biała podlska, londyn, szwajcaria..

Dodano 29 maja 2010, w ., przez pszygody
wczojaj było bardzo miłe, jeden z samotnych dni na wichury, ale wcześniej czytanie książki z eleną na ławce w parku, słonko, potem w domu marchewka i książka na balkonie,

a potem długie rozmowy z szimim w parku, potem równie długa i miła rozmowa z kinią, a rano też niezłej długości rozmowa z marją. co by zrobił świat, gdyby nie skajp, to nie wiem.
w każdym razie siniaki schodzą, rozbiegałam je.. jeśli mieliście wczoraj szczęście być na błoniach koło 22.oo to obejrzeliście księżyc wielkości słońca, koloru miodu, piękny, ogromny i okrągły jak piersi samej ateny.i ten głupek hefajstos..
taki księżyc widziałam wcześniej w jeszcze lepszej wersji w dwóch miejscach w grecji. jedno to monemwazja, księżyc stał nisko nad morzem i rysował grubą srebrną krechą odbicie na wodzie, sam był siwy a wszystko dookoła granatowe; drugi raz zdarzył się na itace (znów mitologicznie); szukaliśmy z kubą jaskini odyseusza; potem przedzieraliśmy się na drugą stronę wyspy a tu nagle bardzo blisko nas wyskoczył olbrzymi księżyc, jak złoty medalion posejdona; jeszcze pomarańczowszy niż wczoraj. wielki lizak świat(ł)a.

a rankiem pisałyśmy z szyneczkami kolokwium zaliczeniowe. czego tam nie było! list otywacyjny, ogłoszenie o pracę, opowiadanie o weselu do napisania, mnóstwo ćwiczeń z gramatyki. grr.. dzień przed kolokwium jednak humor nam dopisywał; chociaż… 


ale tak to już jest, jedna się cieszy, a druga się wiesza (na szczęście z usmiechem) ^^

piosenka jest prezentem od margitki, bardzo godna uwagi :)


a jak kto lubi smuty, to polecam wszystkie pozostałe jego piosenki..mm np.: relief, albo baby’s romance :)
no szalom!
Otagowane:  

tel awiw, blisko kamczatki

Dodano 27 maja 2010, w ., przez pszygody

podstawowym pytaniem tego tygodnia jest: czy należy od siebie wymagać na łeb na szyję czy też można sobie spuścić z tonu i się oddać relaksowi, przestać gonić, gryźć się, uśiąść spokojnie z zamiarem odpoczęcia? zdania są podzielone. ja się skłaniam to ku jednej stronie to ku drugiej. zależy która akurat przytoczy lepszy argument. przed jutrzejszy kolokwium jednak nie powinnam sobie odpuszczać. owijam się w koce i łaże po domu wygadując różne głupoty, np. że diabeł nie śpi a darowanemu koniu się w zęby nie zagląda. oczywizm po węgiersku.

żydki sobie pojechały, ale były baardzo miłe. a Zv (chyba tak mu było na imię) miał dobre poczucie humoru, żartował wybornie.. modlę się, żebym tak swobodnie mogła żartować po węgiersku. a tymczasem jakoś tracę moje osławione nawet w sąsiednich wioskach polskie poczucie humoru.. za to los nie przestaje sobie ze mnie kpić, rzucił mnie ostatnio na kolana.. i łokcie, nawet trochę na podbródek. słowem, wypieprzyłam się srogo i do teraz czuję skutki fatalnego upadku w mięśniach ramion, karku i na wszystkich zgięciach kończyn; widać też śiniaki.
upadłam więc nisko.
a dziś świętujemy elenę rózwelt; ma gdyż dziś któreśdziesiąte urodziny :) stolat, stolt! niechżyjenam! 
z piosenek będzie dziś wesoło: 

 
pan Edward Sharpe and the Magnetic Zeros.
szyneczce zasyłam z tego miejsca mnóstwo antyoksydantów i onlóanyagów przeciwko chorobowych; wytrwałości szynka.
‚czerwone rękawiczki’ pana szletnera leża przy kibelku i przytrzymują mnie tam ilekroć wstąpię. a ilkroć wstąpię, tylekroć wsiąknę. uzupełniam wiedzę o Securitate.. rozmyślam o ustawowym braku papieru toaletowego i przestrzeni do rozchodzenia nóg, niewygodnym sienniku i kradzieży czasu. a potem przypominam sobie, że najczęśćiej myślę w taki sposób: żeby to już minęło. wieje grozą pod stoopami. a wczoraj minął miesiąć od kiedy moja perspektywa (nézőpont) na wieczność uległa retuszowi. tzn. nieuświadomiona nadzieja na nią się rozwiała. wtedy suchość gardła jest następstwem zwilgotnienia oczu.
w nocy dzikie sny. to pewno po 3 apapach i lodach z biten śmietanen i owocami, lodach, których pierwszy raz w życiu nie dojadłam..koniec świata i węgierska piana towarzyska. 
rada dnia: jak czegoś od kogoś potrzebujesz, zaproś go na likierek.

