dimaszek

Dodano 26 lipca 2010, w ., przez pszygody

słucham sobie turnała ‚zostań ze mną’.. 

tomek cały w kazachstanie, po trudnej przeprawie przez kijów i z opóźnionymi dwoma samolotami. a my z mariszką dziś rano się spakowałyśmy, potem poszłyśmy z amerkiem na śniadanie i jakoś tak się stało, że w rezultacie zostałyśmy na kolejne dwa dni zamiast jechać 5 godzin temu do stambułu. hmm.. jakoś nam tu za dobrze w dimaszku. a w krakowie leje, gmail nigdy się nie myli. kramar się zaręczył! nie mogę uwierzyć :) życie gna do przodu, tylko patrzeć jak urodzą mu się dzieci, a ja dostanę podwójnego podbródka.. tego chyba boję się najbardziej. jest taka piosenka, którą mi puszczały chłopaki, jeden pan: Hossam Tahsin Bek zakochał się w natalie i napisał o niej piosenkę; pani Macadi Nahhas bardzo ładnie ją wykonuje; już ją prezentowałam na blogu. a tu link do oryginalnej wersji: 
http://www.youtube.com/watch?v=tjPQ9FZDigk
 <thanks to anas the original one> w tle widać córkę Hossama i Natalie:)

przegapiłam koncert gorillaz, nawet bilety nie były takie drogie, ale nikomu tak nie zależało na pójściu jak mnie, więc nie było sensu.. raj bez ludzi to nie raj :) <taką mądrość wyczytałam dziś z gazety.pl>
przekładamy więc z maryjką wyjazd, tak nam się nie chce.. a po drugiej stronie długiej podróży czeka nas świat cudów. zatem łatwo sobie wyobrazić jak nam tu musi być dobrze. nawet już dostałam pożegnalny prezent od ali, a ciągle nie wyjechałam, to jak to?

syria będzie mi się kojarzyć na pewno z truskawkami. chociaż żywo rosnących tu nie widziałam za to wczoraj zrobiłam sobie piękne truskawkowe ciapki na białej bluzce, chciałam dorobić więcej, ale maryjka wygoniła mnie z mydłem do łazienki i kazała spierać. będzie mi się kojarzyć z owocami, dojrzałymi brzoskwiniami, arbuzem, humusem i pastą bakłażanową, której nazwy nie mogę zapamiętać. z upałem i największą ilością kawy, jaką w życiu wypiłam. nawet w najcięższe dni na wichury z marysią nie wypiłyśmy tyle, nawet z afterejtami. jeszcze z pysznym chlebem i serami. z gejami jako barierą albo mostem między kulturami. z latającym dywanem i latającymi mikrobusami. z niemożliwymi kierowcami. z babcią z długą twarzą, pifpafem i karaluchami. z falafelem i z the royal cat. z klimatyzacją, jako dowodem na istnienie boga. z jedynym miejscem na świecie, do którego nie pasuje czekolada, o której się tu nie myśli ze względu na ekstremalne warunki pogodowe. z leniuchowaniem ciałem i galopadą myśli. z wiatrem. i jeszcze z wielością wielości i śpiewem muezinów, grajków w knajpach, ciszą i odpoczynkiem. pięknym niebem. 

tak, zjem sobie może cukierka z puli tych do rozdania po powrocie:) <to był głupi pomysł, żeby je kupić na kilkanaście dni przed wyjazdem>
Otagowane:  

damask ****^#

Dodano 24 lipca 2010, w ., przez pszygody

drogi pamiętniczku.. od wczoraj dni nabrały rozpędu. im bliżej jesteśmy stambułu, tym mocniej i lepiej spędzamy czas w damaszku. zakochałam się w idei zamieszkania w azam palace albo przynajmniej w czymś podobnym, z fontanną w pośrodku i drzewkami pomarańczowymi i kotami. zrobiłam kolejne zakupy prezentowe i nazbierałam sto milionów wrażeń do mojego beretu ze wspomnieniami. no i jeszcze potem nadeszło dziś. rano się ociągałyśmy ze wstawaniem, amer, co jest zaskakujące, zaspał, alaa tym razem wcale nie, rozpływaliśmy się w słońcu szukając mikroba do maluli, a potem przyklejaliśmy się do siedzeń, ale malula jest tak piękna, że trzeba tam jechać nawet gdy temperatura jest niepokojąco bliska 50 stopniom celsjusza; celsjusz, co za osobnik. dziś było lepiej. odwiedziliśmy sanktuarium świętej telki <!> i poszliśmy zjeść śniadanie, bo to wczesna pora była, coś koło 12.. 13? trafiliśmy do bardzo ustronnej i miłej domo-restauracji gdzie spędziliśmy kilka godzin, tak z 6. gadaliśmy jedząc i pijąc. nie wyobrażam sobie lepszej pieszej wycieszki :) po zachodzie słońca wyszliśmy stamtąd ukołysani grą i śpiewem jednego pana araba, który był mistrzem uda. grał pięknie. no i poszliśmy zobaczyć jeszcze panoramę maluli i nie zrobiłam zdjęcia, bo jestem zachłanna i postanowiłam zachować ten widok w pamięci tylko dla siebie. a jak kto chce, to niech jedzie. potem się okazało, że nie ma dla nas już mikrobów, żeby nas zabrały do shamu, to jest do dimaszku. no i chłopaki musiały się mocno nachodzić i nagłowić i natargować, żeby nas ktoś odwiózł. tak czy owak 60 km.taksówką kosztuje tu ok. 60zł. więc w sumie niezbyt wygórowana cena. za przejażdżkę trzeba zapłacić 10 funtów syryjskich, czyli ok 0,6zł. świat jest nasz! za falafel, bułkę z zapiekanym humusem, co smakuje w zasadzie trochę jak mięso z makdonalda płaci się 15 f.s., czyli no złotówkę. a najada się człowiek po wszystkie uczy. obiad w restauracji można mieć tak już za 100, 150, zależy co się zamawia. za trzy kawałki pysznej ryby, zawsze bez ości, z frytkami płaci się 220f.s., przy czym rzadko zdarza nam się z maryjką zjeść całość (gdy bierzemy jedną porcję na pół). tak już tu jest. ale za aparat nikona na przykład to trzeba zapłacić bardzo dużo. ktir. 

