ja salami! [czyli kolejny wielki post]

Dodano 30 kwietnia 2011, w ., przez pszygody

26. 04

Damaszek opustoszał. Jedziemy mikrobusem w dół do centrum, mijamy wzgórza o piaskowym kolorze, pełne schodkowo pobudowanych lepianek, nigdzie żadnego ruchu, jedynie taksówkarze prześcigają się główną drogą, tylko bez figlarnego pozdrawiania się trąbieniem. Trąbienie ma dziś złowrogi posmak. Zjeżdżamy. W mikrobusie jeszcze tylko jedna kobieta, zamotana w hidżab błyska bezgłośnie zębami przy odmawianej modlitwie. Kierowca wyrzuca nas z mikrobusu ledwo stając, wyskakujemy pośrodku jezdni, prawie pod autobus. Wchodzimy po schodach i w ciszy wspinamy się nad miasto. Marsz w ciszy. Grozę sytuacji rozwiewa mężczyzna, którego zauważam, gdy sobie leży na trawie w jedynym dostępnym cieniu, rzucanym przez wielką kulę z żelaza. Leży sobie z rękami pod głową i wygląda relaksująco. Oddycham przez chwilę spokojniej. Maszerujemy.

Wieczorem parzę herbatę. Wybierając między werbeną, miksturą na niespokojne jelita a miksturą na gazy i wzdęcia <wszystko, co poza czarną, dostępne u babci z długą twarzą> słyszę huk wystrzału, a potem wystrzał z dubeltówki. Ale może to ktoś złapał gumę, a potem coś znów strzeliło. Już sama nie wiem. Zaparzamy z marysią werbeny, uspokajająca.

Nie da się rozmawiać. Wszystkie myśli kierują się w jedną wąską uliczkę, która spycha nas w ogień walki. Znów zabici. Ale tym razem czołgi i zastraszanie niewinnych. Zajęli centrum miasta. Nie wiadomo ilu zabmordowali, nie można wejść po ciała. Tak wygląda Dara, tak wygląda Duma, tak w ‘82 wyglądała Hama.

Gdyby teraz była wojna, co byśmy zrobili? Trzeba wcześniej zgromadzić gdzieś jedzenie, wodę pitną, trzeba mieć gotówkę w stabilnej walucie, wymienić, nim zabraknie dolarów.

 Robimy z Marysią zapasy na wyjazd. Kilka pudełek chałwy, pasta z granatów, herbata z róży damasceńskiej. Ludzie kupują oliwę, konserwy, wodę butelkowaną, dziwne inne podstawowe rzeczy takie jak bób w ilościach ogromnych. Trzeba zastanowić się, gdzie uciekać. Wyłożyć schron dywanami, żeby było wygodniej.

Wojny dzisiaj wyglądają trochę inaczej. Jest internet, jutjub, fejsbuk, flikr, tłiter. Można się informować szybciej, częściej i dokładniej. Gorzej, jeśli ktoś odetnie internet, telefony. Wszystko wraca do wczesnych lat dwudziestych. Czołgi, broń maszynowa i żołnierze.

Trudno uwierzyć, że to już rok. Minęło tak prędko.

Każdy z nas prowadzi jakąś wojnę.

Nie da się rozmawiać. Nie przystoi za bardzo się śmiać. Rozluźnianie sytuacji przez strojenie sobie żartów z wojny też nie za bardzo, my głupie europejki możemy w każdej chwili wyjechać (dopóki nie zamkną lotnisk). Syryjczycy nie mogą. Muszą zostać. Dlatego nie sposób rozmawiać. Przynajmniej na początku przy każdym spotkaniu. Potem zawsze coś przełamuje sztywność i paranoję.

Kupujemy arabskie sudoku dla szynki i dla mnie, spotykamy w księgarni kubę, który rozpoznaje nas po fatalnych akcentach, jest z warszawy, po geografii i akurat zwiedza z aparatem syrię, jordan i właśnie wybiera się do dary, gdzie rozpoczęły się wszystkie protesty; odradzamy, ale kuba w ogóle się nie przejmuje, że tam strzelają i że nie wpuszczają nikogo do miasta. Chce też zwiedzić jordan, niestety najnowsze informacje mówią, że granice z jordanem ilibanem są zamknięte. Kuba więc albo jest odważny, albo głupi. Albo nie ma internetu i telewizora. Marysia daje mu numer telefonu do pani ambasadorki, żeby (jak znów wyląduje na policji) wiedział gdzie dzwonić. Ląduje tam często, bo chadza po damaszku z ogromnym aparatem, a tu na fotografowanie trzeba mieć pozwolenie. Zwłaszcza dzisiaj. I nie wolno pstrykać zdjęć panom policjantom, żołnierzom i zdjęciom asada (które wiszą wszędzie), co pewnie także jest prawem nieznanym kubie.

