new som! i rajd paryż dakar (budapest->gilowice)

Dodano 30 stycznia 2011, w ., przez pszygody

Wieczór po koncercie. Siedzę sobie w lobby i czekam, przyjdzie? Czy będzie w tych samych butach co na koncercie? Czy jak się jedzie na koncert, to się zmienia buty? Joasia. Joasia Newsom. A bałam się, że będzie fałszować. Naprawdę. Za wiele koncertów na youtube’ie obejrzałam, zbyt wiele razy słuchałam płyty z na żywo z lekko skrzywioną wersją sadie. I tego nie zagrała. Dużo z nowej płyty, tzn. z trzech nowych płyt. Wyglądała kosmicznie, bardzo krótka bufiasta sukienka, długie włosy, srebrno-świecące buty. Czarująca na scenie, bardzo wdzięcznie kichnęła, choć szynka uważa, że to specjalnie i że udawane, żeby nas rozczulić. Głos ma piękny, barwę bardzo ciepłą i jest tak zdolna, doskonale wykonane  piosenki, brak zachwiań, dużo atrakcji w zmienianiu barwy, dużo wibracji i trudnych górek, czyściutko. Ale coś tak nie do końca. Wstałam a rzadko wstaję (jestem przecież wstydliwa), wstałam na końcu, bo 1). wyszła na drugi bis, a po 2) zagrała wreszcie to, na co przecież czekałam cały czas, od pierwszej piosenki. Peach, plum, pear. Bo koncert był mocno z nowych albumów.

Ma długie włosy od zawsze, od kiedy ją znam; a przecież jest artystką. Czyli musi mieć rozchwiane życie emocjonalne, na pewno jest nienormalnie wrażliwa. Takie utwory, tyle w nich czucia, czy matematyki..? nie wiem. Ma długie włosy, ciągle, jest zatem stabilna (zgodnie z prawem, że kobiety w momentach zachwiania zmieniają fryzurę).

Ktoś zaszurał krzesłem, zabrzmiało jak puszczony głośno pryk, zaczęła się śmiać  ‘jezu, skąd ten dźwięk się wziął?’ i po trzech sekundach pełne skupienie, już gra, śpiewa. Nie wiedziałam, że gra też na pianinie.

Udało mi się rozpłakać, znacie tę piosenkę: have one on me? Sprawdźcie co się z Wami stanie pod koniec, około 7 minuty. Gdy tego posłuchacie na żywo.

A wstałam, płakałam, dużo emocji; i nie chcę się tylko przyznać, do tego dziwnego uczucia nawet przed sobą, nawet przed szynką, choć i ona to czuła, przecież nie porwało jej.. nie mogę się przyznać, że czegoś mi jakby brakowało. Jakby wszystko było rzeczywiście zbyt wyreżyserowane. Nawet to kichnięcie.

A tak ładnie opowiadała nam o samotności, małpkach, o tym, że jest ją łatwo utrzymać przy sobie..

Nie wiem. Ale nie waham się mówić, że było doskonale. Może to taki efekt wywiera..?

Czekam teraz na nią w lobby hotelu mercury, bo to blisko müpy, a do tego  sama tu chwilowo mieszkam, i gdy drukowałam bilety w recepcji, pan spojrzał na kogo idę i zapytał czy wiem, że joasia też tu mieszka, i że rano jadła tu śniadanie i że jutro też tu będzie cały dzień.. ? czy wiem? A niby skąd? Nie spotkałam jej przy śniadaniu! Ale może jeszcze. Hihetetlen. Podał mi numer pokoju..

Jutro w drogę, kierunek -> gilowice, dom szyneczko. Nawet mamy zaklepane spotkanie z mynkiem w bielsku. Bajecznie.

Jeszcze mnie dorwała taka myśl, myślałam o tym, co bym zrobiła, gdybym straciła przypadkiem słuch, nie mogła słuchać muzyki. Mam tu tę przewagę nad psuciem się słuchu, że dość dużo potrafię odtworzyć w głowie. Nawet przyśpieszać, zwalniać, powtarzać ulubione fragmenty; i wtedy pomyślałam o tym, że tylko do nowej muzyki potrzebowałabym tłumacza, który by mówił mi, z czego się składa utwór, jakie dźwięki, gdzie zająknięte, zakrzywione, gdzie wolniej, gdzie ciszej. Jak zaskakują, gdzie się powtarzają denerwująco, a gdzie koją. I pomyślałam z niechęcią, że to tak wygląda też uczenie się języka obcego. Że nigdy nie usłyszę muzyki. Będę sobie tłumaczyć węgierski , zrozumiem przekaz. Ale nie usłyszę muzyki. Mogę nawet znaleźć kogoś, kto mi pokaże, co znaczy najdziwniejsze słówko. Ale nie usłyszę tego w oryginale.

I w takim razie, zakochiwać się trzeba w tych, którzy mówią tym samym językiem? A może się mylę z teorią poznawania języka?

Joasi jeszcze nie ma. Albo już dawno przyjechała, zanim się z tomkiem doczłapaliśmy. Wszak pożegnania z M3 (Marian, Magda, Małgosia) trwały. Może śpi?

Koncert przyćmił, że byliśmy na nogach dziś wszędzie. Na górze gellérta, na zamku od wszystkich możliwych stron, na baszcie, w poszukiwaniu obiadu jeszcze dalej. I próbowaliśmy pieczonych kasztanów. Dobry dzień.

Podjechał bus, może to oni?