ależ się ze mnie wychyla wrażeń! i ta malula.. to tam gdzie ludzie mówią jeszcze językiem jezusa. czyli po aramejsku. i te widoki, trochę jak meteory w grecji, tylko jakby spokojniejsze, pyłowate, bardziej ludzkie.
mariszka właśnie siedzi wśród cukierków i rozdziela bo kupiłyśmy dużo rodzajów i mamy każda po 2 kilo. hm, kto to będzie niósł? :)
syrja rozśmiesza, uczy i zaskakuje. np.dzisiaj dowiedziałam się jakich tortur nie warto stosować na syryjczykach i dlaczego. oraz że nawet syryjczykom bywa gorąco nie do zniesienia i się topią jak serki. i że lubią tak jak my leniuchować. i że oni tak naprawdę na siebie nie krzyczą, tylko ten ajn brzmi tak cieżko-strawnie. o i jeszcze jak dużo czasu potrzeba syryjczykowi do strawienia pyry^^ 
i amer przyniósł po tej całej szalonej wycieczce jeszcze kolację dla nas, i był magdus, czyli bakłażan z taką czerwoną pastą i orzechami w środku, i był prawdziwy domowej roboty dżem z takiego czegoś co marysia tego nazwy nie jest pewna, mówi, że to jakby zmieszać grejpfrut z pomarańczą i cytryną, i to jest chyba skandyzowane i obsypane płatkami kokosowymi. mm. no i amerek widać, że ma dobre serce :)
i teraz nam lata komar i jest taki mały, że go, cholery, nie widać. o biedne my! a teraz maryjka się pakuje. nie wiem co ją napadło, żeby akurat teraz..
nic to, i’m going hunting..
 

syriah

Dodano 19 lipca 2010, w ., przez pszygody

Meet Syria. umawiasz się na 10, spotkasz się pewnie koło 12. tak jak my niedawno z okazji śniadania. chłopaki lubią co jakiś czas zrobić sobie wspólne śniadanie w jednej z pięknie ufontannionych w pośrodku restauracji. popalali sobie fajkę wodną robiąc nad nami prześliczna chmurę zapachu, która przypominała malinową mambę. tak sobie na nas czekali paląc, bo amer miał ochotę pobłądzić w upale po ulicach damaszku, więc krążyłyśmy z nim z marją a słońce lało się na nas wodospadem. śniadanie przebiegało prawidłowo, chłopcy jedli i dyskutowali o komputerach, javie, progresie itd. anas dodatkowo kontaktował się ze swoją nargilą <są na to dowody w postaci zdjęć>. potem poszliśmy nas zaprowadzić do sklepów. skacząc po uliczkach damaszku poczułam się tak jakoś inaczej. a moje ciało próbowało tę inność jakoś wyrazić i zachowywałam się dziwnie. bo tu się kobiety poruszają bardzo dostojnie. a mnie się tak nie chciało. mój wewnętrzny bat wyobraźni młodego półmózgiego podlotka pogonił mnie <niby lolitę w przerwie między jedzeniem lodów a wycieraniem się ręcznikiem kąpielowym po kąpieli> do podskoków. i zrobiłyśmy z marją zakupy. i następnego dnia wybrałyśmy się też na zakupy, a było to wczoraj. kupiłyśmy ostatecznie pudełko kolorowych żelek, które zjadłam całkiem sama. inne zakupy już miałyśmy w nosie, zatem odpokutujemy dzisiaj. ale na razie jest przegorąco, mimo że już dużo lepiej. poza tym inni mają gorzej, np. 60 stopni tam w zatoce hen, nie do wiary. dziś już mnie nie gryzł w nocy komar, co miało miejsce jeszcze wczoraj. z bezsiły i duchoty prawie się rozbeczałam, taka biedna i bezsilna. a gryzł mnie skurczybyk zawzięcie kilka dobrych razów. nawet w czoło. nawet i w powiekę, co mnie rozwścieczyło doszczętnie i przez chwilę bałam się, że dostanę nieodwracalnego niedowładu w powiece. aż go przypadkiem, komara, zabiłam zwyczajnie drapiąc się po ręce. 

