b-london

Dodano 28 grudnia 2010, w ., przez pszygody

niech Pan wyjdzie na chwilkę, nie potrzebuję; jakieś trzy i pół, może cztery miesiące, chciałabym, żeby Pan poczekał za drzwiami; potem może Pan zapukać, jeśli tam Pan ciągle będzie, choć wątpię. Pan przeważnie czeka minutkę, potem Pan zmyka. ja to rozumiem, szkoda Panu czasu, to oczywiste. ale mnie też go szkoda. poproszę więc o rezerwę powietrza na ten czas. ja potem oddzwonię, napiszę, zaproszę na obiad, zaczepię na fejsie, proszę bardzo. tylko niech Pan teraz nie nalega, nie ma sensu. proszę odpocząć od próżnych słów w ramach z komplementów. mnie też one podduszały. Pan się tu u mnie w głowie nie będzie pokazywał, a ja w zamian zaproszę Pana do znajomych, ale za tych kilka miesięcy, jak już mi wypadnie ostatni brązowy lok i zadomowi się ostatnia siwa gałąź. będę wtedy cała rozważna i romantyczna. tylko proszę poczekać, nie wyskakiwać, nie lubić, nie wklejać nowych linków, nie komentować, nie grać w farmwil, nie zapraszać i nie informować mnie automatycznie o swoich urodzinach.



nie bez powodu urywa nam się kontakt z ludźmi. urywa się, bo drogi nam się rozjeżdżają, pomysły n a życie, poglądy, stan umysłu, serca i ducha. era fejsbuka sprawia, że sztucznie odgrzewamy znajomości, które nie miałyby w warunkach jaskiniowych szans na przetrwanie, teraz istnieją, ale sztucznie i nierzadko krępująco. czy muszę akceptować zaproszenia tych, których ledwo znam, albo którzy mnie nie obchodzą, nudzą, których nie lubię ale znamy swoje nazwiska i imiona? chciałabym umieć zrezygnować z fejsbuka i telefonu. mejl wystarcza przecież w zupełności. szimi ubolewa nad tym, że nie możemy spędzać życia siedząc przy herbacie i rozmawiając. za parę godzin postaram się z mariszką udowodnić, że jakąś część życia tak właśnie spędzamy; ile się aktualnie da. błogosławnię fejsbuka, telefony, płatności kartą przez internet i samoloty za to, że mimo rozjazdu dróg mojej i mariszki – mogę zrobić z nią ustawkę gdzieś w świecie i zwyczajnie się z nią zobaczyć.

z wesołych rzeczy to taka, że mariszka coś źle przeczytała i myślała, że kupiłam jej bilet z tak zwanym kalafiorem: czyli bez dodatkowego bagażu i się biedna spakowała (bez sosu z granatów! skandal!) do małego podręcznego:/ a z kalafiorem to jest taka historia, że jak mi jakies półtora roku temu aneczka kupiła bilet do londynu, to 1) się zapomniałam odprawić przez internet, 2) założyłam, że na pewno mam wykupiony bagaż i okazało się, że otóż nie: nie/fartownie nie miałam przy sobie odpowiedniej ilości pieniędzy (ani w gotówce ani na karcie) i zostałam sama na lotnisku i pan sie zlitował nade mną i ostatecznie za darmoszkę przemyciłam olbrzymiego kalafiora, którego miałam między innymi w torbie dla siostry. ech.. :) 
i jeszcze, nie mogę przeżyć deptania rzeczy w sklepach. anglicy zaraz po świętach urządzają wyprzedaże, ale taki do 50% i to w najlepszych sklepach. dzisiaj się wybraliśmy po jakieś ciuchy dla mnie i oto pogrom rozegrał się na moich i cześków oczach: wszyscy biegali po sklepie, deptali, zrzucali, stali w długaśnych kolejkach i kupowali na umór. przerażające. 
bilanz: 
nowych zainteresowań: Wiera Gran (1), kobiecość (2);
walut w portfelu: 4 (euro, funty, forinty, złote);
planów na wakację: 1 konkretny (wiadomizm, że islandia);
nowych pomysłów na najbliższe życie: 2 wykluczające się;
wspomnień, których mi się nie chce wspominać: 2;
odmówień alkoholu od przedwczoraj: 7? 8? nie zliczę;
planów na sylwestra: 1: mariszka, herbata, ja i tobi;
dziwactw: sprawdzam na yr.no co w tej chwili pada za moim oknem bo mi sie nie chce wychylać i szybciej będzie w internecie: deszcz? czy snieg?
dobrych przeczuć: 1: deszcz.
mój horoskop mówi, że do marca się w nikim nie zakocham, ani nikt we mnie: mam luz tak do kwietnia zatem: plan? uczyć się węgierskiego i czytać interesujące książki, wreszczcie założyć sobie aparat i zmienić styl na adekwatny do wieku, oczekiwań wobec facetów i wobec założeń, że jak mają mnie postrzegać inni.
dużo pracy przede mną;
do przylotu marysi: 8 godzin i 5 minut.
zdjęcia: może jutro, jak ukradnę kartę siostrze, jakoś mi się mojego aparatu nie chce wyciągać.. zwaszcza, że siostra ma zajebistszy aparat i jeszcze podarowałam jej statyw i teraz jej zdjęcia są naprawdę interesujące.
to wszystko juz <może> jutro,
tymczasem szlafen gejen, auwidersejen ;)
http://www.youtube.com/watch?v=0gcUMAkWZL8 – wiera gran i trzy listy.