28. 04

Od dwóch dni nie mamy internetu, stres opadł, nie wiemy za bardzo co się dzieje, nie sprawdzamy wiadomości z frontu, pieczemy za to ciastka cytrynowe, a jeśli zabijamy w obronie własnej to tylko karaluchy.  Pierzemy też tylko ciuchy. Tłuczemy ciasto. Granaty jemy w postaci sosu do pomidorów i humusu.

Babcia wychodzi pierwszy raz od dawna do kogoś w gości, zapraszamy Amera na herbatę. Kiedy zostajemy we dwójkę, bo marysia na chwilę wychodzi, atmosfera tężeje, Amer pyta co mi jest, że jestem smutna. A nie umiem pohamować wzruszenia. Przecież oni tu zostają. Nagromadziło mi się we mnie za dużo i nie mam ochoty na żadne towarzystwo, a pechowo od wczoraj ciągle gdzieś bywamy. Najpierw obiad u Naszałatich, wszyscy rozmawiali po arabsku, tylko marysia czasem do mnie mówiła po polsku, na szczęście kot, deser owocowo-lodowyi internet pomogły przetrwać toczącą się nad moją głową dyskuję po arabsku o polityce.

Dziś ma być podobnie, kolacja u rodziców Ammury, a mnie się naprawdę nie chce iść. A nie bardzo jest jak odmówić.

Jednak poszłam, rodzice Ammury poczęstowali nas wszystkimi istniejącymi słodyczami arabskimi, m.in. znakomitym marcepanem z pistacjami, a dzień później smakowitością z sera i kaszy manny, sprawdziłam mejla, poznałam braci Amera i obejrzalam ich ogród, który latem rozdaje chłodek na boki. I Ammerowie mają zasadę, że przy jedzeniu nie rozmawiają o polityce, więc spokój.

30. 04

Wróciłyśmy z mariszką bezpiecznie do naszych domów, ona lotem do Warszawy, ja malevem do Budapesztu. Przedtem miałyśmy trochę turbulencji, podczas lotu w moim samolocie z węgierskim pilotem ostro telepało i aż raz myślałam, że nie tak i że w ogóle nie chcę jeszcze umierać.. ale doleciałam. A na lotnisku pan wstrętny kazal mariszce płacić za walizkę! A przecież miała tylko 4 bagaże podręczne, z czego jeden udawał, że jest ze mną. Potem się zamotałyśmy, bo było tak: 10 punktów do sprawdzania paszportów, 8 dla arabskopaszportowych, dwa dla całej reszty, i nieruchoma megakolejka i 40 minut do odlotu, po 20 minutach stania marysia zagadnęła jakiegoś urzędnika przechodzącego bokiem i załatwiła nam natychmiastowe sprawdzenie paszportów i przejście do bramek ostatecznych: i tu nastąpiły trzy fatalne punkty: 1) myślałysmy, że za bramką można się jeszcze spotkać <miałyśmy loty w inne strony ale ściany między pokojami poczekalnianymi były przezroczyste> więc po wejściu okazało się, że nie mamy jak się pożegnać :/ 2) i że marysia ma moją bransoletkę od ali, którą jej dałam przy ściąganiu bluzy:/ i jeszcze, że pomieszałyśmy paszporty! Ja wzięłam marysiny, marysia mój! Na szczęście jej zdrowe instynkty sprawdzania co trzyma w ręku zadziałały, albo pan się skapnął,który sprawdzał jej paszport przed wejściem i to nas uratowało..ach ciurzędnicy damasceńscy. no i dlatego, że loty były o tej samej porze, to wypuścili nas do autobusów stojących tuż obok siebie o tej samej porze i udało nam się wyściskać na pożegnanie.

