zana

Dodano 29 sierpnia 2010, w ., przez pszygody

Oprócz kilkudziesięciu much, spleśniałych kubków po herbacie i zagrzybiałego zamrażalnika w już lepszym stanie niż poprzednio, oprócz tego w mieszkaniu wszystko w porządku. kabla z internetem starcza mi aż do łóżka, ciocia wyprawiła mnie z imienin paćki z dużą ilością warzyw i owoców i z bułką nawet, żebym nie umarła z głodu, mam tu ponadto bieżącą wodę, żaluzje, prąd.. czego jeszcze chcieć. i sobie radzę sama, samiuśka w całym domu. patrzę na niegrające pianino, całe w czarnym smutku rozstrojenia, bezużyteczne, spróchniałe zapewne, zaskoczone nieużywalnością pięknych klawiszy z kości słoniowej. patrzę na fotografie moich dziadków i pradziadków. a może babciń i prababciń. słucham sobie smutów 
http://www.youtube.com/watch?v=gV_yOsFTRuo
 i jest mi nawet dobrze. nawet wygodnie. całkiem też ciekawy chłód wwiewa mi się przez okno na ramiona, jakby ktoś dmuchał na mnie zza poduszki. wieczorne myśli już mi się rozpuściły w senność rzęs. jeszcze tylko wymiana uprzejmości ze znikającym za łukiem brwiowym dniem, rozmyślanie o przestrachach z pociągu i miniętych stacjach. rano obudzi mnie zapach kurzu na meblach i zapewne deszcz. może jakaś mucha usiądzie mi na nosie. będę w różowym nastroju z kokardą w jeszcze rudych włosach. 

sojki nigdy nie lubiłam, ale ta piosenka nie chce ze mnie wylecieć, choć potrząsam rękawkami pamięci, i nic
http://www.youtube.com/watch?v=_VqH_UncFa0
 

bratniak

Dodano 25 sierpnia 2010, w ., przez pszygody

życie jest jednak piękne. można słuchać feist, emiliany torrini, muma..pić herbatę, biegać po parku i obserwować grających w koszykówkę chłopaków, myśleć sobie o marysi, która spędza wakacje w lubkowie, pisać sobie mejle z szynką, jeść ciastka, myśleć zamiast pisać, oglądać wojnę polsko ruską zamiast ją czytać. można znaleźć sobie daszek w akademiku taki za oknem w łazięce i tam przesiadywać w porach deszczowych. można też czasem cały dzień nie myć zębów, można nigdy nie być w willi decjusza i mieszkać w krakowie od 5 lat, można oddać swój rower pierwszej osobie, która się po niego zgłosi do mnie na mejla (różowy, z kierownicą, ramą, bez bagażnika, z popękanymi dętkami), można jeść miodzik, skakać po chodniku i rozciągać się i nie zdejmować słuchawek z beyonce gdy starsza pani narzeka, że musi sprzątać po brudasach butelki z kwietników, można wtedy mieć to wszystko w nosie i skupić się na piosence oraz na swoich starych adidasach, które już nie sprężynują jak na początku ale nadal biegają, można mieć mnóstwo kijów do wędkowania i nigdy nie pojechać na ryby, można od zawsze chcieć grać na jakimś instrumencie i nigdy się nie zacząć uczyć; można też na odwrót. można wszystko co się chce. wystarczy nie tylko chcieć. wystarczy powiedzieć sobie głośno: robię to, uwaga! zostać miliarderką, skarpetką, dostawcą pizzy, prezeską lub prezeskiem, herbaciarką przy jakimś starym meczecie, mleczarką przy jakiejś młodej krowie, analfabetką, poetką, pisarką, śmieciarką, tirówką, albanką, co kto lubi. 