Otagowane:  

b-londyn

Dodano 25 grudnia 2010, w ., przez pszygody

Dochodziła 20.. czekałam gdzieś między kłębiącą się ciemną morską wodą a plażą, nogi taplały mi się w wodzie, ale nie czułam zimna. Za dwie dwudziesta dało się zauważyć płetwę i ogon, zbliżające się w rozpędzie. Orka nabrała prędkości i niesiona po mieliźnie na falach wyległa na piach. Przywitała się ze mną. tak, możemy już przeprowadzać wywiad. Po chwili wielka orka zamieniła się w chłopaczka i zaczęliśmy rozmawiać.

Czy był to sen o mieszaniu się dwóch światów? dwóch jezyków? sen o tym, że da się bezproblemowo porozumieć z inną kulturą? dlaczego przeprowadzałam wywiad z orką? Może to wpływ kozy? może za dużo czytam – jak sugeruje maciej.. ale sam mi podarował książkę, więc niech spada:) dostałam „Oskarżoną: Wierę Gran” napisaną przez fantastyczną biografkę: AgatęTuszyńską. 

właśnie skończyłam rozdział o tajlandii (w geografii szczęścia); czego się eric w niej nauczył? dystansu chyba. tego, że nie wszystkie problemy trzeba rozwiązywać. no bo niby dlaczego? tajowie mówią też, że należy przedkładać relacje z ludźmi ponad problem; czyli, że lepiej dać spokój i nie zaogniać konfliktu – odpuścić – żeby zachować dobre relacje z tym, z kim się toczy spór. .no i czy nie mają prawdy? czy zawsze musimy dowodzić naszej racji i ostatecznie doprowadzać do kwasowej atmosfery, żeby tylko wyszło na nasze? nie.. tylko żeby to jeszcze było takie łatwe.. po tylu latach oglądania podobnego zachowania..

święta, ricsi wrzucił na fejsa b.ładną piosenkę mogwai’a: 

 trochę smutne, ale za to jakie dobre. I know you are, but what I am?

Leniwe dni. Siostra chce nas wyciągnąć z cześkiem na dyskotekę narolkach. My się z mackiem bronimy, no bo kaman..  :)  maciek już pojutrze wyjeżdża, wyminie się z mariszką..

 

Mam taką smutną reflesję, że chcąc nie chcąc życia nam się rozjechały i oddaliły. Nic nie zrobię :) mogę się tylko cieszyć, jak nam się przy pomocy kart kredytowych i synchronizacji kalendarzy udaje nakierować nasze drogi na chwilę tak, żeby biegły koło siebie.

Święta.

Otagowane:  

umberto giannini

Dodano 22 grudnia 2010, w ., przez pszygody

Plan jest bardzo prosty, i konkretny. I chyba noce w temperaturze 6 stopni z bardzo intensywnymi snami to sprawiły, że już wiem jaki mam cel i gdzie polecę jak znajdę ten najważniejszy składnik – to jest odwagę. ale to już wkrótce. jeszcze mi pomogła geografia szczęścia.

chciałam tylko się pochwalić, że lubię mój mózg i jego przesłodką umiejętność pocieszania mnie; np. przyśnił mi dzisiaj, że musiałam pisać maturę z matematyki i z gotowania.. a wiadomo, że niczego gorszego nie mogłabym sobie wyobrazić. 
(np.wczoraj „piekłam” ciasto bez pieczenia, układa się herbatniki na blasze, potem wszystko zalewa się masą-kremem zrobionym z mleka, masła i budyniu i mąki i na to kładzie się herbatniki i ma wyjść taka napoleonka. no i otóż nie dość, że się nie zrobiła odpowiednia konsystencja, to jeszcze wszystko było słone :/ ja nie wiem.. naprawdę się starałam, wszystko według przepisu;/)
ale ale za to we śnie mój mózg pokazał mi jedną osobę, której nie chcę lubić -> całą grubą i z chropowatą skórą i teraz mi wesoło na wspomnienie tego. jak mi się przypomni ten tłusty tyłek, ach! piękne. bezcenne, takich rzeczy to przy pomocy żadnej karty nie kupię. 
kupiłysmy dzisiaj z siostrą fajny prezent dla maćka, nie miałyśmy za dużo czasu, ale za to rozbudziłam w sobie apetyt na późniejsze szaleństwa powigilinje, jupi jupi. jestem rozpustną ofiarą konsumpcjonizmu, sssory. chłopaki rozkładają szafę, zamiatają i biegają po mieszkaniu w ramach przemeblowywania, ja sobie bezczelnie siedzę i marznę. za to pozmywałam. i w nocy, to jest o 4. będe musiała wstać i pojadę po maćka! sama! ;) do luton :) strasznie się cieszę, że go juz zobaczę, chybam go ostatnio widziała jakoś w kwietniu..
tak więc święta w anglii, baardzo ciekawie. kupiłam odżywkę (umberto giannini „przyjaciel loków”) do włosów i nie dość, że pachną to jeszcze są miekkie. a opakowanie wygląda jak niewybredny wibrator ze srebrną końcówką. 
dobrze, że moja siostra potrafi gotować, piec i przystrajać różne rzeczy, żeby nabierały ducha świąt. gdybym sama miała się tym zajmować.. olaboga..
ach, ten gruby tyłek :)
http://www.youtube.com/watch?v=VGzGJBZT7n0 – scary – bjork. taki (na)strój
Otagowane:  