taszkient, ciemny ląd

Dodano 24 maja 2010, w ., przez pszygody

plan maksymalistyczny aby tego weekendu zakończyć pisanie 5 stron w języku szatana – wypełniony. 

pojawiło się wiele nowych pjosenek, po pierwsze ólöf Arnalds (o której przez chwile myślałam, że jest tożsama z tym Arnaldsem mężczyzną.. ale nie) oto próbka: 



 

co ją lubię najmocniej.
potem ukradłam z baniowego opisu na gg taką oto rzecz: 



 

i mnie zauroczyła.
ciemne strasznie noce ostatnio, wiem bo długo jakoś nie zasypiam. 
a z zupełnie innej beczki to pani ellie goulding

 


będzie mi starsznie dziwnie opuścić wichury, wszak to już za miesiąc.. te wszystkie mole spożywcze, na które hobbistycznie poluję co wieczór w kuchni; te nieszczelne okna, przeciągi w kuchni, znajome pajęczyny, plamy na ścianach, jak się z tym wszystkim rozstać?
ale tak. kramar ma racje mówiąc, że w życiu chodzi o to, żeby ciągle mieć nowe historie do opowiadania.

spać :)

watykan, boisko na groblach

Dodano 21 maja 2010, w ., przez pszygody
tak się składa, że mam fejsbuka, a na nim nieznanego mi z reala znajomego, z którym sie skumplowałam bo nazywamy się tak samo, w sumie oboje jestesmy bykami, mamy loki i paramy się poszukiwaniem na własne ręce muzyki.. jemu się czasem świetne rzeczy udaje znaleźć (mi też oczywiście!) 
dziś pani silverman (właśnie skradziona mojemu bratu) i jej przesłanie, które trzeba promować, po prostu :)



 

sprzedać watykan!

a tu piosenka z wczoraj z nocy, specjalnie dla szyneczki, żeby miała coś wesołego do trzymania przy swoich kląkrach:) 


a z przemyśleń to takie jedno z ulicy, że czasem dobrze jest nosić przez cały dzień dzień za dużo niepotrzebnych płaszczy, taszek i innyego badziewia, bo jak się już wraca a nagle coś zaswędzi w obszarze niedozwolonego drapania, to wedy można się tymi gratami zakamuflować:)

i jeszcze: nareszcie wyszło słońce! a okazało się, że świat jest bardzo mały i że jak myślisz, że kogoś nie znasz to i tak się okazuje, że znasz..
Otagowane:  

kleparz, agieh, piłsudskiegom, gołębia

Dodano 17 maja 2010, w ., przez pszygody

rano padało, pomyślałam, że mimo czapki z daszkiem, pięciodrzwiowego parasola i kurtki, która może wziąć na klatę nawet do 20 tysięcy mililitrów wody na sekundę – pojadę se autobusem, wszak lało, mokły mi pory od nogawek strony i chlupotało błotkiem. na przystanku stał tłum parasolistów, jedna tylko głowa brała na siebie cały spadający świat. przedarłam się przez parasole i uśmiechając się konspiracyjnie – bezczelnie nakryłam rzeczonego pana moim wielgachnym parasolem (paraplujem, właściwie). pan się odusmiechnął i zaczęliśmy konwersację, że szkoda miejsca pod parasolem, żeby pod nim stała tylko jedna osoba, zwłaszcza że taki wielki. a wszystkie inne świnie się z nim nie podzieliły.. parszywy ten namoknięty świat. za to za karę jechałam pół godziny dosłownie 3 przystanki.. chciałam cztery, ale popuściły mi newery i biegłam spod agiehu na piłsudskiego. (wiecie, że do 1936 obowiązywała pisownia: z pod?) 

także przesłanie na dziś jest takie, żeby brać pod swój parasol kogo się da – gdy jest w potrzebie. bądźmy ekologiczni. nie marnujmy miejsca.
jest taka piosenka reginy spetor: blue lips. 

blue lips
blue veins

Blue, the color of our planet
From far, far away

blue, the most human color..

a jeszcze mi sie przypomniała taka pani: jorane


 - to koniecznie w wersji na żywo.
Otagowane:  

tirana

Dodano 16 maja 2010, w ., przez pszygody

Apokryfka świętej Katarzyny Węgierskiej, fragment odnaleziony podczas rozbiórki jej ostatniego domu.