O jej, to oni!!

Porozmawiałam sobie z muzykami z jej zespołu, pogratulowałam koncertu! A pani skrzypaczka powiedziała, że widziała mnie rano przy śniadaniu. Ale frajda! A tomasz śpi! I w sumie dobrze, bo przy nikim bym się pewnie nie odważyła do nich podejść. Czyli jeżdżą całym busem.

Czyli to tu się dzieje życie.

Koza ma rację: widzisz, biegniesz.

I masz co chcesz.

To takie proste. Kosztuje trzęsienie się nóg, ból brzuszka i poczucie, że jeszcze na coś powinnam poczekać.

Czyli, że zwracam uwagę gwiazd? :D fantastycznie!

Tylko gdzie była joasia.

Dzisiaj na pewno nie zasnę.

 

No dobra, masz tylko chwilkę, co im powiedzieć? Skąd wziąć w sobie odwagę by podejść i skąd znaleźć odpowiednie słowa?

I dlaczego przygłupi stróż ogląda najgłupszą telenowelę świata i przeszkadza mi w zbieraniu myśli..?

Chłopaki przyszły usiąść obok mnie. Mam iść pogadać? I dlaczego tu nie ma internetu..?

I dlaczego przy have one on me zaczęłam tak intensywnie myśleć o syrii, damaszku..? że to miasto wciąga, bezpośrednio i jeszcze wwiercając się po czasie. Bezczelnie i bez pozwolenia.

Za dużo mi emocji. i nie mówcie szynce, że kupiłam sobie ciastka.

***
tymczasem dzień później przy kominku już u szynki siedzimy sobie przy dwóch psiakach i dwóch kotach, uroczo. trzeba nam spać, bo konamy.

a tu fragment koncertu w fatalnej jakości

Otagowane:  

NagyTTny całymi dniami

Dodano 26 stycznia 2011, w ., przez pszygody
Muszę się nauczyć arabskiego, nie ma rady. chociaż literek, denerwuje mnie, że nie mogę nawet przeczytać kto akurat śpiewa, gdy macadi nahhas wrzuca na tablicę fb jakiś dobry kawałek. proszę pańctwa: kamilya jubran.


 - jeśli źle wykminiłam, to może mnie jakaś arabistka poprawi? :)

http://www.youtube.com/watch?v=BJTn7eCqPe4&feature=related
 i to też kamilii jubran;> przyjaciel gógel mówi, że incipit oznacza: uwielbiam morze Izum ;>
a na koniec Rima Khcheich – Souleyma:
http://www.youtube.com/watch?v=fxjpL9UWI58&feature=related
dużo linków.
śmiesznie.
wczoraj nie mogłam sobie zasnąć. w nocy padał śnieg. zaglądałam przez firanę, podczas gdy szynka chrapała rozkosznie. dwa razy wychodziłam do łazienki, w końcu korytarza w kucki z garnkiem w ręcę i widelcem siedziała w kącie dziewczyna w piżamie i egzystencjonalnie coś tak w garnku grzebała. po głowie jeździła mi bogota, maj, bo wtedy będę musiała się zupełnie i skończenie usamodzielnić. syria i lubkowo. jeździła mi też dzisiejsza data, 26 stycznia. to już 8 miesięcy. trudno uwierzyć. mam przy sobie telefon taty z ostatnim esemesem, któego mu wysłałam. ciągle nieskasowany. bo kto miał go skasować?

mój telefon się zepsuł, tomek go przywiezie już w piątek. już w sobotę joasia newsom w mupie i poznamy mariana! koza pojechała
do domu z pierścieniem mocy w prezencie. paula zaręczona. babits był ognistą i niespokojną duszą a mój blog ma nowego cenzora.

plan, żeby na parę dni pojechać, póki ferie, do oświęcimia, do gilowic, do bielska.

a tak poza tym: wasaczek1 z wasaczkiem lub bez wasaczka.

zagwozdka dnia: czy prust ma coś wspólnego z czasem? i czy mann dostał nobla? i czy: lubię sartra czy sartrego?
odpowiedzi na te i inne pytania nigdy się nie ukażą na tym blogu. przepraszamy za ust nerki.

ps. pisanie wierszy jest trudne, gdzie można dostać książkę z rymami do wersów kolejnych dni? nic mi się nie rymuje. albo są to rymy mocno niedokładne. ależ patetycznie.

a matematikusz z zarostem i w rozpiętej koszuli w kolorze kabla od komputera ponętnie pali papierosy nocą na schodach. w zaroście mi dobrze, lepiej, doroślej. a co robi matematyk w akademiku, skoro już uczy i pracuje? pachnie mnie to gombrowiczem.

zostajemy jednak w akademiku, chociaż z nami to różnie.

dobrze, że jest muzyka.
Otagowane:  

dupabeszta

Dodano 24 stycznia 2011, w ., przez pszygody

tak naprawdę chciałam wam pokazać mojego ziomka, patrika wolfa, mam go w znajomych na fb :P