londek zdrój, a w zasadzie enfield

Dodano 20 grudnia 2010, w ., przez pszygody
to będzie kraj, w którym świnie karmi się marihuaną, żeby dostawały gastrofazy i się obżerały; to będzie kraj, w którym pełno gór wysokich na 7ooom, gdzie mieszka mniej ludzi niż w krakowie i do którego nie wpuszcza się za dużo turystów, a jeśli już to każdy musi zapłacić 200dolarów za obowiązkowo przydzielanego przewodnika. kraj bez morza, z jedną drogą, w którym dużo mówi sie o trupach, dużo się ich widzi, zimą jest zimno, latem gorąco, ludzie mierzą efektywność rządu w ilości wytworzonego szczęścia a nie bogactwa, stąd ‚szczęście krajowe brutto’ zamiast produktu. i jeszcze to kraj, w którym duchowość jest w każdym przedmiocie, wszystko jest żywe i wieczne dzięki reinkarnacji. tam sobie zamieszkam. kto już wie, że mowa o bhutanie?
chłopaki jadą do ikei, rezygnuję z tej przyjemności. anglię przysypało, nasza piękna wioska z widokiem na londyn jest cała śnieżna i pełno w niej psów. kaloryfery grzeją i parzą, ale ciepło się nie rozprzestrzenia na resztę pokoju, więc siedzę u źródełka, owinięta w 3 bluzy, gruby koc i przytknięta do kaloryfera, tak że mnie parzy z jednej strony, podczas gdy druga już zamarza. czekamy na tych, co jeszcze mają dojechać. maciek, potem mariszka. boimy się, że lotniska do tej pory się nie odblokują, bo na razie kiepsko. 
znów jestem nie u siebie, znów temperatura jakby zbyt. znów ten głupi sdm i ‚a przecież mogłem być przed twoją erą’. już mnie mdli. zresztą nie tylko od tego, zjadłam za dużo jajców betowena. ale dobre są, to co poradzę? przecież sobie nie odmówię, święta są, ja daleko od wszystkiego, zmarznięta i do tego samotna :) noce spędzam na szprychach (fatalne łóżko) albo z nogą przygniecioną przez tobiego, który zawsze w środku nocy stwierdza, że z nami jednak śpi się lepiej niż na jakimś tam materacu przy ścianie. 
zjadłam już w tym tygodniu kebab, pół twixa i w ogóle. ale za to w styczniu w bp będzie joasia newsom! klękajcie narody! bilety tanie jak barszcz bo to mupa. 
horoskop radzi, żebym do marca się w nikim nie zakochiwała, bo to będzie słabe i szkoda czasu. tak więc do wiosny mam używać i szaleć. się zrobi.
z dobrej muzyki ostatnio tylko starocie wegierskie, ale zato takie namiętne: 
http://www.youtube.com/watch?v=YmiArwMQnn4&feature=player_embedded – nem leszek a játékszered – kovács katalin
http://www.youtube.com/watch?v=XURJj784z0k&feature=related – hol jár az eszem – zalatnay sarolta
Otagowane:  

No i wszyscy się rozjeżdżamy. Po egzaminie, który był raczej mało stresujący i wymagający (wszyscy dostaliśmy piątki) kończy się nam stypendium. nie mogę uwierzyć, że to już. w styczniu trzeba się pojawić po kasę, ennyi. co się ciekawego wydarzyło przez ten czas? nie wiem od czego zacząć.
po pierwsze zmieniła mi się stylówa. mam buty, które podwyższaja mnie do poziomu 175. mam stąd niezłe widoki. jeszcze nigdy nie byłam tak zwyczajnie kobieca. nawet mnie dziś pan w sklepie nie poprosił o dowód, chociaż często mi sie to zdarza (vide -> arbuzowy dzban alkoholowy z banią w relaksie tuż po obronie).
po drugie jestem burżujem, wożę się taksówkami na lotnisko i kupuję asekuracyjnie dwa loty, jakbym się przypadkiem spóźniła na pierwszy.
po trzecie będę tęsknić za szynką i padlinką.
po czwarte biorę notatki, bo mi się wszystko rwie do nauki czasowników. nauczyłam się ostatnio jak sie mówi: gryzmolić. serio, denerwuje mnie jak nie rozumiem.
po piątek: nie pamiętam jak się mówi po angielsku.
po szóste ludzie: agata x2, koza, fusz, magda i pan rozmaryn, maciek, gergu, gabor I i II, paula, majka, koralosz, matematikusz, pan szczurek, marko, kendżi, sija sija.. niezła menażeria. jeszcze nauczycielki, bandli, berki, świnka i nasza e-stonka.
po siódme: smaki wegier: dziś nam nawet smakowały gombóce, śliwki w knedlowym cieście obtoczone panierką z bułki tartej w posypce z cukrupudru, plus zupa na kaca, coś jak nasz kapuśniak, tylko trochę inny. na deser mus z kasztanów, trochę zamulający, za dużo zjadłam.