życie jest jednak piękne. 
co za głos! helena majdaniec i ‚jutro będzie dobry dzień’ z 1963 roku.. 
http://www.youtube.com/watch?v=2IZzC5R4oxY&feature=player_embedded
 (ukradłam karolinie z fejsbuka)
i jeszcze the knife i ‚pass this on’, nie daje mi spokoju napięcie w tej piosence: 

 - tak już to wklejałam po PRLowej imprezie u szynki.. 
a to: people press play z piosenką: these days 

 są nominowani do wyświetlenia na tym blogu za swoją ładność.

bratniak na jablonowskich

Dodano 22 sierpnia 2010, w ., przez pszygody

całe szczęście, że mam tu w bratniaku krzesło na kółkach, bo ledwo mogę chodzić.. wczoraj z szynką poszłyśmy na połów butów do pływania dla jej mamy i kupiłam sobie kolorowe hantle po pół kilo i dziś, po przebiegnięciu z nimi tej co zwykle trasy, czuję się jakby mnie rozwałkował jakiś walec. i nie mogę chodzić. a co ciekawe ręce nie bolą mnie wcale. więc jeżdżę na krzesełku.

miałam wczoraj okazję w parku jordana obejrzeć konkurs poetycki, który wygrały dwie dziewczyny, których wiersze były nudne i tendencyjne, jedna pisała o okruchach na stole a druga o parkinsonie i raku; i coś mi się zdaje, że ten cyrk na kółkach był podstawiony. prowadząca pani żelazko sama pisze marną poezję, aż żal mi miejsca na cytat; i obawiam się, że mając lekki dryg do czucia co dobrą poezją jest i będąc w jury wybrała tylko takie osoby do ścisłego finału, które nie mają szans zagrozić jej twórczości. innego wytłumaczenia nie mam.
w każdym razie zjadłyśmy z szynka pyszne babeczki z gruszkami, kibicowałyśmy macie i jeszcze był olek i harcerze. harcerze poza tym są wszędzie. ach i jeszcze się spotkałam rano przy śniadaniu z monią i sandrą, które przyjechały (z połową polski) na coke festival. bardzo nam się wczoraj dobrze zaczął dzień. skończył się za to najlepiej. 
tylko biedna szynka pojechała do swoich gilowic z psychopatetykiem opętanym przez złego ducha.
i jeszcze mogłam sprawdzić jak bardzo przestała mnie obchodzić literatura, krytyka, książki i intelektualne potyczki na mega teoretyczne tematy, olek i karol nastawali na komentowanie wierszy Oleksandra, wierszy które nazywają: leśmianowsko-pornograficznymi. koncepty i zawijasy językowe wielce udane, zabawne i oryginalne, treściwo natomiast takie, że jako odbiorca kobiecy, przeczyszczony przez teorie feministyczne niechętnie się z nim identyfikuje; a jeślit to robię, to nie mogę się do tego przyznać. hm, jeśli olek nie spęka i prześle mi tomik na mejla, może coś tu zaprozentuję. manufaktura, to mnie teraz pociąga a przeraża, że tylko chińczycy, pakistańczycy i bangladesczeńczycy (bangladejczycy? bangladesceńczycy? no se:) zagarnęli cały rynek. najchętniej produkowałabym talerze i filiżanki czy coś.
tymczasem lecę na śniadanie z mondżą, sandrittą i olim.

no i zdjęcia:
tu bania
monia i sandritta w pełnej krasie
a takie atrakcje można spotkać na rynku (i w rynku)

a tu szynka pozująca na tle różnych ludzi:
najsampierw z marią curie-skłodowską:
potem z matą:
i z oleksandrynem:
i galeria błazeństw:
mata w dybach
i szynka w śliniaku

:)

a z piosenek radiohead i go slowly: 
Otagowane:  

medalikowo #3

Dodano 17 sierpnia 2010, w ., przez pszygody

to tylko tu można dostać opieprz za użycie prostownicy,

zostać nazwaną: ciocią przygodą albo czasami przegrodą
zjeść pyszny serek o składzie zawierającym serek i jeszcze  
zostać zaproszoną na alicję w krainie czarów w kinie domowym
i jeszcze znaleźć takie coś: 

