tesco peppermint tea

Dodano 28 lutego 2011, w ., przez pszygody

Im bardziej się musimy uczyć, tym milsze wieczory spędzamy ostatnio z Szynką. Wczoraj dla przykładu o 22 miało się odbyć spotkanie wysokich lotów filmowych, zaproszono nas indywidualnie na oglądanie filmu z początku lat 8o’tych, był mianowicie ‘tron’ i śmiechu znów co dusza napłacze, czyli dużo. A chłopaki się postarały nawet o wypasioną salę z rzutnikiem na całą ścianę, my zaś przyniosłyśmy zwyczajowo popkorn.

A potem, czyli dziś spotkałyśmy się z dzieckiem zła, które marzy o tym, żeby zostać prawdziwą zimną suką.. ale była tak miła, że nie wróżę jej stuprocentowego powodzenia. i było najlepiej! Pokazała nam piękne peszteńskie parki nocą, z których rozciągał się zapierający dech w nozdrzach i wrzask w powiekach widok, poprowadziła miłym spacerem przez pół miasta. Zabrała na pyszne ciastka do takiej nonstopowej oldskulowej wyjadalni, gdzie pani brakowało tylko peerelowskiego czepka na głowie i by było, i jeszcze wzięła na film do kina, które, ku mojemu zadziwieniu <przypadkiem weszłam tam też do pomieszczenia tylko dla personelu> składało się z jednej sali wyświetlającej; a film był o trzydzieści poziomów lepszy niż wszystkie, które ostatnio widziałam, z marnym ‘czarnym łabędziem’ łącznie. <który btw. dostał oskara, tzn. natali dostała, ale chyba jeszcze za rolę w leonie zawodowcu, bo w łabędziu nic ciekawego nie pokazała..> Nazywał się „razem” i wszystkim polecam, którzy chcą się przestawić na tory miłości, pokoju i ekscytujących orgazmów. Rzecz dobra w ryj, jak to się kiedyś mawiało.

 I Agata z Fusem wkońcu rzeczywiście się przeniosą jutro poza akademik, jak to będzie? Te samotne poranki, kawa już nie będzie taka sama, wieczory w bufecie już nie będą takie jak bywały, nic już nie będzie takie samo..

Ale jest dobrze. To już ostatni dzień tego miesiąca. To luty moi drodzy wyciąga buty, to znaczy wyciąga kopyta i już leży plecem do dołu, skrobie się po przestarzałej brodzie, odrywa strupki z oczu i wydziabuje sobie z nogi widelec, co go tam upchnął żeby nie czuć, że znika. A znika.. jeszcze 23 godziny i 2 minut. I nigdy go więcej nie będzie.

 

A teraz już tylko 6 godzin i 12 minut, w przeciągu siedemnastu godzin narobiła się taka kicha, że zajadamy to wszystko ciastkami z czekoladą i ledwo się nie rozpłakujemy w rękawy. Kupiłam sobie przed chwilą zeszyt z napisem: without pooh, the adventure would be impossible.

Popijam miętę.

Cieszę się, że ten dzień niedługo się skończy. Nienawidzę go z całego serca.

a juz jutro marzec..

 uspokajająca El Perro Del Mar i „Change of Heart 

  od Obrałówny

Otagowane:  

głupawka i kawka zamiast się uczyć

Dodano 25 lutego 2011, w ., przez pszygody
tak oto wygląda budapeszt naprawdę:

a szynka zalewając sobie kawę rozlała pół mleka i jeszcze zrobiła sobie menisk wypukły..
najlepsze, że mleczny kształt ulożył się w fajnego ziomka w kapturze/hełmofonie i rękami w kieszeniach ^^
 