a teraz zestaw zdjęć:
piękne niepozowane zdjęcie tuż po egzaminie,
by szynka?
poniżej bałagan w pokoju podczas bóży muzguw, z lotu ptaka rzut na agatę i szynę:
 
a tu z dogórynogami na ilejn, gdy się uczyła.

fantastyczne zdjęcie w sepji, proszę zwrócić uwagę na nasz rozjazd wzrokowy, to jest mój i agaty:

by fusz: ofiary artystycznego szału: (koza ze połową mnie)

tu już prawie wszyscy na polskim pożegnaniu z azją (asiax2):

tu nie wiem :)

piękna i bestia:

kendzi daje popis:

fusz w swoim świecie w kropki.. gdzieś w budapeszcie..

elejn, agata, kozi palec boży, fusz i gosia, w roli tła występuje uroczo pomalowany autobus miejski:

szynka do tego właśnie jest stworzona, tu także widok z góry jakoś i stąd te krótkie nóżki:

a ten bałwan sobie znalazł wygodną przystań w tesko plastikach:

i wystarczy..
napisało mi się wcześniej dużo, ale oczywiście się skasowało. poza tym przyszły chłopaki przerażone, że chcę tyle wydać na taksówkę (6ooof. = 90zł) i zaproponowali, że mnie jeden dani odprowadzi pod samolot, więc jedziemy za chwilkę, tylko najpierw film. i znów się pakowałam trochę nie na trzeźwo, tak, europtip. i pozdro dziewięćset dla wszystkich, którym dzisiaj zmarzną łapki, albo jutro rano. w Budapeszcie -8, w londynie -1. 
szynka z usmiechem patrzy w monitor, elejn w otoczeniu gabora i daniego je popkorn, jest dobrze.
albo nie. dobrze, że mam jakby co zapasowy bilet ;)
piosenka na dziś:

 - baths – indoorsy

Otagowane:  

poniedziałło

Dodano 13 grudnia 2010, w ., przez pszygody

Szwajcaria to jeden z tych krajów, w których można się zabić w zależności od widzimisię, legalnie, w szpitalu. Jest tam też wysoki współczynnik samobójstw a przy tym Szwajcaria to kraj ludzi szczęśliwych, jednych z najszczęśliwszych na świecie, bez poczucia humoru, uciekających od zazdrości, nudnawych. mają bardzo czyste łazienki, wysokie alpy (kolejkę, która wjeżdża na prawie 4ooo m.) i jeszcze absurdy: nie wolno w Szwajcarii spłukiwać wody po 22. nie mogłabym tam żyć, chodzę do łazienki najczęściej w nocy; <jezusie, napisałam łaziĘka.> to wszystko obserwacje Erica Weinera z ‚Geografii Szczęścia’. bo nadal nie wiem gdzie mieszkać, gdzie się zadomowić. czytam więc, pytam i przebieram w ofertach matrymonialnych. test nie był trudny, ale naszły mnie wyrzuty sumienia, że nie znam tych wszystkich czasowników tak dobrze jakbym chciała i zaraz sobie zrobię fiszki, żeby je zawsze nosić przy sobie.. 

nastrój? dziwaczny. denerwują mnie dziś węgrzy. wczoraj też ich pełno było w całym wiedniu. rozmawiałam dziś w drodze do akademika z agatą i wykminiłyśmy, że to bardzo dziwny naród, mnie się zdaje, że niezdystansowany, rzadko kiedy z poczuciem humoru, ze skłonnościami do nacjonalizmu. i jeszcze, czemu oni tu się tak często zabijają? czemu? coś chyba jest w powietrzu. to takie uczucie, jak gdy się jedzie na szkolną wycieczkę w gimnazjum, jedziesz i cię smutek zjada, bo nie siedzisz koło najfajniejszych ludzi z klasy. i tylko patrzysz jak oni brylują. wyczuwam tu w powietrzu podobne spojrzenia i zniechęcenia, w autobusie zawsze ktoś zrobi awanturę, ktoś krzyknie albo machnie ci niebezpiecznie łokciem przed oczami, ryknie za wychodzącym, że jest glupi i gdzie lezie, itd. węgrzy to niepokojący naród. dziś bardzo nie chcę tu zostać na kolejne pół roku. ciekawe czy za budapesztem się tęskni tak jak za np.londynem. i czy istnieją miejsca niemęczące na dłuższą metę. 
góry, znów mnie wciągają w myślową zawijankę. 
jestem jeszcze dziś ciekawa szwajcarii z bliska i holandii. 
dlaczego nie zaczęłam się uczyć szwedzkiego? bo germański? aha. 
tak.
Pan Rozmaryn ma się dobrze, 
obiad dziś zrobiły Gosia i Elaine, kura i dużo warzyw. mm/
dni do odjazdu: 4
tęsknięć: 2
wypalonych papierosów: 0
zdziwień: kilka (nie, nawet dodanie ‚się’ do formy ‚zdziwień’ [czyli 'zdziwień się'] nie pozbawia tej formy dwuznaczności.) np. że kupiłam za 2 euro używany kubek. że na węgrzech trzeba sobie samemu kserować przy maszynie kserującej i że pani może mi prosto w twarz bluzgnąć, gdy nie mam drobnych i nadal mówić po angielsku, gdy ja odpowiadam całkowicie po węgiersku; że dziwactwa węgrów się udzielają, np. wcześniejsze nerwowe wstawanie dwa przystanki przed celem i podchodzenie do drzwi, ostro się pilnuję; albo że zaczynam lubić jedzenie na ostro i słono; albo że tracę poczucie humoru i ulegam złym nastrojom bez powodu.
strzelań w szyi: 1
wypitych szklaneczek burbona: 0 (czemu burbon zawsze łączy się ze ‚szklaneczkami’?)
odkryłam, dlaczego lubię czytać swojego bloga: bo (w przeciwieństwie do szwajcarów, którzy świetnie się dogadują, bo się kompletnie nie rozumieją) ja się doskonale odnajduję w swoich słowach sprzed kiedyś i świetnie się rozumiem ze sobą. 
a ostatnie zdanie jakie dziś powiedziałam do agaty brzmiało:
mogę w krakowie w przyszłym roku studiować nauczanie polskiego jako obcego albo szycie i nie wiem co wybrać :)
baths: indoorsy 