 - feist i jej intuicja.
a w tekście antropologicznym znaleźć taki oto cytat: „Uważa się, że kobiety wniosły niewielki wkład do odkryć i wynalazków, przypuszczalnie jednak wynalazły technikę plecenia i tkactwa. Jeśli tak jest w istocie, to pojawia się pokusa odegnania nieświadomego motywu stojącego za tym odkryciem” – pisze (Freud). Otóż wedle autora wynalazek tkania i plecenia zainspirowała „sama natura” – kobiety splatać miały swe włosy łonowe, aby ukryć wstydliwy brak penisa. o wielkie nieba. 
chyba pora na historię mojego poznawania genitaliów. otóż jak byłam mała to tata miał w zwyczaju łazić po domu w samych galotach po kąpieli aż do ubrania się. i ja siedząc sobie nagle spostrzegłam, że tata ma coś w majtkach czego ja nie miałam, coś mu takiego się trzymało łona, o kształcie jakby pary skarpet i wyraźnie się zarysowywało za slipami. no i bardzo mi było żal taty, że mu coś wyrosło, do tego jeszcze mi nie odpowiedział na pytanie: co to jest. więc widocznie się tego wstydził. i wcale nie wstydziłam się ja, że penisa nie posiadam. głupi ten frojd.
już jutro kraków, szynka, jabłonowscy i cały ten kram.. a może i kramar.
Otagowane:  

medalikowo #2

Dodano 16 sierpnia 2010, w ., przez pszygody

lubię widok gołych nóg. jadąc pociągiem widziałam jakąś osobę w zielonym polarze z opalonymi brązowymi nogami. wyglądała jakby szła tylko w tym polarze. kolana tak jej się smiesznie uginały przy każdym kroku. tego by mi było brak, gdybym miała mieszkać w syrii. i deszczu. deszcz lubię,

nabieram chyba wprawy w życium, dziś mnie pani chciała wyrolować na pkp i sprzedać zły bilet ale biłam się o swoje z całą świadomością jaki rodzaj pociągu dokąd ma mnie dowieźć i w jaki mam się przesiąść i oto jestem, już po przesiadce w lublińcu cała pokrzywiona od różnych myśli i jeszcze od siedzenia, które wymusza prostą pozycję poprzez wbijanie w dół pleców plastikowego wybrzuszenia.

znalazłam sobie tymczasowego tatę, fitzgeralda, dostałam do czytania ze zbioru janasów jego listy do córki, która sobie studiowała na vassar i co lepsze rady sobie przywłaszczam. na przykład tata radzi scottino, żeby poznała dobrze poezję, bo jeden wiersz tak inspiruje, że można po przeczytaniu go napisać coś świetnego, tyle inspirujących wizji dostarczy. a skrzynie prozy pomagają napisać jakieś tylko popłuczyny.

biedny pan. właśnie go kontroler wyrzucił z pociągu, bo nie miał biletu a próbował dojechać do częstochowy. biedny pielgrzym. co z tego, że z łańcuchem na szyi i trochę zajężdżający wódą, łysy i brzydki i bez pieniędzy i niemiły.

trochę się martwię. zostawiłam po sobie spory bałagan w domu, rozmrażalnik otulony plastrem ręczników o duże jgramatuże. na szczęście mori jest kochana i pomoże. 

Najbardziej mi się podobają rady fitz. na temat wyboru faceta, posłuchajmy:

„Niewiele mi piszesz o poglądach X. Czy sprzeciwiłby się Twojej pracy zawodowej poza domem? Domyślam się, że ma wdzięk osobisty i konwencjonalne zalety, niezbędne dla powodzenia w interesach , ale prócz tego czy to jest jakaś indywidualność? Czy ma charakter? Albo wyobraźnię? Czy jest szlachetny? Czy czyta książki? Czy interesuje się czymś oprócz wygód życiowych i polowania na kaczki – sztuką, nauką? Krótko mówiąc – czy są w nim jakieś możliwości rozwoju, dzięki którym życie z nim będzie ciekawe? To nie przychodzi później, tylko albo jest dane człowiekowi od razu, albo się nigdy nie objawi.” (Francis Scott Fitzgerald, Listy do córki, wyd. z 1982, s.145)

Każda panna powinna czytać to co dzień rano, zanim wyruszy na polowanie. Albo wydrukować i nosić w portfelu, albo powiesić na ścianie nad łóżkiem, nauczyć się na pamięć i powtarzać jak modlitwę. E, chyba przesadzam?