l’aube

Dodano 25 lutego 2011, w ., przez pszygody


http://www.youtube.com/watch?v=myF6ufsV2mI
 - anouar brahem – l’aube

znalazlam gdzieś w poplątanych wspomnieniach z dysku. razem ze zdjęciami, z długością włosów, o którą bym się nie podejrzewała w dojrzałym wieku. 
dziś jeszcze o piątej będzie widno. wymyślę sobie życie od początku już za 3 dni. minie luty i będzie bardziej w tę strone:
 mam to na dysku pod taką nazwą (dlatego wrzuciłam na wrzutę w tej wersji, bo mi się podoba najbardziej), ale znalazłam, że oryginalnie nazywa się: ‚wala kif’ i śpiewa oczywiście fairuz..
jeszcze tylko o nocy, że nie mogłam spać, potem przyszła koło 3 dóri, pijana, więc zaczęła się głośno tłuc, kaszleć, smarkać, gotować coś w mikrofali, oglądać serial, stukać w nasze łóżko komputerem, głową, nogami, palić światło, masakra. z tego wszystkiego miałam niespokojną resztę nocy.. pamiętam wyraźnie fragment snu.. idę przez jakiś plac, osiedle.. czuję czyjąś sprzyjającą obecność obok, patrze w lewo, a na ziemi siedzi jasny kot. ale nie cały, nie ma głowy i części tłowia, a reszta, która siedzi we właściwej dla kotów pozycji – jest pocięta, równo, mniej więcej co 5 centymetrów jest poziome cięcie, części leżą prawie idealnie na sobie, w kociej pozycji, a za tą pociętą kocią masakrą leży równo ułożony nóz i oznacza: tym nożem ten kot został pocięty, nic nie możesz zrobić. patrząc na nóż widzę i czuję cierpienie kota, strach. ogarnia mnie złość, niemoc, wściekłość, zaczynam krzyczeć i nie mogę wydobyć takiego głosu jaki chcę, nie potrafię głośno wrzeszczeć, wystarczająco wyrazić złości. 
według dawnych wierzeń kot mógł oznaczać kobietę, czułość, intuicję.
martwi mnie ten sen.
Otagowane:  

myślami czy ciałem?

Dodano 24 lutego 2011, w ., przez pszygody

Kończy się luty. Kupiłam dziś sobie śliczne jo-jo w biedronkę i nawet kilka razy udało mi się ‚odbić’. 

Wczoraj złamałam swoje przysiągnięcie, że nie będę pić, dwa frycse poszły na szybciutko! i nawet dobrze, w końcu przestałam myśleć o tym durnym miesiącu jako o durnym i nawet trochę potańczyłam.. mimo, że strój miałam mocno niewyjściowy, trampki, getry, długa koszula w kolorze brzoskwini i jakaś marynarka, chociaż jak tak na to patrzę teraz z boku to nawet nowocześnie. na pewno w porównaniu z węgierkami, które miały na sobie nic w panterkę, albo prawie nic w panterkę, albo topiczki <na swoich dość masywnych ciaałach> które zakrywały ewentualnie piersi i czasami pępek. czasami też majtki. 
to trochę smutne, że wypiłam alkohol, bo teraz nie mogę przesadnie narzekać na pijących do bólu wegrów, i polaków. moglibyśmy wszyscy przestać. 
słodycze jem, trudno.
o ludziach mówię źle, i pozwalam na siebie działać różnym ludzkim wpływom, z tym że nie zawsze złym, a raczej dobrym. 
dużo się uczymy. szynka ma katar w jednej dziurce.
ciocia krysia napisała mi w mejlu, że mi chyba budapeszt nie służy. 
dowiedziałam się ostatnio, że chłopak, która śpiewa: ‚is it real’ to ten sam scott matthew
<tu na szybkości jego white horse: 