chociaż nastrojem pasuje bardziej foals: spanish sahara, którą już kiedyś wklejałam, ale jeszcze raz: 

i jeszcze jedna ważność: napisałam jakiś czas temu doktorowi ko., że tekst do niego leci i że mam nadzieję, że dojdzie tym razem, bo podałam szilardowi, który akurat jechał do krk.; ko. odpisał, tak:
 Wiekie dzięki!

Dotrze na pewno, chyba, że zapomni go zabrać, hehehe…
:) pan doktor, hm :)
Otagowane:  

poniedział

Dodano 13 grudnia 2010, w ., przez pszygody

Leci mi green grass of tunel muma, zbliża się sobota. kochana siostra, dzięki niej jadę wcześniej do londynu, radość, czysta radość w kolorze dzisiejszego nieba. trochę jestem rozprzestrzeniona za bardzo ostatnio, brak mi skupiska, jak kiedyś za piecem w jednopokojowej, starej kamienicy w ostrowie, na pół z poduszkami i kołdrami upchanymi do nagrzania się, a ja na nich, bez podejrzeń, że gdzieś mogą czaić się pająki i mikroby, jeszcze nieświadoma niebezpieczeństw; posiedzieć tak sobie za piecem, o jakże byłoby dobrze. stare kości trzeszczą od nadmiaru godzin w szpiku, rozwalają się po kątach, umyślnie odjeżdżam od myśli, mam to też w nosie. 

wiedeń to miasto porządku i luksusu, przytłaczające pod tym względem, dzięki mapie agaty udało nam się znaleźć maleńką kawiarnię z sacherem, nie tak drogą jak reszta. sacher nie powalił, dżem smakuje jak miód, ciasto jak piernik trochę bez smaku, za mało kakaowe i zbyt suche, polewa niezbyt czekoladowa; może trafiliśmy na tort słabej jakości; ale wyglądał doskonale. wolę mus kasztanowy. w ogóle wszystko co jest z kasztanów. chodziliśmy sobie z ferim, gaborem i ricsim po mieście, nawet świeciło słońce ale potem coś padało, zmarzliśmy, pilismy poncz pomarańczowy z dodatkiem deszczu, wygłupialiśmy się, miły dzień, tylko męczący doszczętnie.. jazda autobusem, ciągle na austriackim powietrzu, to przecież zmiana klimatu, dużo wrażeń, dzień wcześniej 2 godziny snu i pobudka o 4.30.. to wszystko zrobiło swoje.. po odespaniu czuję się bardzo nieprzyjazna otoczeniu i wzajemnie. zjadłabym jakąś ścianę gdyby podskoczyła. rozleniwia się we mnie poczucie, że mogę olać obowiązku, choć nie mogę. dowodem, że piszę bloga zamiast uczyć się do kolokwium, które już za 2 godziny. zdechło. siadło. wyjeżdżam już w piątek w nocy i dawno się tak nie cieszyłam na zmianę kraju. muszę tylko przypomnieć sobie angielski.
szlagier sprzed paru lat: 

 husky – iskrzy.
wkręca mi się od czasu justice, bibio i baths klimat elektryczny. nadchodzą zmiany. reformkor. 
a tomasz w gdańsku wdycha Hel.
przestronne metro:
masakra na ulicy:
bez mapy się nie obejdzie..
ujmujące zdjęcie:
słońce!:
kopuła!:
ferdynand! i jego zarost, którego pochodzenie jest następstwem bardzo długiej podróży pociągiem :) 
szynka w wielkim mieście:
:)
są sobie równi:
a nam coś doskwiera wyraźnie:
jej też:

a tuferi the imperator:
i znów sobie równi i parasolka:
wariacje na temat uciętych pomników:

seria z filarami:
drzewa w wiedniu:
tłumaczenia:
słupy:
rodzina pingwinów:
psychodele:
dom hundertwassera z szynką na przedzie:
ricsi w tych samych okolicznościach:
chichranie:

słupów ciąg dalszy:
mury:
i szunbrun:
:) lecę na zajęcia zatem.
Otagowane:  

budasztorm

Dodano 10 grudnia 2010, w ., przez pszygody

Naprawdę za dużo sdm’u. Ale wraca jak echo. Odbija mi się smutkiem mijającego roku. dużo tego było. za dużo.