babcia z długą twarzą chyba się na nas obraziła, bo marysia nie oddaje jej regaliów, myt i ceł, które w tym państwie reżymu babci żubran przybierają postać obowiązkowego, codziennego wysłuchiwania opowieści o wnuczkach szacownej długiej damy z twarzą, opowieści okraszonej tłustymi zdjęciami nalanych wnuków i wnuczek. wszystko z apetytem przeżuwane przez babcię w małych porcjach każdego dnia. 
wiem co marysia miała na myśli radząc mi za radą amera, żebym próbowała nie panikować gdy robi mi się gorąco i mam wrażenie, że to nigdy nie minie. wrażenie jest oczywiście słuszne i prawdziwe, ale panikować nie można, bo ze stresu robi się jeszcze cieplej. poza tym chwilami wieje wiatr, chwilami gaśnie słońce a ziemia mimo, że wypluwa z siebie wszystkimi szczelinami ciepło, nie jest aż tak gorąca. 
tak, dopiero 14, zjadłam kubełek lodów, wypijam wodę, zaraz pójdę znów pod prysznic, żeby nie panikować, a potem pójdziemy połazić. 

wczoraj marja pokazała mi ładne miejsce w centrum damaszku, całe w kwiatach, cieniu, starych murach starych budowli, pełne tradycyjnej sztuki tworzenia szkła, butelek, ozdób, torebek ze skórki, puf, kotów, książek, złota i przedziwnych wyrobów ze srebra i kamieni szlachetnych. wszystko z dala od tłumów. weszłyśmy do sklepiku z chustami i pan pamiętał mariszkę a kupowała tam trzy miesiące temu. tu jest jakoś inaczej z pamięcią. ludzie się o nią bardziej troszczą, tak samo o osoby, które spotykają, są milsi i troszczą się o to, żeby zachować wszystkie informacje o tym, komu się przyglądają. świadomsza świadomość? wychodzę tu na najwredniejszego człowieka świata. trochę się w tym gubię. u nas w dobrym tonie jest być ironistą, szczytem mody jest przerzucanie się uszczypliwościami i wsmarowywanie ironii w nos ze śmiechem. tutaj to nie przechodzi. i dobrze. uczę się więc być miłą, milszą. 
mamy dziś z maryjką „miłe aktywności, lepsze niż picie wódy”, czytamy wiersze. był i tetmajer, był i tuwim i jeszcze barańczak. proszę bardzo:











Kto ci powiedział, że cokolwiek jest na zawsze?
Czy nikt ci nie powiedział, że nie będziesz nigdy
w świecie czuł się jak u siebie w domu?

niedługo ramadan, wszyscy, wierzący czy niewierzący muzułmaninowie przestaną jeść i pić od wschodu słońca do zachodu. (to trochę jak nasze boże narodzenie, obchodzą ją katolicy i ateiści; oczywiście zwyczaje są inne, bo my się przejadamy do granic możliwości, tu to przybiera prawdziwie najpierw fizyczny wymiar, ale szybko uaktywnia się zapewne przepakowany zazwyczaj jedzeniem wymiar duchowy>) maryjka tłumaczy, że wtedy arabowie wysyłają szalone ilości pieniędzy dla głodujących dzieci w afryce, bo zdają sobie sprawę z tego, jak to jest czuć głód i pragnienie. gdzie my, europejczycy, kiedy tego doświadczyliśmy ostatnio?
wczoraj miałyśmy ochotę tylko usiąść w parku i wypić sobie pyszne piwo bezalkoholowe o smaku granatów. weszłyśmy do najbliższego sklepu, o, akurat alkoholowy sklep. zapytałyśmy a pan bardzo zdziwiony naszym pytaniem odparł, że ma tylko wszystko z alkoholem. potem wieczorem wychlapałyśmy nasze premiumy 0% ze smakiem. była pierwsza w nocy, lekka bryza świeżego tlenu fruwała nad nami, rozmawiałyśmy długo jak i w ciągu dnia. tak tu sobie przeżywamy. ale już niedługo stambuł.
 