 - time of my life

Otagowane:  

dupabeszt

Dodano 24 stycznia 2011, w ., przez pszygody

Niedzielne popołudnie, chwilowo przystanek w jeżdżeniu znalazł się w budapaszczy. ciągle w akademiku. po kaszce o smaku jabłek. z kremem na buzi i rękach. już schnę od tutejszego chloru. włosy jak wiór, gorzej pod tym względem było tylko w syrii, ale za to ile tam cudowności wynagradzało ten stan! świeci słońce, leci myslovitz. na łóżku uspokajający bałagan. wokół mnie chaos. właśnie czuję się u siebie. ale od siebie wyjechałam już dość dawno. i co gorsza, nie mogę tam trafić. zapomniałam rozrzucać okruszki chleba, czy czegoś niezjadliwego co świeci w ciemności. patrzę więc za okno, obserwuję wielki neon tesco, i współczuję wszystkim, którzy nie umieją podejmować decyzji. bo wiadomo, że muszą to robić, jak wszyscy. 

konkurs na blog roku uświadomił mi, ilu przyjaciół i życzliwych mi ludzi mam wokół. dzięki chłopaki. w kategorii ja i moje życie blog zajął 27 miejsce na ponad 1100 blogów. czyli dobrze. 
z dziwnych rzeczy, to taka, że w ostatni piątek w krakowie z szynką idąc plantami nagle obie zaczęłyśmy.. bzyczeć. nieświadomie i równoczesnie. ‚co ty robisz?’ zapytałam. ‚ja?’ zareagowała szynka, przerwawszy bzyczenie ‚bzyczę sobie, a ty?’ ‚ja też sobie bzyczę, chociaż zwykle tego nie robię’.. tak więc się wystraszyłyśy trochę, a potem napadł nas śmiech czysto-gombrowiczowski. bo absurd mieszał się z kropkami mży i radości. 
za to w arsie spotkałysmy karola, który obszedł się z nami po szarmancku i z gestem i załatwił tańszy zakup biletów na mr.nobody, które wymiatało. 
i AQQ już nie działa. zamknięte, kolejna odnoga rzeczywistości zabita dechami. smutne. 
wczoraj miałyśmy wieczór z fusem i kozą, wyjazd do centrum, dla mnie oznaczało to cztery bezalkoholowe napoje i niezłe jaja. dziewczyny się wstawiały fryczami o różnych smakach. 

kraków nocą, bo w kinie już nic nie grali po 21..


takie z nas koszałki opałki, czytelniczki czytelniczkowie


siedzi ta królewska para..

i rozpoczyna serię: spojrzenia: proszę bardzo: półtorej oka ilejn: 

rozbieżne podglądy:

ciemny <choć jasny> anioł i jego ciemny cień:

i sam ciemny anioł ;] po wypiciu odpowiedniej ilości fryczy:

i jeszcze znalazłam fotkę z grą: kto pierwszy wciągnie orzeszka przez słomkę: wygrała chyba fusz wyciągając go ręką:)

***
dzień później, podczas obiadu dochodzę do wniosku, że świat to jeden wielki chińczyk.
dzisiejszy poniedziałek sponsorowali w większości brzydcy węgrzy i jeszcze brzydsze węgierki, oraz spar /czyt.szpar/. a ja jeszcze kradłam własność intelektualną moim aparatem prosto z czytelni literatury pięknej. bo na węgrzech jest ścisły zakaz fotografowania (sic!) książek. można jedynie sobie skserować potrzebne teksty(za pieniądze oczywiście), ale i to nie jest takie łatwe, bo ksero obsługuje się samodzielnie i przy wykorzystaniu jakichś żetonów czy kart, jeszcze tego nie rozgryzłyśmy.
ponadto nie potrafię usunąć safari, które mi się wiesza. tęsknię za chromem. wieszał rzadziej. podejrzewam, że w głębi duszy safari jest produktem wegierskim i stąd to zamiłowanie.
jeszcze magda nam opowiedziała, że chińczycy jedzą jajka z ugotowanymi w środku prawie wyklutymi, ale jeszcze nie – kurczaczkami. to chyba zrobiła na mnie największe wrażenie.
w każdym razie, zbliża się czas joasi newsom, a patrick wolf będzie w berlinie, a stąd już niedaleko do bp. mam beznadziejną nadzieję.


taki rysunek odnośnie brzydkości węgrów :)
a tu się gosia uczy: <dowód rzeczowy nr 4>

a poniżej blok, w którym chętnie zamieszkam :) jesli się nie wyniosę do bogoty.

a teraz wkładam kominiarę i jadę na robotę..^^

budapeszt pozdrawia ciocię krysię :)

- są trzy piosenki dnia: jedna z chińczyka:

 - Gnarls Barkley – crazy
- druga to piosenka z autobusu na wspomnienie filmu woodiego:

 - Giulia y Los Tellarini - Barcelona
- i trzecia: poranna od sznki też z autobusu:

 - fasolki – mam fryzurę na cebulę ^^

osw

Dodano 19 stycznia 2011, w ., przez pszygody

http://www.youtube.com/watch?v=kYgGwWYOd9Y – sia i butterflies

na dobry sen. 
Otagowane:  

ostrość wielka polska

Dodano 19 stycznia 2011, w ., przez pszygody

chcę Was trochę na początek rozczulić.. :) znalazłam przy wyprowadzce album z takimi zdjęciami:
miałam blond włosy! :) ech.. 
te czasy, gdy się rolowało skarpetki.. ;> nauczyłam się tego później od siostry, tylko jak trochę podrosłam :)
mam brwi po tacie :) a marcinek jest dziś 22latkiem i ma prawo jazdy prawie we wszystkich możliwych kategoriach, dorabia jeszcze tylko autobus :) poszedł więc w ślady ojca chrzestnego :) polecam zwrócić uwagę na szczegóły: super-nowoczesny odkurzacz o kształcie tubalnym i lornetę :)