Jadę w świat a tak mało wiem, tak mało rozpoznaję i tak słabo siebie znam. Szukać szczęścia nie wiedząc co mi je daje? Czyli próbować.

Mignęła mi piekarnia Musiorski, czyli już częstochowskie przedmieścia. It’s time.

tak rozweselająco beyonce i jej wielkie ego: 

Otagowane:  

medalikowo

Dodano 14 sierpnia 2010, w ., przez pszygody

Bob (pięknooki, krótkowłosy, miły, jamnikowaty z rasy kundel) i ja (z jednej strony, ja z drugiej strony mojego mopsożelaznego piecyka?) w zasadzie pokończyliśmy już swoje turnusy* na letnisku u janasów, ale każde z nas tu wraca, tak jak teraz. ja po kilkunastu dniach, bob po kilku godzinach. rozrywek jest pod dostatkiem, stół do pingponga w piwnicy, pianino w salonie, szkoła gotowania codziennie w dowolnych godzinach, pokaźna biblioteka i całodobowa terapia odstresowująca, a oprócz tego basen w ogrodzie, klub dyskusyjny przy karcianym stoliku nieopodal salonu i z herbatą, sad brzoskwiniowy, łąki i lasy za oknem, a wieczorem ognisko nad zalewem za miastem. Zrywamy polne kwiaty. Widziałyśmy piękny zamek w Olsztynie a bob trzęsąc się ze strachu przed burzą przyszedł spać u wezgłowia mojego materacu.

dziś po burzy czyste niebo. 
pielgrzymi zadziwiający. śpiewają przez megafony, kwiczą, walczą na świetlne miecze, wymachują balonami, urządzają ogniska na alejach, rozsyłają miłość spiewając: Jezus, Jezus, siaba daba da. pielgrzymowy folklor letnich miesięcy w częstochowie. 
już się nie boję ciem, tych grubych na centymetr i tych mitopodobnych, virginii woolf. 
ciekawe czy virginia bała się ciem.
turnus u janasów, oryginalnie zwrot użyty przez szona dla określenia pobytu psa Boba w gościnie u Tośki, psa janasów właśnie, i u janasów.  
muzyka na dziś jest taka:
lykke li: breaking it up w wersji trochę bardziej rozkojarzonej niż na płycie
i I blame coco, córka stinga z frapującym glosem
i dlaczego anglicy piszą ‚ja’ wielka literą, a ‚ty’, ‚wy’, ‚oni’ małą?
Otagowane:  

reykjavik

Dodano 10 sierpnia 2010, w ., przez pszygody
Czy jeśli się ma czarne oczy, ma się czarne spojrzenie narzeczywistość? A jak ma się zielone? Zielone oczy miała moja mama. Oprócz włosów wyglądała trochę jak Jaga Hupało. Pamiętam jak mówiła: oczy kocie, życie w złocie. Albo: oczy zielone, życie szalone. Mówiła mi: oczy piwne, życie dziwne. Ale teraz sobie myślę, że powinna była mówić: oczy czarne, życie.. marne. ale niech będzie moja wersja: oczy brązowe, życie.. obżartuchowe, pokręcone, smutno-wesołe, z zadartym nosem i bez piegów, z chrypą po całej nocy śpiewania i ze słuchawkami na uszach i w trampkach. Bez papierosów, z kolorowymi skarpetami, z wymyślaniem, z implikowaniem i imputowaniem, z katarem i przypadkowym plamieniem koszulek cienkopisem, z owijaniem książek kolorowym papierem i czytaniem ich w kibelku, i z gryzieniem końcówek długopisów. Chyba zjadłam za dużo orzeszków i dlatego mi się nie chce spać. Kolega Piotr pojechał na Islandię, oglądam zdjęcia i nie mogę przestać. Adaś wspominał, że można bardzo tanio przez Niemcy polecieć. I że nawet trzeba tam polecieć, bo to tak jak być w Stambule i nie zobaczyć wysp książęcych (czego z mariszką właśnie nie zrobiłyśmy, więc niemiłych Turków przyjdzie nam odwiedzić po raz wtóry).