damask ****^

Dodano 15 lipca 2010, w ., przez pszygody

karaluch może przeżyć trzy miesiące bez jedzenia i miesiąc bez wody. największe osobniki <amerykański gigantyczny i australijski: ok 9 centymetrów, australijski do tego waży ok.30 gramów>. żyją stadnie, więc jeden którego spotkałyśmy z marysią na pewno ma tu rodzinę. na ziemi jest ok.3500 gatunków karalucha. żywią się jedzeniem gromadzonym przez ludzi, stąd ich obecność w spiżarniach; lubią ciepło i wilgoć. mogą znieść promieniowanie radioaktywne 100 razy większe niż szkodliwe dla człowieka. znieść bez uszczerbku dla zdrowia ich czterech skrzydełek, z czego dwóch mocno chitynowych, kuloodpornych. ale ostatnio z niewiadomych przyczyn zaczyna ich być coraz mniej i niektórzy naukowcy chcą, by włączyć je na listę zwierzaków zagrożonych. najzabawniejsza w karaluchach jest ich nazwa.. wiele narodów nazywa je tak, jak znienawidzoną nację.. w tej grupie nie są wyjątkiem polacy i węgrzy: stąd prusak i szwabbogar. przenoszą wiele chorób, na jednym karaluchu może znaleźć się 80 chorobotwórczych bakterii, powodujących m.in.żółtaczkę, gruźlicę, dur brzuszny.. karaluchy zżerając to, co po nas zostaje; likwidują pożywkę dla grzybów. w azji i afryce często same są zjadane; gotowane lub surowe. mają białko i witaminy. niektóre potrafią wytrzymać 45 minut bez tlenu. mogą wytrzymać pół godziny pod wodą. mają też nóżki, które pozwalają im chodzić trójwymiarowo, maryśka też twierdzi, że syryjskie karaluchy latają, ale nigdy jeszcze tego nie widziałam. 

także mieszkamy sobie z karaluchami, jestem nimi zafascynowana, i tylko trochę się boję.
moje tłumaczenie idzie bardzo powoli, moje rysunki utknęły, maryśka mnie przejada co dzień, właśnie zaszło słonko, zapada zmrok. karaluchy ożywają.
tak, dziś jest o wiele za wszystko. i turnau.
napiłyśmy z marją w pewnej wietrznej knajpce półtora litra wody na pół i ja jeszcze lody a marjajeszcze smuuti, no i biegłyśmy do domu na siku. z nadzieją, że karalucha już nie będzie. weszłam pierwsza i wyskoczył mi przy spłukiwaniu tuż pod nogi. ale w trosce o marję nie krzyknęłam, tylko ją popędzałam, żeby szybciej wychodziła. jak wyszła to jej powiedziałam, że on tam jest. i był. siedział sobie na ścianie. cały w pąsach. zawołałyśmy babcię. weszła z pifpafem, psiknęła z niewzruszoną miną, taka babcia z długą twarzą, w halce z prześwitującymi białymi majtami, z pifpafem w ręce, zasprejowała karalucha i ten sczezł w 30 sekund! nasza babcia jest lepsza od bomby atomowej^^
maryjka niestety spłukała go zanim zdążyłam poprosić, żeby pozoliła mi zrobić dokumentację, zatem jest tylko zdjęcie z przedwczoraj, gdy bumelował na ścianie..
 

damask ****

Dodano 14 lipca 2010, w ., przez pszygody

bożejezus, maryśka karmi mnie solonym arbuzem i fusami od kawy. i jeszcze twierdzi, że odkryła, że arbuz jak się go nasoli na parę minut przed podaniem to jest słodszy. no spróbujcie sobie. jak dla mnie, to taki arbuz smakuje jak chlor i traci całą słodkość. ale po chwili się o tym zapomina. poza tym każdy by zapomniał pod surowym wzrokiem żłopiącej kawę maryszki. 