>
(jego magiczny głos), którego ‚between the bars’ niedawno wrzuciłam na bloga i którą to piosenkę scott śpiewa z holly mirandą, dziewczyną o nieprawdopodobnym głosie, dziś jej: 
slow burning treasor:
jak głęboko możemy się zapuścić w podglądanie innych? teoria literatury od jakiegoś czasu baczniej przygląda się przyglądaniu, tzw. ‚gaze’ miało przez chwilę stanowić tło tematyczne mojego licencjatu.
dokąd mogę kogoś podglądać? czy to, że wiem jak się nazywa i to, że ten ktoś posiada konto na fejsbuku daje mi pozwolenie? mam znajomych, którzy hobbistycznie oglądają znajomych swoich znajomych, i ich znajomych. albo oglądają profil świeżo poznanej osoby i jej partnera i ich szkoły, zainteresowania.
fejsbuk daje niezdrowe możliwości. i pozwala istnieć relacjom, które kiedyś szybko by sczezły. to chyba niedobrze. sama zmieniłam nazwisko na fb. żeby byłe moich byłych nie mogły mnie łatwo znaleźć. ale to chyba nic nie daje. 
wiemy jakim kto się papierem podciera, a nie rozmawiamy o złamanych duszach, pękniętych żyłach, sinych płucach i przemarzniętych stopach. ani o umieraniu. nie wiemy nic o sobie. chociaż wszyscy paplemy. fisz ma rację. 
na szczęście z szynką nam się udaje przełamać tę kichę. uwielbiam, gdy zasypiamy i ze zmęczenia rozpoczyna się szeptany wylew wrażeń, wspomnień, a potem są chichoty w poduszkę i posklejane powieki od mroku i pajęczyn.
mamy z szynką taką bliskość, że nie dość, że dostałam zaproszenie od jej mamy na święta wielkanocne, to nawet włączają nam się różne stany emocjonalne w podobnych momentach. choćby ten cały luty i ładunek emocji, który mu się ciągnie u dupy, jak żebrakowi sznurek do związywania drelichowych porów w pasie. 
jestem ostatnio całkiem wulgarna.
zapraszała mnie także cioteczka krysia, niestety nie spędzę świąt u niej ani w gilowicach, chociaż bardzo mi oba te pomysł pochlebiają i podobają się. mam już bilet do marysi, stęskniłam się za damasceńskimi karaluchami, przecież są to karaluchy z tradycją. poza tym pierwszy raz zjem wielkanocne śniadanie przy śpiewie muezina :) 
tylko tego nie lubię w podróżowaniu; że gdzieś zawsze kogoś zostawiam na czas wyjazdu. albo, że muszę wybierać między kilkoma równie atrakcyjnymi kierunkami.
szynka z ostatniej chwili:
dobrze, że mamy przewód pokarmowy, nie? inaczej trzeba by było jeść siedząc na wiaderkach. ble! i tak by od razu wszystko z nas wypadało!
wczoraj na imprezie poszłyśmy do łazienki i jedna węgierka usłyszała, jak opowiadamy sobie <szynka w kibelku, ja przed drzwiami do> wrażenia i opis jakiegoś chłopaka: „fuuuj, bleee, ueeeehhh”. na co węgierka : czy ona wymiotuje?? – nie, wszystko z nią w porządku. – jasne, wiem jak to jest. – nie dała za wygraną, więc zaczęłyśmy tlumaczyć, że to taki żart i że naprawdę nikt nie wymiotuje. uwierzyła dopiero, gdy sama weszła do kibelka i nie znalazła śladów na potwierdzenie swojej teorii.
prawie rok mija. 
ciocia mówi, że budapeszt źle na mnie działa. ale czy to budapeszt na pewno? może to dobór lektur i filmów? i muzyki, zawsze smutnej?
bilans:
-zlamanych postanowień noworocznych: 4
-zjedzonych wczoraj paczek poopkornu z szynką: 2 <tzn.solonych tylko w towarzystwie konsumującej syznki>
-uniknięć estońskiego: 2 <pierwszym razem <tj.tydzień temu> –myslałyśmy, że nie ma zajęć, a były, a dziś przyszłyśmy powiedzieć reet, że nie pasuje nam termin, zatem zaczynamy w przyszły wtorek;
-spotkanych silardów: 1, dziś na uniwerku;
-wypitych herbat: 4 <jest siedemnasta, do wieczora jeszcze kilka pewnie się zdarzy>
-dziwnych stanów ducha: 3,
-szynek w pobliżu, co uspokajają i głaszczą po głowie wtedy kiedy trzeba: 1, ale nie ilośc się liczy.
a to zdjęcie m.in. przysłała mi ciocia krysia i je lubię za minę siostry <która patrzy prosto w obiektyw> i za filozoficzną pozycję cioci:
lubię je. zdaje się, że dokładnie w momencie, w którym to zdjęcie naprawdę jest – mnie nie ma.
podglądacie mnie czytając tego bloga? czy to ja wam się narzucająco pokazuję, pisząc?
Otagowane:  

10:29

Dodano 22 lutego 2011, w ., przez pszygody

luty to jest taki miesiąc, w którym bardzo łatwo nie wytrzymać i gdzieś cos do kogos nieodpowiednio powiedzieć/napisać/wysłać. trudne to są dni.