tu ja w bardzo dobrej fryzurze, tylko brak zębów nieco psuje to zdjęcie :D
powyżej dowód na to, że nie tylko ja mam w sobie gen z lokami, ale i moja siostra też :)
a tu piękni my <od lewej ja, siostra w groszki i mały nasz kuzyn marcin> otaczamy piękną ciocie krysię :)
a tak XXI wiek morduje szlachetność zdjęć przez dodanie koloru. jest to nasze najlepsze zdjęcie z dzisiejszej sesji wspomnień u magottki, no to sobie wyobraźcie.
a poniżej toska, trochę wyżej nad nią w hierarchii pan narcyz i daleko nad nimi w tle górujący vermeer.
wspominana torba od pana z britisz mjuzeum: dowód rzeczowy nr 1;
marja w 3D :) paking z hypopotamem:
rzeczone muszki: dowód rzeczowy nr 2:
podziękowania: chłopaki! jest dobrze. z piątej strony przenieśliście pszygody.blog na własnych smsowych barkach na trzecią stronę i z miejsca 117 przeskoczył na 47 i mam wrażenie, że to nie koniec :) jakby ktoś ciągle nie wysłał smsa to poproszę: <1,23zł i to już z watą> ‚A01022′ na numer 7122 :)

może zacznę robić wymienianki z imioni nazwisk jak w radiu maryja? albo wkleję tablice jak w podziemiach w licheniu :)

dzisiaj będzie o ludziach
maciek: wpadł mi pomóc z chowaniem telewizora do kartonu, i w znoszeniu ciężkich gratów do piwnicy, w rezultacie zjadł puszkę tuńczyka i pożyczył mi książkę, przyniósł mi tez bigos i pomarańczę i bułki od swojej mamy, takich mam sąsiadów :)
marysia: napisała z damaszku, że jest jaśminowa rewolucja i że mogłabym sobie zrobić rok przerwy od studiów i przyjechać pomieszkać z nią w syrii :) muszę to przemyśleć. 
pan zdzisio: przyszedł dziś razem z jeszcze panem w inkognito, przedstawili się jako ekipa do wymiany gazomierza, w drzwiach zapytali czy są rodzice: nie, burknęłam; a ile masz lat? zapytał pan zdzisio – 24, burknęłam robiąc głupią minę. a to spoko, proszę się nie obrażać – ciągnął pan zdzisio – ale musiałem zapytyać, bo gdyby pani miała mniej niż 18 to byśmy nie mogli wejść. a pani tak młodo wygląda.. – weszli więc, wymienili mi gazomierz, kazali coś podpisać i sobie poszli. pewno ich zmylił mój dresik, koszulka od maryszki czerwona z zieloną żaba i napisem: nie mam pojęcia gdzie mam szukać mego księcia <z endo> i kolorowe korale i kapelusz <czasem łatwiej przenieść coś na sobie niż trzymając to w rękach, a akurat przenosiłam z pokoju z pianinem do pokoju z patentem w potencjale..>
justyna: trochę ostatnio agitowałam na cześć bloga, pisząc do niektórych z Was wiadomości na fb:) justyna rozbawiła mnie, na moją prośbę o smsa odpowiadając lakonicznie: ‚cześć, szkoda mi hajsu, pozdrawiam :)’ przynajmniej mi odpisała i to szczerze (:

sandra pan-toffel: jak zaczynałam studia na komparatystyce, to mi się sandra najbardziej podobała z całego roku, pewnie przez loki:) i razem raz kupowałyśmy bilety na pociąg, żeby jechać do domu, po czym okazało się, że pojadę samochodem. sandry pociąg był spóźniony o prawie godzinę więc poprosiłam ją, żeby ze mną poszła oddać bilet. wróciłyśmy oczywiście po odjeździe pociągu sandry i biedaczka przeze mnie musiała czekać na następny.. w zamian kupiłam jej pączka :) ale nie to jest ważne. jak stałyśmy potem na dworcu, powiedziałam do niej, że na pewno ten fatalny początek naszej znajomości będzie powtarzany we wszystkich podręcznikach do historii literatury XXI wieku. ciągle wierzę, że tak będzie :)

jareczek: babyn donosi, że jareczek żyje i jeszcze do tego w rumunii! i że ma tam dziewczynę! :) bardzo mu rumunii zazdroszczę.. gdyby na ujocie trzy lata temu ciągle istniała rumunistyka – dzisiaj mieszkałabym pewno w bukareszcie razem z jareczkiem.. i jego dziewczyną :) a tak..?

hanka: to dziewczę o urodzie z lat dwudziestych, taka młodopolka ze szklarskiej. komparatystka po fachu.. :) okazuje się, że potajemnie czytuje blog i już dawno wysłała <nieproszona osobiście> smsa :) nic tylko iść w jej ślady :)

kramar: nadal się nie odzywa, zastanawiam sie czym mu zalazłam za skórę, i może kotor naprawdę go zjadł..?