 

Moje Ney nie chce zabrzmieć, mój gmail nie chce się odblokować, moja skóra nie chce się przystosować do polskiego klimatu, apetyt już mi się zmienił. Tylko tęsknie za pastą z bakłażanów. Jutro będę ciąć Szymka, który przystał na to, pomimo że ciągle nie mam na cięcie papierów. Mam różowy zeszyt do notatek na licencjat i już mam w nim Markiewicza. Dzięki daniellssonowi, który mi przesłał cały rozdział, Gracias Amigo. skończyły mi się ciastka a malin nie chce mi się iść wyciągać z lodówkii myć. Z szynką jeszcze rozmawiamy. Ale chyba trzeba położyć się. To trochę słabe mieć przyjacielkę szynkę, gdy się jest wegetarianką. Bo nie mogę powiedzieć, że nie lubię szynki. 

piosenka znalazła mi się mocno przypadkowo, jest taka, że nie mogę nie wrzucić. 

kocham polskie podwójne zaprzeczenie.

natalie merchant ‚my skin’


http://www.youtube.com/watch?v=V1LegWs8xdc

dmę też w moje ney i ciągle nie brzmi, 
czytam markiewicza i już się zamartwiam, że nic z tego nie będzie,
odwiedzam tatę,
myślę o rowerze, który został na wichury w piwnicy,
marzy mi się żeby nad morze,
kupiłam też drugą płeć z zamiarem przeczytania,
jadę do maryszki.
z podsumowań:
tyle się dzieje, a ja mam wrażenie stania w miejscu;
nie mogę znaleźć siły, żeby odwiedzić ciocie, jeszcze im nie zawiozłam podarków..,
na razie niektóre rozsyłam pocztą, albo zostawiam na czas spotkania.
kończy mi się proszkowa herbata z turcji,
mam już pierwsze zdanie mojej książki, ale ciągle je przekształcam,
zjadłam dziś trzy ibupromy z okazji burzy, której nie było,
zastanawiam się ile pozycji musi się znaleźć w bibliografii polonistycznego licencjatu. 5 wystarczy?
zastanawiam się też nad usunięciem konta na facebooku, ale to by było chyba zbyt drastyczne. 
chodzę po mieście i zastanawiam się: robienie czego sprawia mi przyjemność?
robienie herbaty,
robienie głupich min do dzieci,
malowanie oczu na kolorowo, (czego prawie nie robię)
planowanie, planować lubię najbardziej, np. planować to czego się nauczę, to gdzie zamieszkam, z iloma psami, kotami i przy którym z mórz.
lubię też pić herbatę z marysią, szkoda że mi za to nikt nie chce płacić.
i jeszcze lubię słuchać rzewnych kawałków,
kupować
i czytać książki.
tak.
Otagowane:  

karski

Dodano 8 sierpnia 2010, w ., przez pszygody

gorączka sobotnich nocy to już chyba nie dla mnie.. tomek zabrał mnie do zupy na imprezę. dawid orzekł, że od początku widać, że się męczę i nudzę i że on w ogóle nie wie po co mnie tomek męczy. męczyłam tomka pół dnia, żeby poszedł sam, bo ja tam nie pasuję. nie pomogło. ale starałam się nie wyglądać na znudzoną i kontaktować z ludźmi, ale sami uciekali.. oglądałam więc przez plastik mojej gazowanej mazowszanki dziewczyny śmiejące się po dużej ilości alkoholu, z dużymi biustami w odsłonie i nierzadko z pupami w obcisłych spódnicach też w odsłonie. potem było wymiotowanie i akcja przenoszenia ciał z kibla do pokoi. wcześniej te same ciała jadły na kolację komary, których rój. dwie siły muzyczne scierały się przez pół wieczoru, hardkory z rzewnym popem; aby to pogodzić wcisnęłam na jutjub darwina deeza, ale został przełączony tuż przed końcem. nie śpię. tomek jak dziecko padł po przyjściu. zawinęłam się w koc i rozmyślam. na przykład nad tym dlaczego nie idzie mi pisanie i czy to aby na pewno wina braku wygodnego krzesła, oświetlenia, stołu do pracy i czytania, kompa, którego mogłabym wziąć do czytelni <mój, przypominam nieuważnym czytelnikom, stracił podstawową dla laptopów funkcję, mianowicie nie jest przenośny, bo 1) zepsuła się bateria, trzyma pól minuty bez zasilania, 2) zepsuł się zasilacz, o ile nie podtykam pod wejście książki – nie działa, i w reszcie 3) nie działa mi ‚d’ i ‚f’ (to od zalania kefirem) zawsze muszę wklejać, a to jest strasznie upierdliwe..).. no więc to raczej mój stan psychiczny. ale mam silne postanowienie że już od jutra. zaraz po tym jak wrócimy od tomka, bo rano musimy nakarmić kota.. 