Tak więc budapeszt znowu. Wczoraj zjadłyśmy pyszny obiad z szynką <pizza seven seasons>, rozdałam też szynce zaległe prezenty urodzinowe i dostałam przyspieszony prezent od rodziny szyneczek, wydaną w 86 roku książkę z biblioteki dziadków szymeczko: podróże guliwera z pięknymi ilustracjami ;>

Trzeba wracać do rzeczywistości. Jeszcze jakieś dwa tygodnie nauki w bp..

muzyka, proszę bardzo: 
http://voidhamlet.wrzuta.pl/audio/3rYy4J4jJdB/eva_cassidy_-_fields_of_gold

evka cassidy i cover stinga: fields of gold

i jeszcze kilka zdjęć:

ammura chowając się za łóżkiem przed babcią z długą twarzą i pifpafem:

srogi dunaj, bo wczoraj wszystko szło, biegło, płynęło i jechało, podczas gdy my z szynką stałyśmy:

a potem szynka siedziała:

a pan w tle czytał i dłubał sobie w bucie;

miły dzień!

 

Otagowane:  

wielki post..

Dodano 23 kwietnia 2011, w ., przez pszygody
..tylko u mnie, mimo że u chrześcijan już się skończył. <ta mariszka to ma jednak łeb.>
Beirut z jednej strony

Beirut z drugiej strony mojego mopsożelaznego piecyka.
Żeby nie było, że tu tylko wojna, oblężenie i pochłanianie migdałów w niebieskiej czekoladzie. byłyśmy wszak w libanie. liban to brat syrii. razem wiele przeszli.
Siedzimy sobie ostatnimi czasy grzecznie z marysią u babci, w towarzystwie generała co najwyżej. (generał to sympatyczna solniczka). Syryjczycy (dzięki embargo) mogą sobie kupić w specjalnych sklepach za grosze wszystkie najnowsze filmy produkcji amerykańskiej na dvd, korzystamy z tego skwapliwie. mają też w piekarniach pyszne babeczki z truskawkami i budyniem. kocham ten kraj. 
a tak moi drodzy wygląda baalbek, miasto w libanie, w którym znaleźliśmy nieziemskie pozostałości po świątyni neptuna, z basenami i widokami.. 
może mały bilans?:
wojen: prawie jedna
zjedzonych migdałów w cukrze: ze czternaście
tęsknień: z całkiem nowych: jedno, ze znanych: 2
przestrachów: 0,5
czytań: ostatnio wyborcza, aljazeera i bbc na przemian z arendt
planów na życie: miał być beirut, ale za drogi (uwierzcie mi), zostaje budapeszt, o ile się uda na stypendium. a jak nie to ciągle nie wiem. może pojadę za marysią? może wyjadę do tuluzy uczyć się francuskiego? w zasadzie, czemu nie?
na dowód, że nie jestem mistrzynią tylko najgorszych portretów, tu jeden znakomity:
moja hostka: 
<ps. droga szynko, problem koszuli rozwązany>
cd.bilansu:
otrzymanych smsów od mamy marysi: tylko dzisiaj jakieś 70, coś się dzieje z operatorem smsów syryjskich i dostaję te same po kilkadziesiąt razy, ammura tłumaczy, że syryjski operator nie wysyła raportów i to dlatego polski operator śle na umór.. litości.
intensyfikacja snów o tacie: im bliżej rocznicy tym więcej. 3 laps to go.
najlepsza rada ostatnich dni: znajdź sobie chłopaka. no dobra. tylko gdzie, w którym kraju? i gdzie ja znajdę chłopaka, który nie pije, nie pali, czyta ksiażki, słucha dobrej muzyki, jest piękny i odważny, umie rąbać drewno, jest rudy i jeszcze lubi gotować <bo ja nie lubię> i będzie ze mną jeździł konno gdzieś po angielskich trawach i jeszcze się we mnie zakocha? i i jeszcze będzie mu się chciało ze mną jeździć. takie rzeczy to tylko w innej erze chyba.
a może kogoś takiego? spokojnego, oddanego swojej pracy, określonego, doświadczonego, z gustowną czapeczką:
uwielbiam tego pana. i pewnie mu na imię ali.
pijemy z marysia morza herbaty. wypiłyśmy już czarne. myślimy. umieramy ze śmiechu. jemy. podjadamy. znów pijemy herbatę. 
myślę sobie jednak, że dużo razem wymyśliłysmy już dobrego. dobrze mieć kogoś do wspólnego rozkminiania. 
a to ja sama wymyśliłam, natchniona ścianą w beirucie:
nawet jest dobrze. albo dobrzej. 
nie ma się czym martwić.
ewka zrobiła mi zdjęcie, że mi widać oczy. nie mogę sie oprzeć. to tak rzadko się zdarza. 
poza tym wszystko dobrze. i wróciła marysia ze spaceru z ammurą, pewnie niesie truskawki.. pójdę sprawdzić..
miałam rację! :D
mam nadzieję, że i Wam ktoś niesie z miłością takie dary ^^ 
tego Wam życzę w te święta moi drodzy. dużo miłości i truskawek!
 