wypiłam za dużo mięty. za dużo wspomnień omówiłyśmy z mori i teraz nie mogę spać od emocji :)

daniel, mój brat z warszawy: od niego kawałek muzyki: oragne juice: rip it up :) 


a po szafę i dwie meblościanki dzwoniły cztery panie, ale wszystki gdzieś z krakowa albo poznania.. i co mam z nimi zrobić? tzn z meblami :)
chce kto kupić telewizor..? tylko nie znam sie i nie wiem jakie ma parametry; ale na pewno duże :D

hepie mi się, za dużo mięty i stresu.
w czwartek jadę spać do bratniaka, dawno tego nie było, odwiedzę krakkó, juupi! terminy spotkań proszę rezerwować mejlowo :) w piątek jadę do bupa deszczu -> przynajmniej z szynką i na kolejny semestr więc w sumie fajnie :) w sobotę po odespaniu nocy jadę z jeleną i szynką w odwiedziny do szegedu.. izynt it fantastiś? :D

dorotko: spoko, już mi przeszła faza na bielsko. teraz myślę o poznaniu i gdańsku. równolegle też o damaszku.

do wyrzucenia zostało mi jeszcze około kilkunastu worków śmieci, zepsutych urządzeń rtv i agd, do wyprzedania kilka meblościanek, do umycia podłogi i do spakowania jeden plecak. 

pan dentysta piec: nie pozostawiając mi szans na ripostę <jakkolwiek by to nie brzmiało: bo trzymał mi w ustach swoje narzędzia> powiedział, że wiktor orban to wielka szansa dla europy. jezusie. czyli dobrze pieca wyczułam już przy pierwszym wejściu do jego poczekalni. ale dentystą jest dobrym :)
 
dylemat dnia: co lepiej zabrać ze sobą w tułaczą podróż gdzieś tak na pół roku: słownik polsko-węgierski czy szydełko i akrylową ‚wełnę’ w kolorze sprano-fioletowych majtek?
Otagowane:  

ostro w wielkopolsce

Dodano 14 stycznia 2011, w ., przez pszygody

A może pan Narcyz ma rację, żyjemy w post-rzeczywistości, żyjemy też w post-związkach. 

dentysta powiedział mi rano, że ma pacjentkę – tłumaczkę przysiegłą z języka węgierskiego; z ostrowa, mieszkającą na pół tu i w budapeszcie. i pochwalił moje pazkoncie. ale nie ufam mu, choć idę do niego już za chwilę. słuchał od rana mszy w radiu maryja, czytał rzepę. uśmiechał się jakby za często.  
po nocy jeszcze dwie muszki latają w okolicach zlewu. i dużo muszych trupów.
od rana rozkład w szarościach. opróżniam się z siebie. przeniosłam zawartość jednej szafy z pokoju z pianinem do pokoju z patentem <w potencjale>. 
tyle mi miejsca trzeba; jedna szafa i plecak. i kilka kartonów książek. i jeden z maszyną do szycia. szimi miał rację ćwicząc się od młodości w nieposiadaniu rzeczy, książek. książki czytał uważnie, notował, uczył się notatek i już nie musiał dźwigać ich ciężaru. barańczak też miał rację mówiąc, że książki to tylko takie, które można unieść ze sobą w pamięci, gdy zawieje wiatr przenosin.
od rana weszłam na dwie złe, zabronione strony rzeczywistości i teraz ‚i’m no good’ -> jak u lykke li w Paris Blue: http://www.youtube.com/watch?v=dIV3S0Dofds&feature=related
ale rankiem było lepiej za sprawą pjosenki od kochanej szynko-rzepy: http://www.youtube.com/watch?v=GHvhkndXKSg -> laura veirs i Little Deschutes. chociaż to ani trochę nie jest weselsze.
marja prawdopodobnie w aleppo. nie wiem, nie mogę wydostać z pieprzonej awilli jej numeru syryjskiego. nie mogę wpisać pinu, dotykowość się zepsuła. takie sa nasze czasy, jak telefony dotykowe. na początku wszystko dziala delikatnie, wygląda pięknie, że aż zachwyca nowoczesnością; ale jak się coś zepsuje – wtedy nawet walenie w ekrany nic nie pomoże. wtedy wraca się do tego co stare, sprawdzone i działające na wciskanie i przycisnakie. jak zwykła nokia z guzikami. jak szydełko. jak zmywanie naczyć pod kranem w zlewie. 
czy odsłaniamy się przed ludźmi z samotności? bo po co blogi? z samotności powinniśmy się chować, wstydząc sie jej. to przeciez ułomność społeczna, jeśli nie jest powodowana wyborem.
blogiem roku zostanie i tak jakiś blog o dziecku z dałnem <z całym współczuciem i szacunkiem dla jego losu i dramatu rodziców> albo jakiś sponsorowany przez elle i twój styl blog o rabatkach i robótkach ręcznych <z całym szacunkiem dla robótek ręcznych i ogrodnictwa>. tu nie chodzi o pisanie, ale o przydatność. 
na obiad sałatka i może pesto; tak nieoryginalnie. albo zabiorę siostrę do baci. bo do babci już nie możemy.
mori boi się przychodzić do naszego mieszkania, od kiedy znalazła na podłodze w korytarzu krzyżyk. myśli może, że to duch taty próbuje dać nam jakiś znak. mnie się wydaje, że ściany otulające tę norę ateizmu tak przesiąknęła atmosferą, że teraz, w ciszy i spokoju wypchnęły ostatni znak religijności, byle jak najbliżej wyjścia. 
chwilowo mam ubikację, czytam zatem. Etienne Trocme – Pierwsze Kroki Chrześcijaństwa. wiedza historyczna, nie mam sobie nic do zarzucenia.
szaro, mży, chodzę zamiast jeżdżę, znudziły mi się taksówki, za długo trzeba na nie czekać.
jeszcze jedna laura veirs: http://www.youtube.com/watch?v=jo-yV19ZomE&NR=1&feature=fvwp – magnetized. bardzo ładne pianino i piła w refrenie. choć z syntezatora. 
Otagowane:  