nostalgiczne, stresujące, rozleniwione, smutne, parszywe, smutne już mówiłam? jeszcze się zbieram po tym wszystkim co przedwczoraj. po wiadomości o Hani. kochana gosia opowiadała mi wczoraj w autobusie bajkę o dwóch dziewczynkach, które żyły w dzikiej krainie zwanej węgry. rozweseliła na jakiś czas. potem obejrzałyśmy film, który poleciła mi moja siostra „blue valentine” z rajanem goslingiem i strasznie się rozryczałam na koniec. też sie czuję jak w tej patowej sytuacji w filmie. luty to na szczęście najkrótszy miesiąc roku, Bóg jest wielki i przewidział, że dłużej nikt by go nie zniósł. nienawidzę lutego. nienawidzę bissextilis i jeszcze tego, że zajęcia zaczną nam się tak naprawdę dopiero trzeciego marca.
Ale tak naprawdę nie jest źle. Tylko nocą myśli uciekają w różne strony. Ostatnio nauczyłam się zasypiać przy zapalonym świetle, i ściągać piosenki z youtuba i potem konwertować z flv na mp3.a w sklepie obok elte znalazłam jaśki – takie płatki z nadzieniem toffi w środku; strasznie słodkie, robi się mdło.
gosia sobie wlaśnie zrobiła kanapki w kształt twarzy z uśmiechem.
bolą mnie uszy od słuchawek. 
uwielbiam louisa armstronga za ten kawałek do casablanki: 

poza tym jakie to fantastyczne, że można mieć w jednym pokoju szynkę, armstronga, holiday i sinatrę. mówcie co chcecie, ale urodziliśmy się w najlepszych muzycznie czasach. mamy dostęp do każdej muzyki. starej i nowej, i możemy jej słuchać w byle klopie w niesamowitej jakości. każdy koncert możemy nagrać i odtworzyć. np koncert queen z budapesztu z ’86, przecież ja wtedy ledwo byłam.
i jeszcze sting.
Otagowane:  

Dodano 21 lutego 2011, w ., przez pszygody

Kochana Haniu, 
wiem, że widzisz i czytasz. Że się z nas, ze mnie śmiejesz, jak tak tu podduszam się groszkami łez, które stają w gardle. Jak nieudolnie próbuję odmawiać sobie czekolady ze smutku i przełykam gorzką herbatę, żeby uświęcić tę smutną chwilę. Wiem, że patrzysz i pewnie ci smutno z tego wszystkiego, że nie możesz mnie przytulić. Pogadać sobie o tym wszystkim ze mną. Powiedzieć co czułaś, co czujesz. 
Może akurat do mnie przyleciałaś i stoisz nade mną, albo obok mnie, tu przy biurku, gdy chlipię i nie trafiam od łez w dobre literki. I może to Ty podtykasz mi teraz słowa, żeby w końcu coś dobrze zabrzmiało?
I czy będziesz mi mieć za złe, że nie przyjadę z budapesztu do szklarskiej?
Przerażają mnie pogrzeby. Byłam na zbyt wielu. Zbyt blisko. Zbyt jako główna zainteresowana. Pogrzeby nie są dla zmarłych. Tylko dla najbliższych.
Myślę sobie, że masz miłe towarzystwo, tam gdzie teraz jesteś.
Olga mówi, że czułaś między sobą a mną duchowe połączenie. Wiem dobrze o tym Haneczko. Też je czułam a teraz czuję jeszcze silniej. I nie wiem co mam z nim zrobić. Co się robi z przyjaźnią, która się nigdy nie narodziła, bo obie czegoś nie dopilnowałyśmy, odłożyłyśmy to na później, którego nie będzie?
Jak tu wierzyć w Boga?
Jak w niego nie wierzyć?
Marnujemy czas.
Wstyd mi, że żyjemy, kiedy lepsi od nas umierają. 
i gdzie my tak wszyscy biegniemy? po co chcemy, żeby czas szybciej minął? 
mnie się coraz mniej spieszy. 
nie z-noszę zegarków, na wszelki wypadek. 
nie mam dziś dokąd wyjść.
na dworze mróz.
będzie jay jay johanson: i ‚far away’: 

 <ukradnięte szynce>
i avishai cohen i ‚remembering’ <inspirowane banią> 

i jeszcze..
Otagowane:  

w pogoni za utraconym słońcem

Dodano 20 lutego 2011, w ., przez pszygody
Węgierski zestaw imprezowy: zagrycha, popita, sznur..

cóż tu tłumaczyć:
sztuka sakralna:
Matka Joanna od Aniołów w ciszy <csendes>:
widzenie świętej Małgorzaty:
metamorfozy jak u owidiusza:
lubię to zdjęcie <w drodze na wyspę małgorzaty, roboty drogowe na rzece>
a tu seria laurek od gosi:
co ja bym bez niej zrobiła?
;*
oh land i white nights:
Otagowane:  

poranne ropogós muzli, a wczoraj to nawet draże w czekoladzie..