jestem szczęśliwa. nie wiem co to jest, to co mnie ogarnia. może mejl od pana Martona Belika, który pisze, że jestem stypendystką już na 100% i dostanę furę pieniędzy i jeszcze kartę ubezpieczeniową? może on. a może to syria i to wszystko, co w niej najlepsze, a czego maryśka mi z chęcią dostarcza? 
jak stare dobre małżeństwo siedzimy sobie na balkonie, przynosimy sobie lemoniady z lodem, solone arbuzy i kawę, nawet są ciasteczka. czytamy o kancie według kołakowskiego <marysia> i elfriede jelinek <ja>. chyba się weselę, bo nie ma mnie w tym bagnie, które opisuje jelinek. jest tak depresyjna, że jak oderwę wzrok od brydżet i heinza i ich smutnego losu – dopada mnie wiatr, słońce, szuszone kwiatki babci na balkonie, maryśki spokojna buzia, moje wesoło i bezwiednie rozczapierzające się palce od stóp, paragołębie kopulujące w najlepsze tuż przy nas, w zaufaniu.. zjadam sobie ciastko i mi dobrze jak nie wiem. nic nie muszę. niczego nie chcę. oddalam się od siebie jak guzik co wypadł z płaszcza, bo był przyszyty ostatnią nitką. lecę sobie z wiatrem na latającym dywanie i mi tylko trochę ciepło w pupę. reszta jest już tylko moja. 
dzisiejszej nocy nie mogłam spać. za ciepło, za duże wrażenia. po wysłuchaniu całej vespertine zasłuchałam się w bezdeszczowym huraganie na zewnątrz. to on sprawił, że dziś można oddychać, a powietrze nie przypomina wypuszczanego z pyska autobusu wysiłku silnika. coś uderzało regularnie przez pół nocy, tak głucho, jakby kogoś bito. to zdaje się drzwi.. ale nie miałam odwagi wstać, szukać, zamknąć. może to duch męża babci? nad ranem śniły mi się skrzypce, bardzo modernistyczne i że na nich gram.. ale bez smyczka, palcami wlaskotka. miałam dać koncert, ale jak się grać nie umie to tak jest. był to podobny sen do pierwszego jaki tu miałam.. tamten był o piszczałce, czy flecie. miałam koncert i próbowałam wyczytać z nut utwór który będę grała.. wychodziło kiepsko.
wczoraj jeden drabek ścisnął mi pośladek. było to o tyle zabawne, co dziwne i nowe. potraktowałam jako otwieranie umysłu na nowe doświadczenia. ledwo powstrzymałam alęę przed zabiciem biedaka, a trzeba wiedzieć, że alaa to bynajmniej nie słabiak. lałaby się krew, bryzgałyby zęby i trzeszczał kościec. alaa tłumaczy, że tu trzeba napadaczom i nagabywaczom pokazać, że ich widzimy i dać do zrozumienia, że jak nam nie dadzą spokoju to będzie źle. gdy się ich zostawia bez reakcji, kontynuują proces naprzykrzania się. tłumaczę, że w europie odwrotnie. różnice kulturowe. 

temperatura powietrza spadła do 37 stopni, mamy wiatr, dzień się ma ku koncowi. za chwilę zaczniemy żyć.
z muzyki na dziś polecam stinga ‚i’m so happy i can’t stop crying’ – w ramach otwierania się na nowe doświadczenia! grrr..
 

damask ***’

Dodano 13 lipca 2010, w ., przez pszygody

może to rozmowa z anasem the original one i aląą sprawiła, że jak nigdy jeszcze tutaj zachciało mi się czekolady. ale jakoś nietrwale, bo niczego nie kupiłam.  może tak. muszę sprostować poprzednią notkę, niestety znalazłam piękny okaz karaczana, który wymachując jowialnie czułkami siedzi sobie teraz na ścianie w łazięce. nie krzyczę i nie płaczę. mam tylko nadzieję, że nie zachce mi się siku. oddycham sobie trzydziestostopniowym powietrzem, wychłodzonym już poważnie po całym dniu i zastanawiam się nad wieloma rzeczami. na przykład nad tym, skąd ludzie biorą w sobie pewność. no bo skąd? może gdy znajdują potwierdzenie w swoich emocjach? czy jak to niby jest, bo nie wiem. kiedy się wie, że nasze odczucia nie łudzą? 

w takich chwilach sting i until bardzo pomagają. wyrównują rytm myśli, przypominają gdzie jest świat, który znam, albo chociaż rozpoznaję. 
z zabawnych obserwacji to taka, że mężczyźni tu okazują sobie dużo więcej uczuć niż wszędzie indziej. trzymają się za ręce spacerując, całują na przywitanie, ściskają dość często, mówią do siebie habibi. a ulice sobie pachną jaśminem. 
ludziom przytrafiają się takie dziwne rzeczy..
 

damask ***

Dodano 12 lipca 2010, w ., przez pszygody

Damaszek ma zawsze wilgotną skórę. jest gorący jak psi oddech po długim spacerze. Zjeżdżam z łóżka, wypadam z nogawek, roztapiam się i zamiast mnie w ciuchach jest szklanka ciepłej wody. prysznic po odkręceniu zimnej wypluwa z siebie powolutku coraz cieplejszą wodę, włosów nie wycieram, wysychają (jak to stwierdziła dziś maryjka) zanim dojdę do suszarki. maryjka wczoraj doszła do wniosku, że może sobie smażyć jajka sadzone na policzkach^^ w moim przypadku byłyby to stópki.. jest ciężko.. wolę nie podkładać ręki pod powietrze, które wydycham nosem. woda nie napija, lód nie chłodzi, marmur też nie. maryjkę prawie poparzyły wczoraj kolczyki. zapadamy się w ciepłotko dnia jak w marszmalołsa, dusimy co rano, ledwo żyjemy wieczorem. damaszek stoi w bezruchu aż do zachodu słońca. włosy schną na wiór, okładam je odżywką i skondensowanym jedwabiem, są lepsze niż na początku ale suche. pijemy kawę. trzy razy mocniejszą niż w polszy, doprowadza się ją do stanu jakby zagotowania trzy razy nad ogniem i dopiero pije w mikroszklaneczkach. w damaszku można być pewnym, że cokolwiek upierzesz to ci wyschnie. a jak nie to włożysz mokre i i tak wyschnie na tobie w try miga. 