الحرب

Dodano 22 kwietnia 2011, w ., przez pszygody

tábori posta:

Marysia pod przykrywką żuru zaprosiła mnie na wojnę. Siedzimy w bunkrze, okopane prześcieradłami i majtkami suszącymi się na wietrze, na wieszak zasłużyła tylko moja licencyjna koszula. przyda się, in 
sza allah. 

wczoraj dostałam takie życzenia:
Miłych, wiosennych 
pięknych
świąt
Tobie Kasiu
i Twojej połówce
życzy ciocia Jola.

ech, czy ja już nie zasługuję na odrobinę wytchnienia? jak nie wojna to coś jeszcze gorszego.

Uderzyło mnie ostatnio zdanie u Arendt, że Żydzi umierali bez protestu; jedynie młodzi chcieli się buntować, czasem próbowali coś, jakoś, żeby nie leźć potulnie na śmierć, bo nie wiedzieli, że śmierć to nie jest najgorsza rzecz, jaka ich może spotkać. SS gruntownie im to później tłumaczyło. Czytanie takich rzeczy w meczecie Ummajadów, który jest wyludniały od strachu, hulającego z wiatrem od jednego wejścia do drugiego, sprawia, że człowiek zaczyna sobie wyobrażać straszliwe rzeczy.

Dziś Wielki Piątek. Muzułmanie chcą tego dnia w całym kraju zrobić po modlitwie protest przeciwko władzy. Jeszcze 42 minuty. Wczoraj pan prezydent Lew podpisał wreszcie ustawę znoszącą stan wojenny i zakaz gromadzenia się. Od dzisiaj można demonstrować. Szykuje się coś wielkiego. Marysia wczoraj nieśmiało zaproponowała, żebyśmy się może spakowały. Zasnęłam zanim zdążyłam się zastanowić 
nad tym. 

Babcia Żubran od rana próbuje wykurzyć z nas szatańskie zapędy do życia w chaosie nawet w święta. Sprzątamy z maryjką tylko na boki. to jest na szafy i krzesła, byle dalej od stolika. Potem nic nie możemy znaleźć. Babcia od rana zapodaje świętą muzykę: katolickie pienie z arabskim poszyciem. Bardzo okropiczne. Ledwo znoszę. Zakurzyła też cały dom kadzidłem, robi sobie w domu kościół. Próbowała też malować jajki*

<*Ammura słunie z tego, że uwielbia od nowo poznanych wyrazów tworzyć liczbę mnogą, stąd też: jajki (jajka, jajki) żółwki (żółw, żółwki) itd.> 

ale w braku cierpliwości wyszedł jej kolor raczej naturalny dla jajek. Teraz słyszymy przez nieszczelne ściany jak robi wydmuszki. Ma babcia Żubranko parę w płucach, trzeba jej oddać.

wczoraj spotkałam pierwszego w tym roku karalucha syryjskiego. był nieduży, w kolorze miodu i z długimi czułkami. wybiegł zza papieru, zawołałam spokojnie marję, marja popatrzyła, kazała mi go pilnować i poszła po pifpaf do babci. kilka chwil i pokurczony w niemym bólu spłukiwał się biedak z 
odpływem naszego klopa. 

babcia może i by chciała wyciągnąć do nas wielkanocną dłoń, ale zafarbowanie włosów na czarno to za mało, przydałby się drugi talerz ciastek. na razie trzymamy barykadę w postaci drzwi zamykanych na klucz. babcia wierzy w prezydenta. babcia jest w tej dziwnej chrześcijańskiej mniejszości w syrii, która należy do ludzi nietolerancyjnych, niemyślących i uwielbiających prezydenta. powie, że to kochany człowiek i czyni dobro, a źli muzułmanie robią jakieś bunty, i po co oni je robią? przecież tak dobrze żyło się w tym kraju..