znalazłam właśnie kartkę od szynki, tak z października:
„nawet jeśli świat stoi nieco krzywo, to wystarczy jedynie przechylić lekko głowę, by wrócić do porządku, który uspokaja zmysły.”
aplikuję sobie stinga, ale chyba bardziej działa pobudzająco na zmysły, zwłaszcza tęsknoty, rozgoryczenia i takie tam dziwaczne inne, o których w ciągu dnia zwykło się zapominać. 
dużo dzisiaj się działo. a wczoraj też. najpierw się uczyłam do późna i odrabiałam zadania, potem poszłyśmy do gabora I na urodziny, potem zeszlismy wszyscy do bufetu bo była wielka bibka mikołajowa, potem poszłam spać a potem jeszcze było rano <a o 2 się kładłam> i rano o 6.30 jeszcze przed słońcem wstałam na zajęcia.. potem znalazłam szilarda i udało mi się wreszcie dać mu tekst dla doktorka ko. :) bo już go dawno miałam od magdy i chciałam przekazać przez karolinę, ale coś wynikło, nie wiem co, bo nie zechciała mi powiedzieć i tekst nie dojechał, a rano jak spotkałam szilarda to musiałam, zachowując grzecznościowe formy, zwrócić się do niego z prośbą, żeby tekst zabrał.. grr..nawet poszło. a potem po estońskim skoczyliśmy w większym gronie polskim do csendes i tez było fajnie, a potem wymyślałysmy co by tu przygotować na wigilie, rapowałyśmy kolędy i wymyślałysmy układ synchroniczny do przybieżelich do betlejem.. :) stanęło na pierogach..
otóż koza nostra robi ciasto bo mówi, że umie najlepiej :)
lepimy, wałkujemy, robimy miny :)
a w międzyczasie szaleństwa panny magdy..
no i szefowa kuchni, gotuje:
dmuchanie:
próbing:
trafing:
a tu klasyka: tak, tej kobietki należy się czasem bać :) ale ja się tam nie boję ;]P
a tu już impreza mikołajowa..a gabor I miał urodziny :)
a koza wyciągnęła mnie na parkietting, ale na chwilę :)
i co ta koza tu robi? koza tańczy :)
no i rozdanie nagród za pingponga :) tylko, że rozmazane więc pomniejszam:
(tu istvan, organizator rozkłada sobie nagrody :) szampan dla zwyciezców, nasza zwyciężczyni nie przyszła na rozdanie i niestety obejdzie się smakiem..) (w tle szynka i gabor II)
tak, spać :)
pjosenek niet, keks niet :)



 

bu – deszcz – pa – da

Dodano 8 grudnia 2010, w ., przez pszygody

dzień mija jak strzelił. bardzo szybko, ledwo zdążyłam zrobić pranie, pójść do naszej alma mater – tesko i wrócić, rozwiesić pranie, zrobić obiad <jabłka z ryżem> i tyle, już 16 a w czwartek estoński i węgierskie, a pani duużo zadała, i dobrze. wczoraj był mikulás napja, rozdałam prezenty i też dostałam piękny kalendarz w owoce, żeby mi się zimą miło letnio robiło. 

wczorajszy dzień skończył się tak, że pojechałysmy do mupy, do pałacu sztuki, żeby wysłuchać koncertu jana garbarka.. bilety były koszmarnie tanie, na polskie: 4,5zł.. miejsca pod sufitem wielkiej sali balowej, garbarek był z daleka wielkości szpilki i wcale nie powalił mnie na nic, grał mało, dużo było solówek, nawet basista miał swoją, całkiem długą, pianista też ze dwie, też długie, garbarek solo prawie nie zagrał, tylko ze dwa zakończenia utworów, które też nie powaliły, niczego z mojej listy życzeń, niet! za to bębniarz zrobił takie szoł, że szok, bardzo interesujące rzeczy nam pokazywał. wkładał różne małe instrumenty, m.in.talerzeblaszane do wiadra pełnego wody i to dawało niesamowity efekt, fantastyczne to było, warte tego, żeby przyjść na koncert.
no a teraz już jest noc, drugi dzień, prawie 2 a o 8.15 tłuamczenie.. tylko pewno se nie wstaniemy.. za to odbył się dziś finał! halo halo! pszygoda pośród wszystkich węgierskich mistrzyńn olimpijskich wyszła, taka zielona, wystraszona ze swoja nowa rakietką o niebieskiej końcówce.. i doszla do finału! ale tyle by tego było, rozstrzeliła mnie o 5 lat młodsza dziewczyna, mechaniczna taka pomarańczka, bardzo spokojna, wszystkim trafiająca, nieruchoma, maszynarna. nikolett. ale trzeba jej oddać, że dobra jest bicza! :) no nic, wyszarpnęłam jej jednego seta i prawie drugiego, ale tak się tym podnieciłam.. że przypadkiem go przegrałam i wynikiem 3:1 zakończyły się osiedlowe mistrzostwa.. w czwartek rozdanie dyplomów i wręczenie nagród, juhu! :)
jeśli dostanę czekoladę, to przyrzekam i zarzekam się, że ją zjem, co mi tam :)
tak, i udaje mi się nie pić alkoholu od paru dni, dobrze jest. herbatka zawsze lepiej mi robiła.
ach, i jeszcze wcześniej grałam z gaborem, przed jego meczem, a było tak, że jego przeciwnik już od 2 godzin zajmował stół i ćwiczył ze swoim trenerem <profi> no i nam zwolnili stół na chwilkę przed meczem i oczywiście usiedli w 5 osób na widowni i musiałam  dobrze kręcić rakietką, żeby dorównać gaborowi i się nie zbłaźnić przed chłopakami. ale chyba się udało, bo parę razy rzucili niezłym komentarzem :)
bilansumot może mały:
- wygranych meczów w tych zawodach: 5 na 6.
- przegranych: 1 na 6 :}
- straconych setów: 3 w finale.
- widzianych janów garbarków na żywo: 1
- liczba mejli po węgiersku: należy dodać 3 do poprzedniej liczby
- dobrych serwów dziś: z 9, raz nikoletta oprotestowała mój piękny serwis tuż nad siatką, mówiąc, że to kis net był a nie był. zgodziłam się na powtórkę i zaserwowałam tak, że nie odebrała, hyhy.. za to potem mnie opykała przy swoim podaniu..ech.
- komplikacji kowalowych: 1 duża, tekst z jakichś dziwnych niezbadanych przyczyn nie opuścił węgier, a ja temu biedakowi naobiecywałam, że już w weekend będzie.. co to będzie! 
- pysznych obiadów: 1, sama! własnoręcznie.
- pomysłów na prezenty: 2 dobre plus jeden podrzucony przez interesantkę
- dziwnych myśli, 2, za to powtarzające się uporczywiej niż piosenka sdm’u o tym, że mogliśmy urodzić się w innych dekadach i co wtedy..
piosenka na dziś? podkradziona z fejsbuka od brata z warszawy: 