wczoraj były urodziny anasa. dziwnie. nie mogliśmy go wyściskać, ni podać ręki. tu się urodzin nie obchodzi, amer tłomaczył nam, że raczej daje się prezenty tylko ważnym dla siebie osobom, żonie, rodzicom.. hm. pumeksujemy nóżki co dzień wieczorem, bo też schną na wiór a przy okazji łapią pył i wszystko skorupieje.
kupiłysmy z marją kredki, ołówki i blok i rysuję. właśnie nas babcia marysi, ta z długą twarzą zaprosiła do siebie do salonu, zacienionego i chłodzimy się wiatrakiem. troszkę pomaga, ale przykleiłam się do fotela i tak. niestety arabski jest dla mnie zbyt trudny, trochę łapię ale malutko.
 poznałam kilku przyjaciół marysi, są zadziwiający. taki anas na ten przykład jest najpomocniejszym człowiekiem świata, amer to chodzące spokój i mądrość, jak dla mnie to ma bardzo arabską urodę ale damasceńczycy są innego zdania, często biorą go za europejczyka, zagadują po angielsku..może z powodu aparatu..marja mówi, że tu niby trzeba mieć pozwolenie na fotografowanie ale nikt nie ma.. alaa jest najeuropejsszy, ubiera sie w krótkie spodenki z dżinsu i umieszcza koszulę w spodniach, co jest tu niespotykane. śmieje się cały prawie czas. idźmy dalej, anas the original one (w odróżnieniu od fals one) bardzo spokojny z aparycji, przy pierwszym widzeniu robi wrażenie nieco wyniosłego, ale wcale nie jest. to tylko jego dumna postawa. ma w sobie worek z absurdem i otwiera go na przykład przy sziszy i wypuszcza w zabójczych dawkach razem z pachnącymi mambą kłębami dymu. jeszcze jest zijad, o najśmieszniejszym śmiechu spośród syryjczyków. bardzo miłe chłopaki. 
a syryjska babcia marysi myje sztućce w domestosie; przyrządziła nam wczoraj pyszną kaszkę mannę z cynamonem tylko coś jej nie wyszło od spodu, bo dała słony ser. ale zjadłam ze smakiem. poza tym nie różni się od naszych babć, tęskni za rodziną, która wyjechała do ńju dżerzi, zaprasza nas na oglądanie serialu (turecki z arabskim dabingiem) i częstuje ciastkami i limoniadą. 
damaszek jest fascynujący ale też onieśmiela. przywołuje do porządku, pilnowania się, wiem że wielu rzeczy mi tu nie wolno, czuję się ograniczona bez języka, to tak jakby nie mieć większości praw. cięrpię na brak jutjuba. syryjczycy mają największe karaluchy na świecie, które latają. na szczęście w mieszkaniu ich nie widziałam. 
damaszek ogarnia szał futbolowy. wczoraj była kulminacja. wszyscy pojechali do starego miasta i puszczali po meczu petardy. oj, chyba pójdę spać.. ach i nie opalam się tu wcale, chowamy się przed słońce i zasłaniamy. ten kto by się tu opalał byłby największym idiotą. 
ale jest w tym wszystkim metoda. humor nas nie opuszcza, chichramy się jak szalone z mariszką nakładając kolejne warstwy mrożonych chust na plecy, okładamy sobie nimi nóżki i niedługo będziemy się ubierać w mrożone majtki, po 5 minutach trzeba zamrażać na nowo. tak, marysi należy się ballada dziękczynna za ten wynalazek ^^
 

damask **

Dodano 9 lipca 2010, w ., przez pszygody

Syria nadal pachnie. 