byłyśmy u oli, która studiuje w anglii ale dostała nakaz pojazdu na rok do kraju arabskiego, wybrała syrię i poznała marysię. dzielnica w której mieszka jest okablowana pozewnątrz, zewsząd wyziera kurz  i zapach smażonych falafeli, ciasno, stromo i wszystko zastopowane w budowie, budynki niepodokańczane, wszystko kradzione, od prądu po ogrzewanie. kłęby kotów i brudnych dzieciaków. widoki za to niezłe, balkon oli wychodzi na stosy budynków, satelit i pofałdowanych składów mieszkalnych.
ola, kala i ewa wyjechały wczoraj. a my zostałyśmy na wojnę. nastroje są na razie dobre. zobaczymy. pogoda niespotykana, chłodno, wietrznie, chmurnie. 
 
co porabiacie? sprzątacie? gotujecie jaja na twardo? cokolwiek robicie, z kimkolwiek pieczecie baby, na cokolwiek macie ochotę -> życzę Wam spokojnych świąt, wielkiego piątku i jeszcze większej soboty. muszę już skończyć nadawanie relacji z pola walk, ponieważ marysia opowiada mi o kamczatce i czukotce. 

ps. banieczko, kiedy chcesz przyjechać do syrii? 
ps.2. rodzałam dwie pary skarpet. zostanę chyba świętą katarzyną. szukam tylko swojego słupa, na którym mogłabym spędzić czterdzieści lat. 


http://www.youtube.com/watch?v=CneRR_RQsNU
 - marcel chalife ‚rita’, pan z libanu, którego ostatnio słuchamy, nie wiem czy to dobra wersja, gdyż nie używamy youtuba bo zabiera za dużo transferu, sprawdźcie sobie :)

syryjskie lody doskonałe tego roku.
Otagowane:  

syrialiban

Dodano 20 kwietnia 2011, w ., przez pszygody

Przywiozłam Marysi do Damaszku Leffentyű, wzbudza ono zachwyty i stanowi intelektualną igraszkę dla towarzystwa. Babcia z długą twarzą zwariowała, zwyrodniała zazdrość o bliskość ludzi zaćmiewa jej mózg i czyni nieprzyjemną w obejściu. mimo szlachetnie oddanego nam przez babcię żubran talerza ciasteczek wyczuwamy obie z Marią jej jawną niechęć, a miny nie kryją zgorzknienia. mimo, że ciasteczka słodkie. nadziane paciajką daktylową.
święta te będą raczej inne niż wszystkie. mam plan odwieść marysię od zamiaru ugotowania żuru i upieczenia bab i mazurów. po co. jest tu tyle pyszności. może tort z truskawek i falafel? albo moja nowa ulubienica: hara uzba, czyli makaron z soczewicą w tamar hindi <czyli w sosie z daktyli hinduskich> i świeża kolendra, a do tego pieczone chrupiące chlebki. mm. kuchnia syryjska jest najlepszą na świecie. zdania nie zmienię. 
od pierwszych dni nie było lekko. spotkała mnie tajemnicza choroba, której etymologii upatrujemy w mutabbalu, który zjadłam na pierwszą kolację a była to jedyna rzecz, której marysia wtedy nie jadla. odchorowywałam pełne dwa dni. 
chodzimy i oglądamy. syria pachnie, ale dużo spokojniej niż latem. pogoda jest łagodniejsza. przeważnie bardzo przyjemna. ciepło-wiaterna.  można się ogrzać na słońcu, ochłodzić w cieniu. jadamy pysznie. co dzień jest słońce. czas mija nam leniwie. 
dostajemy z mariszką głupawek. wieczorem przed pojazdem do libanu prałyśmy sobie rzeczy, myłyśmy buty i pakowałyśmy. wstałysmy w wyśmienitych humorach, wszystko miałam mokre, musiałam zmienić plan na ubranie. nie wiem jak to robimy z mariszką, ale chichramy się od pierwszego zobaczenia do zaśnięcia. może to tutejszy klimat. 
a liban jest wyjątkowy.. zieleń, góry, malutkie banany, reklamy jak w europie, przy pełnym oriencie. ludzie umiarkowani, różni. bardziej syryjscy niż europejscy. więcej oznak chrześcijaństwa. również golizny. 
byliśmy w baalbak, a potem w beirucie. trwało to milimetry sekund, ale dało się wchłonąć trochę atmosfery. 
gdy patrzę na zdjęcia z wczoraj to robiłam średnio co 3 minuty jedno. całkiem więc sporo. ale marysia ma drogi internet więc nie będę nic wklejać. jak ktoś zapragnie, to zaproszę na slajdowisko.
syria jest inna. 
marysia śpi. wieje zimnawy wiatr. 
beirut niesamowity. 
jestem tak spokojna, że nie umiem przywołać emocji, żeby napisać coś bardziej interesująco. 
pozdro robaczki^^
 