 tego trzeba słuchac głosno i w sluchawkach, baths – ‚palatial disappointment’
i jeszcze takie coś bombay bicycle club’u – ‚flaws’ prosto z dachu wykonawcy ;) 

co za postura mojej rywalki, proszę tylko spojrzeć, to skupienie..
co za prędkość! 
a kibiców było chyba z 15! wszystkie polki przyszły i jeszcze trzech chłopaków zainteresowanych moimi losami w turnieju:}
tu jemy jabłka w tramwajowni w drodze do west endu na zakupy
jeść albo nie jeść, oto jest pytanie.. ;}
tu się nieźle ucieszyłyśmy na taki widok!
a tu już mupa (widok z ulicy – to zielone)
i dowód rzeczowy
przy okazji 
od lewej: asia, jedna trzecia agaty, asia, ręce i głowa magdy, za nią jeszcze nasza wegierka od czekolady, przed nimi szynka, i jelenka;
widok z balkonu mupy
i tu
mam nadzieję, że dobrze widać jego trabkę? :) i wiaderko triloka? :)
z lotu ptaka.. ale za to za 4,5zł :}
mogłyby być siostrami, aj? asia w pepowym nastroju i znów 1/2 agaty w czerwonym
a tu dobry lans z asią II w kropkach
no wreszcie agata od ałfas ;}
jeszcze raz asia, bo z niej to jest taki oryginał, że śpiewa, gada o śwince pepie i chrumka, przy czym nakłania wszystkich też do chrumkania i dużo wskazuje palcem, paple ale tak słodko i wesoło, że nie ma się jej dość. :) ja ljublju. reszta też.
tak właśnie jest
no czas już na nas..
jó éjt mindenkinek
Otagowane:  

budapeszcz

Dodano 4 grudnia 2010, w ., przez pszygody

Piątek wieczór, przypomniało mi się właśnie, że gdym jeszcze spędzała zachłannie nastoletnie godziny życia w hostelach, zwłaszcza wieczorami i nocami, to dziwne było; i raz w nocy, już w nowym pokoju recepcyjnym, tym zamiast ruska, jak się kimnęłam spać, a nie wolno było <to po akcji, gdy natalia się przebrała w koszulę nocną na nocnej zmianie i ją o 6 rano wyrwał ze snu jeden z szefów> no więc gdym tak sobie kimnęła koło 4 i ciemno już było i tylko angole chodzili niespokojnym chichotem po ulicach – rozdzwonił się nieznanym, zastrzeżonym numerem mój telefon; ten sam, który teraz odmawia wciśnięcia się, pewnie z powodu zimy czy ogólnie ma focha; otóż, pytam uprzejmie, kto wtedy do mnie dzwonił?