Przerwałam swój wegetarianizm; zjadłam chyba z pół kilo wołu czy też świniaka.. a było tak, że o barbarzyńskiej godzinie 13 marja wyciągnęła mnie ze snu i popędzając zaprowadziła do prawdziwej muzułmańskiej rodziny anasa, już od progu fo pa, bo wyciągnęłam rękę do małego ahmada, który nie mógł mi ręki podać, za to przytknął rękę do piersi na znak szacunku; potem było jeszcze gorzej.. np. zjadłam jedzenie, które na palcu przyniósł mi amer, brat anasa dla kota, ktorego trzymałam na rękach.. śmiał się ze mnie do rozpuku^^ kot piękny, cały biały długosierśćny z jednym okiem zielonym a drugim niebieskim. uczestniczyłam przy praniu go..bardzo miałczał. obiad składał się na przykład z maleńkich gołąbków, czyli z jabry, które mają w środku mięso z ryżem ale opatulone są liśćmi winogron, ukształtowane w tort z mięsem zamiast lukru; bardzo pysze; do tego specjalna kasza arabska z pomidorami i kebabem, dalej fatairy, czyli placki chlebowe z mięsem albo serem, wanilią i szczypiorkiem; następnie przepyszny sok, najlepsze czego tu skosztowałam, nazywa się tamar hindi, znaczy indyjskie daktyle, przekręcone w kompot, bardzo przepyszne. więcej grzechów nie pamiętam.. z mieszkania anasów ledwo wyszłam z przejedzenia.. bo wszystko zamiast sztućcami je się chlebem <sztywny naleśnik, wyśmienity, nie tak paszący jak nasze polskie pieczywo> a do tego nie wolno niczego zostawić na talerzu, ponieważ to niegrzecznie..do wegetarianizmu się nie przyznałam, bo po pierwsze byłam ciekawa smaku tutejszego mięsa, a po drugie nie powiedziałyśmy odbierając zaproszenie, że nie jem; a jak wytłumaczyła mi marysia mięsa się tu nie je prawie, wszak to biedny kraj, za to podane gościom oznacza oddanie im tego co najlepsze. więc jak tu się wypiąć i nie zjeść? zapachy w kuchni były niesamowite.. bo mama anasa robiła jeszcze pasty z bakłażanów w dwóch smakach. doskonałe. mają piękny obszerny dom, przewiewny, zacieniony, marmurowy w środku, cichy i miły. malutki ahmad żywo z nami dyskutował, chyba byłam najnieśmialszą osobą w tym gronie. 
wczoraj w damasceńskiej cytadeli obejrzeliśmy piękny koncert dżazowy, grała lina szamamjan, gdzieś na blogu jest do niej link; trafić na nią za friko i to jeszcze w takim otoczeniu; niebo było granatowe, gwiazdy widoczne, wiatr wskakiwał jako kolejny grajek na scenę i szeptał melodie prosto w mikrofon, lina śpiewała nieziemsko, czysto, słodko. siedzieliśmy wszyscy zasłuchani, zachłystując się muzyką. ostatnią piosenkę nawet ja śpiewałam a z arabów to już każdy. pięknie. wyobraźcie sobie, półleżycie wgapieni w indygo nieba nad sobą, świat pachnie kurzem i jaśminem, oprócz boskiego głosu wdrapującego się po niewidocznych szczeblach drabiny nut nie ma nic. cisza najpiękniejszym kontrastem. po chwili zawiewa wiatr, klimat się zmienia nagle, wszystko obraca się w roztańczoną radość z uśmiechem liny szamamjan na okładce tego nagrania.
powroty mikrobusem, powietrze w nosie, włosach i oczach wpadające przez otwarte okna, przy szalonym pędzie taksówkarzy, długie spacery powrotne, długie rozmowy z marją aż do asanu przy wschodzie słońca, potem dalsze rozmowy aż do brzasku. spanie aż do 13 i oto jestem. dwie godziny później pijąca herbatę. z marją na balkonie. wyglądamy zza prania prosto na drzewa rosnące wizawi naszych opartych o doniczki i podnóżki nóg. 
hasło wczorajszego dnia: get serious in syria :)
poza tym jestem podobna do riczarda gira, akording tu some arabik bipol.
 :) tak tak, te moje siwe włosy..

teraz jest już leniwy wieczór.. arabska babcia marysi chodzi po domu ze swoją długą twarzą, robi się ciemniej, koty się drą. słyszę je nawet spod słuchawek z bjork. nikt tu nie zna bjork. to tak samo jak my nie znamy rasowych gwiazd tej strony świata. jakim cudem przy tak pełnej i natarczywej globalizacji nie znamy na wzajem swojej muzyki? filmów? architektury? nic o sobie nie wiemy? czasem mi tu wstyd za moją europejskość i ignorancję. 
już mi odpowiada syryjska szkoła jazdy samochodem; to tak jakby dać ludziom więcej swobody, okazać zaufanie, nie nakładać w tym obszarze życia nakazów, pozwolić na fantazjowanie. ciekawe czy tacie by się spodobało. mijanie się z lewej strony przy prawostronnym ruchu nie jest jedyną frajdą. wypadków tu mało. 

zdjęć liny kurka jakimś sposobem nie mam, jeno minutowe nagranie śpiewania..ale nie wrzucę :P

w starym mieście jest takie miejsce, gdzie starszy pan arab siedzi sobie w swoim domu za rzeką i sprzedaje dziwne rzeczy, klientom podaje je za pomocą koszyka, który to koszyk prowadzi na sznurku rozwieszonym między jednym a drugim brzegiem.
tu maszerujemy na koncert
koncert z takim tłem w tle
tu widać jak się wciskają samochody między zupełnie nieprzejezdne alejki między domami, niewyobrażalne.
tum w roli smurfa
a to część śniadania, potrawa z cieciory, potem dojechała jeszcze micha czegoś pysznego z bakłażanami. 
a tu się styka środkowa europa z bliskim wschodem
 
 