zana, pokój z pianinem, pod lapmą, bliżej ściany, raczej smutna

Dodano 13 stycznia 2011, w ., przez pszygody

trudno sie tak zatrzymać w jakims mieście na stałe, skoro wiem, że do wyboru mam wszystkie miasta na świecie. bo niby dlaczego nie? do każdego można sie jakoś doczłapać, czymś dojechać. zdobyć tyle pieniędzy ile trzeba i potem postarać sie o jakąś pracę, można przecież być wolontariuszem, everything goes. i teraz dlaczego bielsko biała? bo lubię góry. lubię widzieć zarys przestrzeni, gdy kręcę głową na nie. wtedy mi łatwiej zmienić zdanie. chcę mieć blisko do krakowa, ale chyba w samym krakowie nie chcę mieszkać. za dużo trzeba dźwigać na głowie, gdy się tam jest. a bb  to miasto z kulturą w tchawicy i nie takie duże, ale też nie małe. i bo mają tam szkołę modową. można się nauczyć szyć, a pewnei jest taniej niż w SAPU. i bo to miasto ma stok w pośrodku :) 

..rzecz w tym, że jeszcze tam nie byłam nigdy. i na razie nie mam czasu jechać. kiszę w ostrowie. zawinięta w koc. w kuchni, w której lata sto muszek zagadkowego pochodzenia. wyrzuciłam wszystko co potencjalnie mogło je powodować, te muszki.
tak samo jest z facetami. kiedy sobie powiedzieć stop? każdy ma jakieś cechy ujemne. jeden nie obcina paznokci u nóg, inny chrząka przy myciu zębów, jeszcze inny nie myje zębów. no i tak, początkowo myślisz, że znalazłaś ideał, a tu bestia nie zmywa naczyń i nie przepada za seksem, albo jest w łóżku mięczakiem. co wtedy? olać to i docenić, że jest zawsze pomocny i szarmancki przy znajomych i wykształcony muzycznie? czy poszukać nowego? każdy ma wady. czy w takim razie zatrzymać się przy pierwszym? kiedy uwierzyć, że lepszego się już nie znajdzie? kiedy zarzucić pomysł czekania na ideał?
chyba zjadłam muszkę. 
najdziwniejsze miejsce w jakim dziś znalazłam muszkę to były moje buty, które stały od 4 miesięcy w tym samym miejscu w korytarzu. podniosłam je żeby ubrać, bo szłam ze śmieciami <w których już też były muszki, a to były śmieci tylko z dzisiaj> i nagle zauważyłam całą muszkową dekorację, muszki wszędzie -> od języka po rzepy i aż na spodzie buta. całe zaplątane w sieć pajęczą. a przy moim palcu mały, gruby pająk obżarty muszkami. ledwo mu muszka z szczękoczułek nie wystawała..
ciocia obiecała przynieść muchozol.
a jak nas nie było, to zalało mieszkanie.
kupiłam więc tulipany, wstawiłam w wazon i udaję, że jest mi domowo i miło. zrobiłam pranie na wszelki wypadek. wywietrzyłam. wyniosłam śmieci, żeby się pokazać sąsiadom. myślicie, że to coś dało? nic.. 
próbujemy z szynką rozmawiać na skajpie, ale wszystko jest dziś przeciwko nam. muszka chodzi po zlewie. wszystko chowam do lodówki przez te muszki. chleb też, i cukierki. wszystko. 
dzisiaj jest właśnie tak, z lewej niebiesko, z prawej różowo. jak na paznokciach. mariszka w tej chwili leci do damaszku. ania jutro przyleci do ostrowa. mnie się chce wyć, czytać lesmana, malować kwadraciki na obrazie, z którym utknęłam pół roku temu, chce mi się też zostać i jechać, myśleć i spać na raz. jestem też sobą zdegustowana, że poddałam bloga głosowaniu, oględzinom, to było niepotrzebne. chociaż zobaczyć go na trzeciej stronie, gdy startowal z pięćdziesiątej? bezcenne. jest nawet przed blogiem gracjana rostkowskiego. szkoda, że nie można wysyłać smsów z zagranicznych numerów, a w wypadku szynki nawet z polskich numerow aktualnie za granicą. bezsensu.
szynka, jedziemy czy zostajemy? 
muzyka prosto od szynki, przynajmniej prawie:
 - the national: afraid of everyone
i
- należy zwrócić uwagę na głos tej dziewczyny -> scott matthew i holly <z raven mayhem> w piosence between the bars.
Otagowane:  

częstochownia

Dodano 11 stycznia 2011, w ., przez pszygody

Wiadomość z ostatniej chwili: zjadłam lody o smaku mufinek, szynko, możesz krzyczeć :) 


jeszcze taka wiadomośc, że zamieszkam <najnowszy plan> w innym europejskim mieście na B (już nie Budapeszt), mianowicie w Bielsku Białej. ale o tym później. tymczasem tata Janas z mielca recytuje poezję: odę do toski :) 

ale ale, jest akcja, głosujemy! :)
kto chce sprawić bym wygrała w konkursie na blog roku: niechaj czyni podług wskazówek:
bardzo prosto: proszę wpisać w swoje telefony taką wiadomość:

A01022

i potem wysłać to na numer 7122 ;)

wielkie nieba, w jaki sposób nawołuje się swoich czytelników do oddawania głosu? 
jeśli się kiedyś roześmialiście czytając blog: jesteście mi to winni :)
jeśli znaleźliście siebie na jakiejś fotce: jesteście mi to winni :)
jeśli o Was pisałam i nie pisałam niczego złego: jesteście mi to winni :)
jeśli o Was nie pisałam, a co za tym idzie: nie pisałam o Was źle: jesteście mi to winni :)
i jeszcze; jeśli kiedyś mieliście doła, a ja dałam Wam np. krówkę: jesteście mi to winni :)
jeśli nigdy mi nie skomentowaliście notki: jesteście mi to winni! :)
jeśli macie spodnie ze sztruksu albo mieszkacie w moim mieście: jesteście mi to winni ;)
jeśli jesteście moimi byłymi: jesteście mi to winni :P
jeśli jesteście moimi niedoszłymi byłymi: jesteście mi to winni tymbardziej :)
jeśli jesteście wyznawcami religii zielonego koca: nie czujcie się bezkarni, jesteście mi to winni :)
jeśli jesteście siostrą albo bratem kogoś, kogo znam osobiście, a Was nie znam, a mimo to czytacie: jesteście mi to winni :)
wy hieny z zusu: jesteście mi to winne :)
pracownicy playa, za te wszystkie lata męczenia się z wami: wiadomo :)
i orange: wy też jesteście mi to winni :)
jeśli mieszkacie za granicą: też możecie głosować, nawet jeśli jesteście Węgrami, Arabami, Londyńczykami czy Szkotami; poza tym jeśli jesteście Węgrami to jesteście mi to winni, ponieważ uczę się Waszego przeklętego języka!

tylko nie rozpędzajcie się, wystarczy jeden sms z jednego numeru:) możecie podkradać telefony dziadkom, rodzicom i swoim dziewczynom i wysyłać :)

to Wy smsujcie, a ja pójdę sobie spać, wypiliśmy nadmierną ilość świętego spokoju, dziś już zasnę na pewno, a wstanę jutro niewcześnie! 
 

medalikowo

Dodano 10 stycznia 2011, w ., przez pszygody
Turnus u Janasów wspaniale. Wczoraj w trakcie konferencji skajpowej z amerem marysia zrobiła dla mnie kanapkę z białym serem i dżemem truskawkowym jej mamy i potem długo nie mogłam spać (od ilości kalorii). rozmyślałam, gdy toska chrapała.
ale najpierw czas przeszły: w piątek strasznie wcześnie rano (a było to jeszcze w budapeszcie) razem z paulą ruszyłyśmy pod ambasadę, by nam wydano stypendia. dzień wcześniej z powodu święta trzech króli cmoknęłyśmy klamkę ambasady w pompkę, pan ambasador zaspanym głosem przez domofon wytłumaczył w czym rzecz i tu paula zaczęła klnąć cała szpetnie, bo zaledwie dzień wcześniej próbowała mnie wziąć po stypendium, ale przekonałam ją, że przecież możemy pojechać w czwartek razem z szynką i elejn; no i pauli zdawało się, że w ogóle nie odbierze pieniedzy, a po to specjalnie przyjechała na 4 dni z warszawy.. narobiła paniki, ale w piątek rankiem pani z ramienia ambasaroda (na dodatek roześmiana) chętnie dała nam po 200 euro (bez mrugnięcia okiem), choć nie był to dzień przyjmowania studentów.
potem podróż, do autobusu odprowadzili nas koralosz i morci, obaj bez biletów, co mnie stresowało, bo koralosz miał na plecach mój plecak i specjalnie stawał blisko drzwi, żeby w razie czego czmychnąć przed kontrolą; a przeciez kontrolerów w budapeszcie zawsze więcej niż podróżujących.. szczęśliwie nikt nas nie legitymował z biletów i na czas dojechaliśmy. autobus pełniutki, ekran z filmami rozpiął się tuż przed moją głową (tak ze 20 cm), bardzo był absorbujący i wypadły mi od tego oczka. rzęsy z wysiłku zawiązały się w supeł.

7 godzin później kraków, jakiś moderny, więcej w nim schodów ruchomych ku zagładzie nas wszystkich, chcą nas uniepełnosprawnić ruchowo, zleniuszyć, dlatego (jak mogę) wybieram schody tradycyjne. trafiłam do szona bezbłednie, choć w międzyczasie, gdy już jechałam, dostałam odeń smsa, że się pokłócili z banią, więc w domyśle -> mam nie przyjeżdżać, bo bani też tam nie będzie. szczęśliwie dla mnie pogodzili się zanim zdążyłam się przesiąść w drogę do hostelu. szon podjął nas obie wyśmienitym rosołem (brakowało mi takich smaków!) z indyka i z kluseczkami z przepiórczych jaj; w zamian częstowałam ich pure z kasztanów i tokajem. spania mało, krótkie. na 8.30 w sobote umówiłam się z szimim i justyną, żeby sobie mnie zobaczyli a ja ich. śniadanie równie doskonałe jak rosół: owoce, banany a do tego wspaniałe polskie jabłka, wytrawne ciasto z makiem, polskie pyszne pieczywo i sałatka. i nitka, która (nie kłamał szimi) naprawdę przybrała znacząco na wadze na tę zimę i jak na kotkę filozofów przystało - wdzięcznie (z zatroskanym ustawieniem wąsów) wyglądała przez okno. szimi jeszcze biegał w piżamie, gdy się ze wszystkimi bagażami wdrapałam na ostatnie piętro; justyna za to już była w sklepie. półtorej godziny i trzeba mi było biec dalej na pociąg do częstochowy.