dnia pierwszego La Loba kołysała się w ogrodzie o koronach drzew ulepionych z chmur, patrzyła prosto w słońce dzikimi oczyma i głaskała ogon lwicy, która siedziała jej na ramionach.

tak opisywali ją Ci, którzy podczas ceremonii przejścia ustawiali się w kolejce pod bramą raju i napotykali ją po drodze.
drugiego dnia dosiadłszy lwicy La Loba udała się przez bramę do raju, prawdopodobnie porozmawiać z bogiem.
trzeciego gnała z setką lwic i setką wilczyc u swego boku. wyjeżdżała poza teren ogrodu, ci którzy stali najdalej w kolejce relacjonowali, że tam, gdzie kończy się granica widoczności La Loba zatrzymała na chwilę swoich przyjaciół i rozdzieliwszy polecenia między wymieszane pary lwic i wilczyc – wysłała je w sto różnych kierunków, sama natomiast udała się na największej z lwic w jeszcze inną stronę.
mówią, że wyszła z ogrodu bogów by pomóc w zachowaniu równowagi między śiatami. mówią, że istoty ziemskie zbyt szybko się poddają, brak im siły i instynktu. potem połamane trafiają zbyt prędko do bogów. 
mówią, że La Loba już wielu ocaliła.
po stu dniach kolejka przestała rosnąć tak szybko, po dwustu dniach zwiększała się tylko o jedną istotę dziennie.


pada cały dzień,
myśli mi milion mknie przez mózg, wieża z kolorowych parasoli rośnie na gmailu z każdą chwilą. 

ilość zdań do pracy o Mikszáth Kálmánie rośnie o ok. jedno zdanie na 2 godziny. ale za to są to długie zdania.
zostanę wegetarianką, myślę sobie. jak tylko skończy mnie boleć głowa.
a jak się da, to moze też zstanę węgierką? byle nie śliwką.



 -> na podwieczorek regina spektor i jej ‚eet’ 
a potem jeszcze polecam two birds.. chyba to kiedys slyszalam na tvnie..
Otagowane:  

dookoła głowy i z powrotem

Dodano 13 maja 2010, w ., przez pszygody

najdziwniejsze jest, gdy trzeba skasować czyjś numer telefonu. niby prosta czynność. znam ten numer na pamięć. co jakiś czas w ciągu dnia nachodzi mnie ochota, żeby zadzwonić, tylko że tata już nie odbierze. miał taki naprawdę wkurzający sygnał w ćwierkające ptaki. na ich wspomnienie cisną mi się dławiące łzy gdzieś w środku gardła.. jest prosty sposób, żeby się nie rozryczeć kiedy to przychodzi - spojrzeć za okno; zawsze dzieje się coś rozpraszającego uwagę. gorzej wieczorem gdy nie mogę zasnąć. wtulam się w chude ciałko tomka, o ile jest akurat obok. jak pojedzie – zostanie mi mała różowa świnia i wielki zielony słoń - do wyboru.

z mozołem wygrzebuję się z zaległości; ranki w czytelniach, zarwane noce i te sprawy.. właśnie dostałam zgodę kramara na zjedzenie mnejszego z zajęcy z ich kolekcji; skrzętnie z niej skorzystam.. mosze w telawiwie, maryjka bezzmiennie w damaszkusie, tomek w chorzowie albo w drodze powrotnej do krk, skoki zajęcze pyszne. 
mam takie wrażenie, że nic mi się nie układa.
wczorajśmy zadali natomiast szyku w jakiejś knajpince na grodzkiej, piliśmy wytworne drynki na bazie lodów i gorącej czekolady. tomek zaś opowiadał wesołe historyje ze swej młodości o (swym) glucie. szynka dla nas zrezygnowała z ycd. 
dziś siedziałam w namiocie z plakietką uj, dorota zrobiła wypasiony minisłowniczek z najprzydatniejszymi zwrotami po węgiersku: m.in. ‚wypadła mi plomba’ oraz ‚ile kiełbasy kupiłaś?’.. potem wpadł do namiotu pan antenka i płynnie się przywitał po węgiersku -> moje czujniki bezpieczeństwa wyparowały; dyletant co nie studiuje węgeirskiego a mieszka z węgrami mówi swobodniej niż ja.. jak się da to wyparuję z polski i zmaterializuję się na węgrzech jeszcze tego lata.
tymczasem spróbuję pogrzebać w formie kauzatywnej.

pjosenek nazbierało się co niemiara: 

 na pierwszy ogień Cibelle, ognista brazylijka na zielonej trawie; akurat w spokojnym wydaniu.
miał być jeszcze brad mehldau ale juz nie będzie. będzie za to phoenix i zasłyszane w radyju: 

it’s hopeless, hopeless :)
Otagowane:  

  • RSS