Dodano 20 lutego 2011, w ., przez pszygody

wypisałam się, skończył mi się wkład i naboje. poszłam dzisiaj z szynkami potrzeć piórko anonimowego poety. poprzednim razem  starczyło weny na pół roku, nawet pomogło napisać licencjat. więc i teraz się dowenowałam. oby pomogło. nasza nowa pokojowa węgierka śpiewa w chórze i pożyczyła gitarę i właśnie śpiewamy jakieś oldskule avril lavigne :)

Proszę Państwa, nowa płyta radiohead. cóż mogę powiedzieć oprócz tego, że fantastycznie, skoro kocham toma jorka, a oczywiście kawałek promujący płytę idzie w stronę bitowości, która mi ostatnio podchodzi. wszystko uregulowane wyrazistością stylu już dobrze mi znanego. krytyka narzeka, że nie ma wytyczania trędów.. po co radykalnie zmieniać coś, co jest tak dobre? proszę Państwa:  lotus flower: 



dawno nie było żadnych podsumowań:
- akurat słuchane: beirut: st.apollonia 
- aktualnie szynek w naszym pokoju w akademiku: już tylko jedna, asia pojechała rano, jak jeszcze spałam
- śniło mi się, że mam dredy i zrobił mi je krecik, mój kolega z gimnazjum. ciekawe co u niego :)
- słowo tygodnia: spierdziówa <by szynka>
- miejsce miesiąca: kawiarnia nad księgarnią z panem co gra na pianinie na żywo i gdzie czekolada na gorąco jest rzadka, ale za to klasycznie odpowiednio niesłodka
- wyszło słońce
- marzną mi stopy nocami
- piosenka na wyrażenie nastroju: oh land – wolf & I
 

 - tylko dlatego jeszcze trzymam fejsbuka, że czasem ktoś <tu monia> wrzuci coś takiego właśnie..
cośtam myślę sobie, może za dużo. 
mój gmail, gdy chcę wysłać nocą mejla, daje mi 60 sekund i zadania matematyczne do rozwiązania, ledwo ostatnio rozwiązałam..
ee..
Otagowane:  
życie to przeciez pestka z masłem.

Coraz więcej rzeczy trzymam w porządku. coś się ze mną dzieje dziwnego. rutynnieję. nasz miodzik w słoiku po śledziach po góralsku, stare notatki, wzruszające fragmenty z ostatnich dni na wichury, macadi nahhas i judith butler. co te wszystkie rzeczy łączy? a do tego przykleiły nam się dwa pieniążki do biurka, to chyba też na miodzik.

chodzą po mnie pytania, jak stare wieszaki, grożą wykrzywionymi trzonkami, i skwierczą:
czy chan chan rzeczywiście kiedykolwiek było nasze?
czy rzeczywiście trzeba się było śmiać w tragicznych momentach?
czy trzeba było zajmować się feminizmem?
i co z tą płcią performatywną?
dlaczego nowa herbata o smaku wiśni jest mętna i jakby jakaś z lekka post-kisielowa?
dlaczego kramar się do mnie nie odzywa?
co z tą polską?
i dlaczego włącza mi się ‚anyone else but you’ w najgorszej wersji?

szynka przyszła usiąść obok, do naszego biurka-życia (tu jemy, śmiejemy sie, uczymy i czytamy, i blogujemy, i fejsbukujemy i co tylko) – przyszła w tej swojej śmiesznej piżamce: w za dużych, w kropki czerwonych porach związanych nad pępkiem dość mocno sznurkiem, w czerwonej bluzce innego odcieniu z napisem: small but dengerous i rysunkiem walecznej muchy – rzekomy prezent od jej kuzynki, z ręcznikiem na karku i szczoteczką w buzi i mówi: aeee miiyyyy byyyuu iiisssiaj geej. – jaki gej? – pytam. -ggieeej – mówi przez pianę i wybałusza znacząco ślepia. – a dzień! z Tobą zawsze jest miły dzień droga szynko :)

dostałam właśnie reprymendę, że włażę na górną półkę. a specjalnie się z niej sprzątnęłam, tzn. pod lustrem nad zlewem, próbuję się utrzymać w ryzach połowy półki, ale ciężko jest.