jedynym mankamentem wiecznych przenosin jest to, że jak sobie kupuję nową np. bransoletkę -> nie bardzo mam ją potem gdzie trzymać. albo takie rzeczy jak paszport. mam go dlatego ciągle przy sobie, nigdy nie wiesz, kiedy będzie ci potrzeby do wbicia wizy. 
jest jeszcze parę mankamentów: np. pakowanie się, które mnie zawsze mdli. rozpakowywanie się. i najgorsze, że przeważnie nigdzie nie mogę posiedzieć na ubikacji (z powodów higienicznych). a (mimo że niezdrowe) bardzo to lubię, zwłaszcza z czymś do czytania, nawet z poezją. nigdzie nie ma tak dobrego kontrastu dla poezji jak właśnie tam i wtedy.
i oto jestem, medalikowo czarne i szare, brudne ale jakże kochane. tu (sporo dziś kwestii kulinarnych) mama marysi podjęła mnie kaczką w pomarańczach i kluskami śląskimi! marysia nauczyła mnie szydełkować, a wojtuś zwany przez domowników: otu – popisywał się przede mną kurtuazją i szlachetnym sposobem nalewania herbaty z dzbanka. niczym wytworna gejsza.
i znów dochodzimy do rozmyślań w łóżku. kłębiło mi się tyle pomysłów, że z wysiłku w końcu zasnęłam.
bo to był dzień jeszcze odwiedzania łodzi. (źródło zmęczenia). zawiozłyśmy otu(pine) do przedziwnego mieszkania, w którym wojciech montuje filmy i które w przyszłości przejdzie do przeszłości jako mieszkanie sławnego montażysty janasa, który odmienił świat montażu; pewna jestem. w łazięce chłopaków (bo mieszka tam jeszcze grzegorz, nawet podobny do turnaua) ściany z powodu dziur z przelotem do części z pralką – popodklejane były papierem ‚społem’. ja pytam: skąd oni wzięli ten papier? a łódź zapuszczona.. ale ileż tam musiało być świetności. teraz straszy łódzkimi żulami i powybijanymi oknami w pięknych choć brudnych kamienicach.
jeszcze tylko jedna historia z britisz mjuzeum, o panu, który mariszce sprzedawał książkę; gdy spostrzegł, że obie się nie uśmiechamy (kaman! dużo łaziłyśmy) zapytał marysię czy chce torbę: ‚nie dziękuję’ odpowiedziała. na co pan chwycił za flamaster, narysował uśmiechniętą buzię i podpisał swoim imieniem i zapytał ponownie, czy marysia chce tę torbę: ‚teraz owszem’ odparła, a już się obie chichrałyśmy. na co pan podał tę torbę, mówiąc: ‚ta jest do powieszenia na ścianie, a w tę zapakujemy ksiażkę’ :) ‚life’s for living, right?’ tak nam powiedział i zrobił nam w ten sposób dzień. <kalka dozwolona ze względu na brytyjski kontekst>
ach tak, pani w konsoni podała mi dziś do picia najobrzydliwszą gorącą czekoladę świata, tłustą, mdlejącą od słodyczy i nawet nie ciepłą; szykna, mój wyrzut sumienia powiedziałaby, że dobrze mi tak, bo miałam nie jeść cukru, czekolady, słodyczy. ech, czasem się nie da droga szynko.
trochę dokumentacji:


fantastyczna reklama pałacu sztuki (w którym będziemy oglądać joasię newsom!): „Liszt (taki pianista co się go czyta ‚list’, a którego nazwisko dosłownie znaczy ‚mąka’) wszystko w spojrzeniu”  

cztery królowe w trzech króli (to straszne, że kobiet jest statystycznie więcej, nie każda ma szansę spotkać miłego mężczyznę swojego życia, może na to fizycznie zabraknąć osobników. dziewczyny! wybierajcie homoseksualizm! nalegam! więcej szans dla mnie :)

ogródek w budapeszcie


po sylwestrze też w budapeszcie; kto mi powie skąd te buty się tam wzięły?? hogy lehet? :)


ściana o 8 rano przed mieszkaniem szimiego w krakowie; mocno zaangażowana ściana 

a tu niezła ściana w częstochowie..

—> !
wiedzcie tylko, że dla zaspokojenia własnej próżności i bo czuję się kimś wyjątkową (jadłam zawsze dużo wertelsów oridżinal), a i jeszcze dlatego, że już 3 osoby obiecały zagłosować i ponieważ siostra ładnie prosiła (wiec niejako jest to na prośbę czytelników:

-> zgłosiłam blog do konkursu na blog roku. żeby przeczytał go Jerzy Stuhr (stąd juz tak blisko do Maćka Stuhra) i Jolanta Kwaśniewska i jeszcze Katarzyna Grochola :) no dobrze, ale najpierw musiałaby przeczytać go pani Anna Maruszeczko (prawie jak Szymeczko;) a żeby do tego doszło, musiałabym otrzymać taką ilość głosów, która przepchnęłaby blog do dziesiątki najlepszych z kategorii ‚ja i moje życie’ (w zasadzie pasował do większości kategorii, ta była najogólniejsza).. zatem esemesujcie! w najbliższym czasie zamieszczę odpowiedni numer telefonu i wtedy się okaże, czy mnie tak naprawdę kochacie :)

 

  • RSS