ozimina

Dodano 13 kwietnia 2011, w ., przez pszygody

jest nam żal. smutno jest dzisiaj. szynka śpi na blacie koło mnie. ja piszę listy, jakieś dziwnie urzędowe. wszędzie dookoła impreza, dni akademika. sypią się szyby, grają gitary. nawet warszawa. pierogi. lody i zakupy bez efektów. jutro test o 6.30 rano. robi się gorąco z czasem. za 29 godzin będę w syrii. o ile mnie wpuszczą. 

zrobiłam się na patricię petibon. tylko kolor ten sam.
marzniemy. pada. a lało dziś. trzeba wierzyć yr.no.
opuściłyśmy zajęcia. 
dużo tego.
za to śniadanie było dobre. deser i obiad. nawet też rozwiązałam sudoku, kilka sekund po szynce. wszystko w zasadzie dzisiaj było dobre, tylko nie nasze nastroje. 
jakby jesień wiosny.
poezja nas nie dotyka.
jeszcze obejrzałyśmy taki obraz: 

bo today it’s not my party. jak u diamond rings.
warszawa ciągle gra w kuchni.
Otagowane:  

impromptu

Dodano 12 kwietnia 2011, w ., przez pszygody

bycie blogerką jest niebezpieczne.

łatwo zrazić do siebie wszystkich bliskich (towarzyska śmierć).
można za pisanie bloga pójść siedzieć na parę lat (vide egipt), jeśli wybrało się tematykę, która akurat drażni rząd. 
można dostać po głowie; 
marnuje się tematy do rozmów, bo rozmówcy już wszystko o tobie wiedzą, czytali. jeśli szczegółowo opisujesz co ci się wydarza, albo o czym pomyślałaś. możesz się potem wydawać ludziom nudniejsza, bo jakoś tak zwarciej piszesz i błyskotliwiej, a w rozmowie czegoś brak. literek. kropek. 
wtorek. dwa intensywne dni. skończyły mi się płatki (prawie jaśki czekoladowe). puder i czyste majtki. dlatego wczorajsze pranie.
 
wracam do pianin. wcześniej philip glass, dzisiaj hiromi uehara, keiko matsui valamint satie. w drugiej klasie pianina dostałam pod choinkę płytę z jakimiś impromptu schuberta. taki dziadek, satie zresztą też, a tak piękną mają przewagę.
żyjemy w niezwykłych czasach. tu fukushima, tam lady gaga, beiber. a i tak z trojga złego najstresuje mnie dziś estoński. już od wczoraj.
a tak! byliśmy na pendereckim! i w zasadzie nie wiem co powiedzieć. nie było mnie przy tym, choć niby tak. mupa jak zwykle ładna. bilety po 500f (7,50zł), miejsca wypadły w szóstym rzędzie, penderecki podskakiwał mimo osiemdziesiątki, ale na czas koncertu zsadził ją z karku i włożył do teczki, odesłał. nie jestem fanem jego muzyki. ani w ogóle klasycznej w większości, jak się okazało.
estoński. 
będzie dziś wracał jak skalpel nad niedociętą kończynę.
jest w akademiku jakiś zbłąkany samobójca, żali się na forum, szuka ratunku. boję się co rano, że biegnąc natknę się na jego wkleszczone w glebę ciało, gdzieś obok chodnika. czemu samobójcy wybierają bolesną śmierć? a może upadanie z dziesiątego piętra nie boli? mnie by nie przekonało nic do skoczenia. przecież to się może skończyć kalectwem. 
czego by wam brakowało, gdybyście od roku nie mieszkali w swoim rodzinnym kraju? marysia poprosiła o dwa pudełka serków hochland w trójkątach. się robi!
keiko matsui forever forever: troche tandetny pop, ale jaki ładny.
Otagowane:  

klik klik

Dodano 11 kwietnia 2011, w ., przez pszygody

dobrze jest!