piątek wieczór, zyram na halogen tesko i myślę sobie o gaborze, którego paula widziała (wczoraj?) jak sobie w śniegu śniegiem czyścił buty; bardzo mi to do niego podobne,  vicces, rendes emberecske; jak wszystko wypali to razem z nim pojedziemy do wiednia, jeszcze z ricsim i ferim; za tydzień. będziemy chlapać grzańca, jeść kulki mocarta i sacheru też spróbujemy, mam nadzieję. 
gadam do siebie, to chyba zły znak, ale za to szynka mnie lubi, to dobry. czasem, przeważnie mnie lubi i nawet wtedy mi mówi, że jestem fajna, a raz nawet dostałam od niej papierek kolorowy z napisem: ‚fajna jesteś, szynka’. powiesiłam sobie nad ‚sukcesem’, który nadal dumnie mi przypomina, że nie jestem byle kim, jeno licencjatem :)
czy to ekshibicjonizm, że lubię czytać mojego bloga? wy też tak macie? ciekawe rzeczy mi się przydarzały i mam interesujące spostrzeżenia! serio! jeno mnie martwi, że częściej pisałam kiedyś o minionych wydarzeniach, teraz częściej gdybię i wyprzedzam co ma nadejść. i dawno nie było bilansu. w wielu kwestiach też się myliłam. na przykład jak pisałam, że tata zdrowieje, że ma się lepiej. 
o, a rok temu jakoś, w grudniu napisałam, że mariszka w przeciągu tamtego roku znalazła miłość życia i obroniła licencjat i że mnie to spotka w nadchodzącym (czyli tym) roku. otóż: owszem obroniłam się, ale mariszka znalazła nowszą miłość życia, a ja ciągle się rozczarowuję. menażeria byłych jakaś nieporuszona, obecnych – nie istnieje. przyszłych byłych – co kot napłakał. 
egy kis bilans?
-częstotliwość łamania prawa dla dobra ważniejszej sprawy: 1krotnie, niebezpośrednio, rękami magdy, która uniosła brzemię oszustwa i malwersacji, zrobiła w sejczenim panów obsługujących ksero w bambuko i przekserowała starszą niż można książkę! hurra hurra! doktorek ko. na pewno się ucieszy. 
-wygranych meczów w pingponga w tym tygodniu: nie wiem ile dokładnie, ale wygrałam o finał i już mam pewne miejsce na podium, nawet jedno z dwóch najlepszych, nie chwaląc się.
-pomysłów na przyszłe życie: pięć, 1. zamieszkać w keszthely, ale najpierw musiałabym tam pojechać zobaczyć jak wygląda; 2. zamieszkać w budapeszcie, zapisać się do szkoły plastycznej i ucząc się języka – uczyć też robić użytek z plastyczności’m, 3. uzbierać na mieszkanie w krakowie, tam się osiedlić i do końca życia przyjmować znajomych na herbatę prosto z indii, chin i londynu. 4. zamieszkać na islandii, ale wczesniej tam pojechać i zobaczyć jak się żyje w mrozie. a może mi kto powie? piotrek wysłał kartkę niezbyt zachęcającą; za to my z szynka wysłałyśmy mu jeszcze mniej zachęcającą do budapesztu kartkę..
5. podróżować sobie, wszak nic mnie nigdzie nie trzyma. ludzie wszędzie podobni, nawet miejscami identyczni, gdzieś tylko bardziej, gdzie indziej mniej, czasem mocniej, a indziej słabiej. tak jest z ludźmi właśnie. 
-zjedzonych biochrupek z jakiejś dziwnej pszenicy: pół paczki 200gramowej
-irytacyj i niezdecydowań co do zostania/wyjazdu: 7
-frustracyj co do głupiego doboru daty wyjazdu i powrotu na okres świąteczny: 18
-nadziej na coś: 1 (niesprecyzowana i niepewna)
-braków pomysłów na prezenty świąteczne: 6
-wypitych dziś (ew.pitych właśnie) herbat z miodem i cytryną: 4
-poznanych (lub lepiej poznanych) matematyków w tym tygodniu: 2, z czego jeden w kaszkiecie z brzuchem, drugi pedig bez nosa, głuchy.
-imprez z warszawką w tle albo nawet na pierwszym planie: 1 i pół
-przegapionych zajęć <pijaństwo na węgrzech [prowadzi także do depresji oraz w efekcie często do prób samobójczych oraz udanych prób samobójczych> : 2
-(na)pisanych mejli po węgiersku: 14
-stresów, że ten język jest jednak za trudny: konstant
-miłych ucieszeń, bo babcia, której się zeszło z krzesła w tramwaju obdarowała w zamian krówką: 1
-zjedzonych krówek od babć z tramwaju: 0, twarda i jakaś dziwnie stara (krówka, nie babcia), poza tym nie jem slodyczy w dni powszednie. wiadomka.
-tęsknień za mariszką: kilkanaście;
-odczuwań dumy z tomka: 2 duże
-amplitud nastrojów: dziś? kilka.
a więc chlapię sobie syrop na kaszel, często też frycze z baru, wino z tesko, alkoholizuję się jak prawdziwy wyznawca dawnych węgier. (sprzed trianon) nie jem słodyczy, choć ten tydzień jest wyjątkowo ciężki, kilka razy chciałam zarzucić i sobie kupić taką boci z ciastkami i brzoskwiniami, albo kinderbueno.. ograniczam się do chrupek, bez cukru.
nie wiem, nie wiem co zrobić. 
żałuję, że jestem na tyle tchórzliwa, żeby marnować pomysły, które mi przychodza do głowy. że na tyle leniwa, że nie robię tyle, ile nakazuje mi ambicja, i że jestem tak mało ambitna, że robię tylko tyle, ile akurat muszę, a czasem i mniej. 
natalia się obroniła, jutro u niej impreza, fajnie.
chyba trzeba mi zrobić sobie plan działania i się pośpieszyć w tym roku z licencjatem; tak, drodzy koledzy i koleżanki, piszę kolejny, jestem hardkorem. 
tymczasem napiszę do ludzi w sprawie wiednia.. ktoś chce z nami?
the xx – shelter 

Otagowane:  

  • RSS