piosenka bona iverego, taka całkiem: 

 
już go kiedyś wklejałam ale w duecie, ze ścieżki dźwiękowej do ‚new moon’, a to jest solo. 
skoro na blogu nie mogę napisać wszystkiego co myślę, to chyba powinnam pisać książkę i wydać ją jak już nikogo to nie będzie obchodzić, co sobie teraz myślę. 
dziwnie. 
wypiję sobie ciepłe kakao i może wtedy zasnę.
Otagowane:  

ostr

Dodano 6 sierpnia 2010, w ., przez pszygody

odkąd zostałam wegetarianką znacznie zwiększyła się ilość spożywanych przeze mnie żelek. to chyba nie tak powinno iść. odkąd wróciłam z damaszku wszystko mi zobojętniało. tomek mówi, że to brak słońca. mnie się wydaje, że to brak damaszku. odkąd wróciłam znów chce mi się jeść ohydne rzeczy, np. rurki z nadzieniem, te żelki, ciastka i czekoladę. jeden jedyny raz gdy mnie do tego nie ciągnęło zdarzył się w damaszku. i jakieś trzy lata temu. jakoś samoisnie wychodzi mi apoteoza tego miasta. co w nim jest takiego? tam się nawet wrażliwość inaczej objawia,sigur ros nie pasuje do klimatu, podobnie mum czy hjaltalin. tego się tam nie chce słuchać, tak samo jak się nie ma ochoty na czekoladę; oba zjawiska topią się od ogólnego słońca. słońce wskazuje na inne smaki i rytmu, chce się podskakiwać i klaskać, albo patrzeć w granatowe niebo przy dźwiękach ney i śpiewie liny szamamian. nawet mam jedno nej w domu, ale nie potrafię wytworzyć odpowiedniego ‚zadęcia’ żeby zagrało. ludzie piszą, że do tego trzeba tak z miesiąca ćwiczeń.. 

 tak, pan jest niezły. 

słucham więc sdmu. majki. z nim będziesz szczęśliwsza i jest już za późno. i jeszcze czwartej nad ranem, o pisaniu do siebie listów. 
chyba zostanę fryzjęrką, naprawdę. szimi pisał do mnie, że kiedy wracam bo chce się u mnie obstrzyc. tomek wczoraj bardzo był zadowolony, gdy skończyłam go ciąć. siebie i mariszkę podcinam regularnie; szwarckopf robi takie kursy za 2ooozl. trzeba przemyśleć. kiedy by tu na to pójść? 
mam, widać problem z animusem. tym przekaźnikiem, który odpowiada za export moich pomysłów do świata. chyba się ze sobą pokłóciliśmy. nic ze mnie nie wychodzi artystycznie inaczej niż w postaci pomysłów. a to znak upośledzonego animusu. bo sam pomysł to mało. potem jest jeszcze kilka etapów. ja blokuję się u podstaw, jak zepsuta śrubka, jakoś się nie mogę wkręcić. jem za to malin, pyszne tego roku.
świetna piosenka, a w krakowie burze;

osterdam

Dodano 2 sierpnia 2010, w ., przez pszygody

Smutno mi, Boże. od kilku dni łażę i to powtarzam. Nawet radość z zobaczenia Timka odgoniła smutek tylko na chwilę. próbuję się przystosować, zrozumieć co się stało. ale mam wrażenie, że brakuje mi całego świata. tak jakby w syrii ktoś skondensował cały świat i go tam zamknął w buteleczce. nawet jagody prosto z lasu nie smakują już jak kiedyś. perspektywa się mocno zmienia. nagle znajduję siebie w mieście, gdzie nie mam co robić. chodzę po nim i kupuję dziwne rzeczy, jakieś pilniki, poduszki.. cukierki się kończą, ze smaków damaszku mam jeszcze tylko zatar i pastę z granatów. i parę zdjęć. nawet nie wszystkie, bo nie miałam na co zabrać.