Damask

Dodano 7 lipca 2010, w ., przez pszygody
Syria pachnie. Damaszek jest olbrzymi, głośny, suchy, zrobiony w całości ze słońca i wiatru. Jest bardzo trwały, brudny, piękny, górzysty, roztrąbiony, szybki, leniwy, szalony, niepokreślony liniami jak europa, intuicyjny. Wszystko jest tu dozwolone, chociaż bardzo wielu rzeczy się zabrania. Uczy innego sposobu myślenia. Jest taki sam jak wszystkie miasta, a jednocześnie zupełnie inny. Jest miastem alfą. Jest też oczywiście omegą. Mieszka tu siedem milionów ludzi. Wszyscy tacy sami jak my, i naturalnie zupełnie od nas różni. Nas? 
Damask pachnie. Pachnie owocami, dymem sziszy, świeżością jego mieszkańców nigdy się niepocących w pięćdziesięciostopniowym upale, zawsze świeżo wykąpanych. Pachnie jaśminem, przyprawami, miętą, pustynią, jedzeniem, smogiem. Mam wrażenie, że wszystko tu się łączy i przemienia w jedno.  Damaszek jest gorący, ciekawski, zagląda nam oczami przechodniów w skórę, włosy, oczy, nos i usta. Patrzy łapczywiej niż my jemu na ręce. Porywa falą przechodzących ludzi, popędzanych mechanicznymi końmi taksówek i minibusów. Ma kolor słońca, czarnych oczu arabiątek i bieli tunik beduinów. 
Damaszek to nawoływania muezinów na modlitwę. Głębokie, czyste i proste. Regularne, uspokajające, trochę jak hejnał mariacki, tylko lepszy, ogólnoarabski, bardziej artystyczny, ale nie w tym przygniłym europejskim znaczeniu. Wszystkie proste czynności są tu sztuką. Pisanie, picie herbaty, nawoływanie na modlitwę. 
W porównaniu do Europy jest to miasto odwrotności. Śpi się tu w dzień żeby ominąć upał, piknikuje z rodziną od 22 tuż przy głównej ulicy, najlepszym napojem na upał jest gorąca herbata i kawa, najlepszym ubraniem pełne buty, płaszcz, opatulona głowa.
Zaskakuje mnie co rusz, najpierw podłoga wyglądająca jak zimny marmur okazuje się być ciepła, potem ta sama podłoga na balkonie jest jeszcze cieplejsza <nocą>. Kierowcy jeżdża płynnie, jakby byli ptakami w gromadzie i co chwila wymieniają się miejscem na ulicy, na dwupasmowej jeżdżą tak jakby była trzypasmowa, z tym że nie ma tu pasów, nikt nie namalował. Trąbią ciągle, ale z przerwami, w jakimś rytmie. Tymi trąbieniami się jakby pozdrawiają, ludzie żywiej wchodzą w reację wzrokową, kobiety pozdrawiają mnie machając ręką. Niektóre mają zasłoniętą nawet twarz, niektóre wyglądają bardziej europejsko od europejek.  
Ściany oddychają wydając przy tym groźne odgłosy, noc i poranek pobudzają do bardzo skomplikowanych snów i do głębokiego śnienia. Damaszek żyje całą dobę. Ma najpyszniejsze lody, których jest zresztą wylanazcą. To dopiero drugi dzień.
Gmail pokazuje mi, że w krakowie pada.. hm. Tu bynajmniej. Tu jest wszystko odwrócone na drugą stronę, flakami na wierzch, futrem do środka. Pogoda nie jest tu wyjątkiem. 
Zachłystuję się nowością, świeżością, orientuję się. Jednocześnie tęsknię za sigur rósem, za poukładaniem i oczywistością. Wszystko mnie tu przecież przerasta, przegania, gonię ledwo nadążając oczami za celem, którego nie potrafię zidentyfikować, który onieśmiela mnie urodą, łudzi, ciągnie za sobą i pachnie, wciąż pachnie inaczej. Dobrze, że mam przeodników w Marysi, Amerze i Anasie (x2), bez nich csak a halál. a halál po arabsku pisany też z długim i krótkim ‚a’  to określenie wszystkieco co jest dozwolone w świetle szariatu. u wegrów to śmierć. 
Obrazy to za mało.
Jassaida Mariam przygotowuje pyszne śniadania, arabski chleb <hubz> jogurt <laban> sałątkę grecką z pysznymi warzywami i sosem z granatów <owoców^^>, miód i dżem z cytryny..mm..
małe arabiątka w meczecie umajjadów, bardzo chętnie pozowały.
syria – konetking pipol.
tak się modlą arabiątka. popularna gra: ciągnij brata.
a tu wnętrze meczetu z mozaiką zanim zgasło światło.
marias centemplejszyns
ibidem.
przyjazne antyseptyczne płaszcze z kapturem, obowiązkowe dla kobiet bez odpowiedniego ubrania, kłopotliwe w utrzymaniu na głowie gdy wieje, a wieje przez większość czasu.

ibidem.

 

  • RSS