kasku, nie widać kto za Tobą, na jednej tylko ze ścian pan z
flagami macha na niebiesko – uważaj, czai się za tobą krwiopijca, co spróbuje
wyprzedzić. nie jest źle jak na pierwszy raz. mam swoją kominiarkę i kartę stałego rejsingowca oraz kartotekę ze zdjęciem i pseudonimem.

Zapomniałam niestety
karty do aparatu, więc zdjęć ni ma. ale są inne:

  

trójka drombo na piaskach.

uwaga konkurs: dopisz słowa do obrazka powyżej. do wygraniawspaniały: szacun na dzielni.

 

i jeszcze etiuda o siostrze:

na lodach.. (w tle piękny ostrów i jego urokliwy rynek.)

w binoklach.. (w tle inne okazy)

i jako Miss Maseczki :) – ania zostaje zwycieżczynią, choć głosy można oddawać nadal za pomocą pasm radiowych i fal esemesów.

 

Potem noc. Lody, niezjedzone hamburgery kasi w ciąży, bo
pani z bombardini zrobiła aferę, że nie wolno innego jedzenia do nich
przynosić. Noc już u braci buraczków i ich rodziców, dostaję piękną świeżutką
pościel i wsiąkam w nią, gdzieś pod cykadelą paproci. Taki dzień.

muzyka prosto od banieczki:


http://www.rubensamama.com/pop/

Otagowane:  

impresja

Dodano 2 sierpnia 2011, w ., przez pszygody

Małgorzata ma świętą rację upominając mnie, żebym pisała bloga. Nic od dawna nie piszę, a przecież tyle się zmieniło, zdarzyło. Tyle się zdarzy. W tylu miejscach byłam od początku wakacji. Ale najpierw – gdzie jestem? w Pabianicach. co tu robię? – zachowuję się jak panna z arystokracji. Śpię nieprzyzwoicie długo – do 8.oo, wstaję, schodzę do restauracji na dole, na śniadanie. Kończę herbatą i ciastkiem z kremem. Wymykam się na górę do mojego secesyjnego pokoju i planuję rozrywki na cały dzień. poprawiam firanki i układam książki. Potem wychodzę na poszukiwanie poczty, przechadzam się po okolicznej galerii i kupuję prawie nic, bo niczego mi nie trzeba. Potem sobie rozmyślam, a jeszcze później jem obiad w restauracji obok, pstrąg w migdałach z ryżem i na deser w cukierni też obok (wszystko przy willi, w której mieszkam) szarlotka na ciepło z lodami, bitą śmietaną i malinami – i gdyby nie osy pewnie bym się nie wyrwała z tej idylli. 

całą drugą połowę lipca krążyłam między częstochową, ostrowem a gilowicami i krakowem. dziadek, którego trzymamy w domu opieki rozchorował się na dobre i niezbyt z nim.. trzeba było amputować nogę, stąd moje wizyty w ostrowie. strasznie jest musieć decydować o człowieku, który tak niewiele dla mnie znaczy. mimo pokrewieństwa. jestem przecież po części dzięki niemu na świecie. beznadziejna niewdziecznica ze mnie.
wizyty w ostrowie miały tę dobrą stronę, że mogłam się dzięki nim zobaczyć z cioteczkami i kochanymi kuzynkami. Pojechaliśmy też z tomkiem na konie. Właśnie, tomek! Z pewnością będzie okazja do częstszego wzmiankowania o tomku, bo mam zamiar często się z nim widywać, nawet w międzyczasie stypendium. 
ale jeszcze zanim, to tyle rzeczy.
spędziłam w gilowicach u szymeczków bardzo miły tydzień. z rozrywek najczęściej powtarzało się: zmywanie i parzenie esencji; najśmieszniej się sprzątało w kuchni przed wyjazdem, poniosła mnie fantazja i wyczyściłam dosłownie wszystko. ale największą atrakcją gilowic jest niewątpliwie możliwość poznawania przyjaciół gosi; tych z gimnazjum godojących po śląsku i tych dziedziczonych po bracie: barwnego wuja wojciecha i ślicznej cioci kamili. i oczywiście srebrne gody rodziców gosi, asi i pitka: słowem obżarstwo, tańce i pijaństwo -> kupa śmiechu i biedna gosia upomniana z ambony, że rozprasza księdza gadaniną. siedziałam na chórze i zaśmiewałam się w duchu czując, że to o niej mowa. tak tak, ania pokazywała jej oczko na udzie. jasne :)
potem spakowałam gosię do plecaka, pojechałyśmy we dwie do częstochowy na urodziny amera z pięknym elementarzem, który może przyda mu się przy nauce polskiego. amer otóż jest w polsce, mieszka sobie z marysią i ma się świetnie. wyprawił nam ognisko z kiełbaskami i opowiadał ciekawe historie z dzieciństwa. poznałyśmy też kolegę wojtusia: mateusza, który jest reżyserem o dumnym nazwisku: głowacki. jego to filmem zajmowali się obaj chłopcy, a na drugi dzień, gdy mateusz już sobie pojechał, wojtuś pokazał nam jego starszy nieco film, pt. ryszard. polecam. 
przerywnik muzyczny: 