byłam pewnie w najpiękniejszym miejscu w europie a i to nie zrobiło na mnie takiego wrażenia jak syria. stambuł duszny, wilgotny, europejski, nieprzyjazny, do tego bardzo duży i piękny; nieprzyjazny poza adasiem, którego poznałyśmy w najgoszym hostelu świata; uroczy chłopak ze szczbrzeszyna^^ gdybym miała wymienić co nam się niemiłego przydarzyło od momentu opuszczenia damaszku to by mi nie starczyło kartki, więc dam sobie spokój. najważniejsze, że nas nie okradziono, że w końcu obie wyzdrowiałyśmy, maryśka ze ślepnięcia a ja z duru brzusznego. adaś nam umilił całą tę podróż swoim absurdalnym poczuciem humoru i zachęcanim nas do siadania w coraz to wygodniejszych miejscach. 
rozbeczałam się, gdy babcia z długą twarzą się przytuliła na pożegnanie; powiedziała, że mamy obie wracać bezpiecznie. do damaszku oczywiście. potem jechałyśmy chyba 70 godzin do stambułu autobusem, pan skasował nas srogo  za hostel po czym oznajmił, że nie ma dla nas pokoju na tę noc. ale w końcu przespałam się 3 godziny i poleciałam do maryśki, która nie spała sobie wcale już chyba trzecią noc i na balkonie i robiła zdjęcia. potem w dwa dni zwiedziłyśmy tyle ile się dało, czyli 2 meczety i jeden pałac, przepłynęłyśmy się promem i pojechałyśmy na lotnisko. ludzie zwariowali, kupują kawę za 30 złotch i jedzą 15 ml.lodów za 10, obłęd. polska bardzo jest ładna i miła, ludzie milsi od turków, tylko podobnie zagubieni; ech, sprobuję się przypasować.. ale coś mi to wszystko.. piję turecką herbatę habłkową, duużo cukru. kupiłam też sobie na pocieszkę malinowy balsam do ust. ech..


 to jest pani, która dla arabów jest tak oczywista, jak dla nas majkel dżekson i fredi merkuty, fairuz; piosenka bardzo dobra.
no i trochę fott:
taka byłam wesoła :)
tłumaczenie różnic międzykulturowych c.d.
czułość tatusiów w syrii
anas na gorącej linii ze swoją nargillą^^
z bliska
abu ali i jego zdrowy tryb życia, szisza, papierosy i cola; jedna szisza to ok.2 paczki papierosów ale gliceryn którą dodają do środka daje jej delikatny smak i ładny kolor dymu, nie dajcie się zwieść.. 
motyw przewodni: kolor
znajdź mariszkę na obrazku:
najlepsza pizza w mieście: u państwa naszałatich^^ (tu połowa rodziny)
ruch uliczny
the lazy one
gorąco było..
malula: miasto tekli i jezusa
więc chłopaki robą zdjęcia
ktir arab^^
coś się rozkojarzyliśmy, a pan chciał za pozowanie kasę, cwaniak :)
pierwsza z ostatnich nocy w damaszku, alaa ma wyjątkowo wysoką fryzurę^^
zwróćcie uwagę jak bardzo mi się udało rozbawić anasa^^
babcia z długą twarzą we własnej osobie i kuchni
widok z hostelu w stambule o świtaniu
i w południe
z adasiem
jakiś meczet
szparki zakamarki
kiedy marysia oślepła
niebieski meczet, ten w którym czuć skarpetkami
becoming a Muslim..
..is fun^^
tu się łączy szczebrzeszyn ze stambułem
ostatnie wspólne siedzenie na ulicy
inaw..
Otagowane:  

  • RSS