a niedawno gosia pokazała mi ‚once’, taki film trochę andergrandowy i teraz z niego muzyka:

http://www.youtube.com/watch?v=VBLDP0Etp3Y
 markety irglovej i glena hasarda: if you want me;

i jeszcze się teraz szynka oturbaniła w ręcznik.

nastąpiła też w naszym życiu pewna regularna kinowość, nie tyle chodzi o filmy, bo dobór tychże jest tragiczny <antychryst – von triera, a potem lustra 2 – nawet nie wiem czyje> ale uczęszczamy dla komentarzy i specyficznego śmiechu jednego z gospodarzy. kosztuje niewiele, bo popkorn albo ciastka, które śmiało można zastępować jabłkami. a w końcu są jacyś węgrzyni z poczuciem wyrazistym czym też jest śmiech.

i jeszcze zespół, którego szukałam długo a wybawił mnie brat szyny: warpaint w piosence undertow:


a tego podobno nie polubiłam za pierwszym przesłuchaniem.. no lata lecą, ucho się psuje, marnieję; glen hansard solo:


 i say it to me now.

film (once) kończy się koszmarnie. bardzo prawdziwie. dodatkowo realistyczność nieoświetlonych sztucznie zdjęć, okropność miejsc, w których mieszkają bohaterowie, przygnębiająće okoliczności, życie i obowiązki. trochę spełniania marzeń.
jadąc dziś autobusem myślałam sobie, że tak właśnie trzeba, szybko (bo im szybciej tym lepiej) upewnić się w sobie, że nic mnie więcej nie czeka poza regularną pracą i może jeszcze jakąś małą stabilizacją, szału nie będzie. radości pewno też za dużo.

dobrze, że jest muzyka. dzisiaj było tyle słońca.

czasem chciałabym sobie odciąć ogon ze wspomnień, co mnie włóczy i przyciska do kontuaru dnia. albo konturu nocy.
podobnie jak gosia często boję się niedopalonych mostów, które szczypią w oczy od jeszcze ciepłego dymu.


 - marketa i glen jako the swell season i ‚falling slowly’.

i szynka na dobranoc:
 ej, skąd się wzięła nazwa bibuła?

ciągle świeci słońce w budapeszcie

Dodano 7 lutego 2011, w ., przez pszygody
Kochana Baniu,
u mnie wszystko dobrze, siedzę sobie w akademiku i trawię pyszny obiad, co go dla mnie przygotowała szynka: penne z brokułami w sosie z sera pleśniowego. załatwiłyśmy już prawie wszystkie sprawy związane z przedlużeniem pobytu na węgrzech i zaczynamy niedlugo nowy semestr nauki. trzeba za wszystko trochę więcej zapłacić, ale w sumie nie więcej niż by nas to wyniosło w krakowie. a korzyści językowe na pewno są/będą.
znów próbuję nie jeść słodyczy, z różnym powodzeniem. alkoholu nie tknęłam od grudnia.
a jak Twoje granie? co z naszym zespołem? na jakim instrumencie mam się zacząć uczyć grać? myślałam o pile :) albo grzebieniu (:
szon nadal gotuje Ci rosoły? a muszę Ci się przyznać, że ostatnio jadłam jeden bardzo konkurencyjny w stosunku do jego rosołu. nie wiem nawet czy nie lepszy; tylko nic mu nie mów :)
w maju przestanę być utrzymanką państwa, trochę mnie to stresuje. pomyślałby kto, że nie sypiam dobrze.. a sen, który miałam dzisiaj.. mm.. że mam piękne i dlugie włosy <to nie takie dalekie od prawdy:)>, że latam między białymi chmurami i niebieściutkim niebem małym szybowcem i robię np. korkociągi i jeszcze potem, że się modlę w specjalnej szpulce dla wierzących i tam odnajduję boga. a te szpulki były w takim kompleksie katedralno-mieszkalnym, w stylu gaudiego. biorę ten sen za dobrą wróżbę. wszak to moja pierwsza noc w bp po powrocie.
ale pracę muszę sobie jakąś znaleźć. opcji jest dużo różnych. tylko nie wiem co ze studiami wtedy. może coś zaocznie? a może już wystarczy? czy trzeba mieć magisterkę?
kolega dał mi taką piosenkę fairuz, tylko nie wiem co znaczy tytuł: وحدن بيبقوا  
powinna Ci się spodobać:) mnie zachwyciła.
tymczasem spadnę czytać tekst do licencjatu,
trzymaj się ciepło :*
Twoja pszygoda
Otagowane:  

  • RSS