 - standard muzyczny ‚my funny valentine’ w wykonaniu rimy khcheich.
etiuda była, jak słusznie zauważył wojtuś: z zamierzenia komedią, która przerodziła się w dosyć gorzki obraz. ale oglądało się to miękko. 
zwiedziłyśmy sobie z gosią drogę krzyżową dudy-gracza, którą plecam wszystkim niedowiarkom. duda-gracz namalował ją w rok, jest absolutnie najlepszą drogą krzyżową jaka istnieje i należy ją oglądać regularnie, zwłaszcza, że na jasnej górze w oryginale prezentowana jest za darmoszkę. a do tego daleko jej od pietyzmu, patyzmu, patosu i innych przymiotów na ‚p’. jest krytyczna i aż dziw chwyta w gardle, że księża to tam pozwolili zostawić. 
irytuje mnie nasza polska skłonność do uprzejmości poprzez zdrabnianie. jakbyśmy już nie umieli bez tego być uprzejmi. czy życzy sobie pani sprzątanko? pożyczysz mi kochaniutka długopisik? irytuje mnie dziś polskość, oprócz pani w kiosku ruchu, która bardzo mnie ucieszyła. równie jak mnie było jej przykro, że nie można w całych pabianicach znaleźć kartek pocztowych z pabnianicami. aż u niej kupiłam sudoku, żeby w ogóle coś. pierwsze dwa z najłatwiejszych oczywiście mi nie wyszły.
stresuje mnie wizja stypendium. dziś śniły mi się wszystkie figury kojarzone przeze mnie z hungarystyką krakowską. fus, obrałówna, gosia oczywiście i jeszcze parę osób, o których występowanie w moich snach bym sie nigdy nie podejrzewała. gosi za to śnią sie tornada. a orange znów mnie robi w konia i nie uruchamia dla mnie darmowych numerów, które po odczekaniu do nowego okresu rozliczeniowego powinny się były uaktywnić, a tymczasem zrobiły mnie w chu chu. stąd moje koszmarnie wysokie rachunki ostatniemi czasy.
czy nie za długo już nudzę?
porządki dzienne u szymeczków:
w rolach głównych rudy kocur i borys:
a tu:
asia, tata i gosia – o której pomyślałam, że nie musi tu byc ostra, skoro na żywo jest :) 
pitek i jego gumiprzyjaciel <Miś Harobo>; na koszulce dinozaur;
scierka, bardzo mnie rozbawiła.
siedzi ta królewska para.. i śpi :) <w drodze do krakowa>
tu inna królewska para na murze w częstochowie.
i najlepsza wystawa ever, zwróćcie uwagę na środkową kukłę; mistrzostfo.
a tu już ulica żeromskiego w pabianicach i cudowne zabytki architektury na tle kościoła piotra i pawła;
tu właśnie jestem. i tu mnie napadly osy i musiałam zwiewać.
od takiego widoku.
bjork znów żywa muzycznie. nowy album nazywa się biophilia i głównym dziwactwem, które ma uatrakcyjnić brzmienie będzie transformator tesli i harfa na korbkę, can’t wait; tymczasem demo: 


 - tułowy kawałek
Otagowane:  

  • RSS