mam wizę! fizycznie jest obok mnie w szuufladzie!
mam zaliczony cały poprzedni semestr (nie muszę tracić czasu na żadne poprawki!:)
piszę i piję smakowitą herbatę!
u szynki równie dobrze, a nawet lepiej, wymiata mała glista :)
i mam nowych 6 par skarpetek! wyczyszczone buty co lśnią niemal i nowe wkładki!
takich dni tylko więcej!
taki pan o miłym głosie w nagrodę za piękny poniedziałek, andrew bird i jego ‚take courage’ :)
Otagowane:  

yhm

Dodano 10 kwietnia 2011, w ., przez pszygody

nie jest dobrze, nie jest dobrze. miód ma konsystencję bardziej płynną niż herbata. nie scukrza się, długopisy wypadają mi z rąk. zęby stają w gardle. noc się nie umywa. wieszaki się rozpruwają. stacja bezczelna. parówka krojona w talarki, doskonała przystawka. 

wiza już tuż.
do czwartku kilka chwil.
truskawki rosną dla mnie w ciepełku. 
piosenka.
philip glass i the hours.
jeszcze się przeciskam przez kwaśne bity, ale to chyba za mocne na wasze delikatesowe uszy. 
chociaż nie, jest wystarczająco dobre: 

moa pillar: water lily; prosto od tomka, mjuzik setera, od którego znam magiską.

Otagowane:  

betonowe boisko do brydża

Dodano 7 kwietnia 2011, w ., przez pszygody

Kilka nowych siniaków, szynki połamane, załatane potem palce, duże kciuki u stóp wyzierające z sandałów, poplątania i popieprzenia. oglądanie zakazanych filmów, podsłuchiwanie przeszłości dwójnasób, sto nowych siwych włosów każdej chwili, ucieczka w bezpieczne oddrapywanie ścian z żalu, tuptanie w miejscu, zagrzewanie się do wytrzymania, ucieczki, startu, upuszczone korki od butelek, wygazowana woda, smutek.  łyk czystej wody i ogórkowy dezodorant pod pachy, kolorowe paznokcie już wyszły z mody, bo są zbyt modne, tak samo dwie różne skarpetki; jeszcze niedostarczalna wiza, zagubiona w nonsensie. jeszcze bezgłowa i wysmakowana świnia w krowi wzór. nadszedł już czas. trzeba iść spać. 

 

natura

Dodano 5 kwietnia 2011, w ., przez pszygody

Poszukiwany:

wzrost: ok. 179/180
kolor oczu: ładny, może być zielony, rudy, głęboki niebieski
włosy: preferowane rude, mogą być blond
sylweta: szczupła
rysy twarzy: regularne
budowa ciała: umięśnione
nos: prosty, ew. szlachetnie zagięty (jak u chopina)
usposobienie: wesołe
cecha dominująca: wybitne poczucie humoru (symptom inteligencji, za jednym zamachem) <preferowany styl: angielski>
pozostałe cechy: łatwowierny, kurtuazyjny, samodzielny, samowystarczalny, niełatwopalny, odporny jak teflon na zarysowania, nienadmiernie ambitny, zdystansowany
traktowane jako atut: piegi, pieprzyki, zadbane paznokcie, brak łysinki, oznak łysienia, 
zainteresowania: sport, gotowanie, witraże, wycinanie wzorków z warzyw, taniec, łyżwiarstwo figurowe na łyżwach, hokej po pokoju;
wymagane: umiejętność rąbania drewna, znajomość kamasutry, robienia na drutach, prawo jazdy kat.b, paszport czynny całą dobę, gotujący, znający języki obce, w posiadaniu stadniny konnej, tolerancyjny, obieżyświat, coś jak włóczykij z muminków; w posiadaniu domu gdzieś na krańcach ludzkiego wzroku, ale na tyle w jego zasięgu, żeby robić wrażenie; broń boże poeta; bez kompleksów;
UWAGA! odnalezionego należy przyprowadzić na mój popkulturowy, łatwo dostępny adres, dla znalazcy słona nagroda;
a Ty jakiego lokaja sobie szukasz?
powrót do korzeni, tego mi trzeba jak nigdy: 

naturalnie bjork i ‚nattura’
Otagowane:  

  • RSS